Jeśli radnym się nie chce, to kto ma zmieniać miasto?
30.01.2012
, aktualizacja: 30.01.2012 11:39
Dwoje katowickich radnych w ostatnich wyborach zdobyło nieco ponad 500 głosów. Dużo czy mało? I czy tyle samo osób powinno mieć prawo zgłoszenia własnego projektu uchwały? - pisze w felietonie Przemysław Jedlecki
Na razie w Katowicach jest tak: prezydent zgłasza projekty uchwał, a radni je bez większych protestów przyjmują. Dyskusje są dobrem rzadkim, a nawet jeśli się zdarzają, zwykle głos zabiera tylko kilku spośród 28 radnych. Reszta milczy i ogranicza się do głosowania.
Nie oczekuję od radnych karczemnych awantur ani zabawnych sprzeczek. Chcę jednak, by nie traktowali obecności w radzie jako dodatku do emerytury lub pensji. Ten wymóg oznacza coś więcej niż głosowanie według partyjnego czy klubowego klucza. Jestem np. ciekaw, ilu z katowickich radnych głosujących niedawno przeciwko przyjęciu do KZK GOP niedalekich Lędzin, których mieszkańcy chcą dojechać do pracy i do szkoły, choćby do pobliskich Mysłowic, zastanowiło się, o co w tym chodzi? A może raczej wystarczyło "nie" samego prezydenta? Myślę, że to drugie. To tylko jeden z przykładów. Ostatnio okazało się też, że większość radnych nie ma nic do powiedzenia w sprawie przebudowy Rynku i alei Korfantego, choć dopiero co zapadła decyzja o kolejnym konkursie w tej sprawie.
Dociekliwość, zadawanie pytań to tylko jedna strona medalu. Dobrze byłoby też, gdyby radni częściej niż do tej pory zgłaszali projekty uchwał. Na razie znakomita większość to tzw. projekty prezydenckie. Porządkują wiele spraw, ale jednocześnie równie wiele pomijają. A przecież to dzięki inicjatywie uchwałodawczej mieszkańców udało się wprowadzić program zniżek dla rodzin wielodzietnych, który nabrał już rozmachu i korzysta z niego sporo osób.
Żaden z radnych nie złożył też projektu uchwały, która umożliwiła przetrwanie jedynego w centrum baru mlecznego. Zrobili to katowiczanie. Musieli jednak najpierw zebrać 2 tys. podpisów. To niemal czterokrotnie więcej niż najmniejsza liczba głosów, dzięki której można było zostać radnym tej kadencji.
Teraz pojawił się pomysł, by katowiczanie, którzy chcą złożyć radzie własną propozycję uchwały, musieli pokazać tylko 500 podpisów. Dużo to czy mało? W ostatnich wyborach samorządowych frekwencja w Katowicach wyniosła prawie 40 proc. Jak na polskie warunki to przyzwoity wynik, który z czystym sumieniem pozwala radnym na powtarzanie, że mają mandat mieszkańców.
Problem w tym, że przypominają sobie o wyborcach najczęściej pod koniec kadencji, gdy znowu muszą prosić ich o poparcie. Jaskrawym tego dowodem była sytuacja z minionej kadencji, gdy okazało się, że część radnych nie traktuje poważnie dyżurów, podczas których spotyka się z mieszkańcami.
To wszystko każe zadać pytanie: kto ma zmienić miasto, jeśli radnym się nie chce albo tego nie potrafią? Jednym z lekarstw może być właśnie łatwiejsza do przeprowadzenia inicjatywa obywatelska. Czy skutecznym? To się okaże. 500 podpisów to wystarczająco dużo, by udowodnić radnym, że sprawa jest ważna, ale jednocześnie to zbyt mało, by mieć całkowitą pewność, że nie chodzi o interes wąskiej grupy mieszkańców. Radni będą musieli zatem wykazać się czymś więcej niż tylko głosowaniem za lub przeciw, zgodnie z dyrektywami szefa klubu. Pewnie sobie z tym poradzą, pod warunkiem że swoje obowiązki traktują serio.
Na koniec pozostaje jeszcze jedna wątpliwość. Nawet gdy taka uchwała zostanie poparta przez radnych, to może się okazać, że nikt jej nie wykona. Prezydent i jego urzędnicy mogą ją włożyć do szuflady i udawać, że sprawy nie ma. Mam nadzieję, że to bezpodstawne obawy, ale wolę chuchać na zimne.
Dlatego warto się zastanowić, czy lepiej głosować mądrze raz na cztery lata, czy potem wyręczać radnych w ich pracy.
Nie oczekuję od radnych karczemnych awantur ani zabawnych sprzeczek. Chcę jednak, by nie traktowali obecności w radzie jako dodatku do emerytury lub pensji. Ten wymóg oznacza coś więcej niż głosowanie według partyjnego czy klubowego klucza. Jestem np. ciekaw, ilu z katowickich radnych głosujących niedawno przeciwko przyjęciu do KZK GOP niedalekich Lędzin, których mieszkańcy chcą dojechać do pracy i do szkoły, choćby do pobliskich Mysłowic, zastanowiło się, o co w tym chodzi? A może raczej wystarczyło "nie" samego prezydenta? Myślę, że to drugie. To tylko jeden z przykładów. Ostatnio okazało się też, że większość radnych nie ma nic do powiedzenia w sprawie przebudowy Rynku i alei Korfantego, choć dopiero co zapadła decyzja o kolejnym konkursie w tej sprawie.
Dociekliwość, zadawanie pytań to tylko jedna strona medalu. Dobrze byłoby też, gdyby radni częściej niż do tej pory zgłaszali projekty uchwał. Na razie znakomita większość to tzw. projekty prezydenckie. Porządkują wiele spraw, ale jednocześnie równie wiele pomijają. A przecież to dzięki inicjatywie uchwałodawczej mieszkańców udało się wprowadzić program zniżek dla rodzin wielodzietnych, który nabrał już rozmachu i korzysta z niego sporo osób.
Żaden z radnych nie złożył też projektu uchwały, która umożliwiła przetrwanie jedynego w centrum baru mlecznego. Zrobili to katowiczanie. Musieli jednak najpierw zebrać 2 tys. podpisów. To niemal czterokrotnie więcej niż najmniejsza liczba głosów, dzięki której można było zostać radnym tej kadencji.
Teraz pojawił się pomysł, by katowiczanie, którzy chcą złożyć radzie własną propozycję uchwały, musieli pokazać tylko 500 podpisów. Dużo to czy mało? W ostatnich wyborach samorządowych frekwencja w Katowicach wyniosła prawie 40 proc. Jak na polskie warunki to przyzwoity wynik, który z czystym sumieniem pozwala radnym na powtarzanie, że mają mandat mieszkańców.
Problem w tym, że przypominają sobie o wyborcach najczęściej pod koniec kadencji, gdy znowu muszą prosić ich o poparcie. Jaskrawym tego dowodem była sytuacja z minionej kadencji, gdy okazało się, że część radnych nie traktuje poważnie dyżurów, podczas których spotyka się z mieszkańcami.
To wszystko każe zadać pytanie: kto ma zmienić miasto, jeśli radnym się nie chce albo tego nie potrafią? Jednym z lekarstw może być właśnie łatwiejsza do przeprowadzenia inicjatywa obywatelska. Czy skutecznym? To się okaże. 500 podpisów to wystarczająco dużo, by udowodnić radnym, że sprawa jest ważna, ale jednocześnie to zbyt mało, by mieć całkowitą pewność, że nie chodzi o interes wąskiej grupy mieszkańców. Radni będą musieli zatem wykazać się czymś więcej niż tylko głosowaniem za lub przeciw, zgodnie z dyrektywami szefa klubu. Pewnie sobie z tym poradzą, pod warunkiem że swoje obowiązki traktują serio.
Na koniec pozostaje jeszcze jedna wątpliwość. Nawet gdy taka uchwała zostanie poparta przez radnych, to może się okazać, że nikt jej nie wykona. Prezydent i jego urzędnicy mogą ją włożyć do szuflady i udawać, że sprawy nie ma. Mam nadzieję, że to bezpodstawne obawy, ale wolę chuchać na zimne.
Dlatego warto się zastanowić, czy lepiej głosować mądrze raz na cztery lata, czy potem wyręczać radnych w ich pracy.
- 5 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
Jeśli radnym się nie chce, to kto ma zmieniać m...
mirafas
30.01.12, 13:24
Wprowadzić głosowanie nad projektami ustaw miejskich przez Internet - może demokracja bezpośrednia lepiej się sprawdzi?»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


