Uczta dla oczu: nowy gmach Akademii Muzycznej
2007-09-28
, aktualizacja: 28.09.2007 18:11
Nowy budynek katowickiej Akademii Muzycznej działa jak gigantyczny instrument, a sala koncertowa to największe drewniane pudło rezonansowe w Polsce
Rozbudowa Akademii Muzycznej trwała dwa lata. Była konieczna, bo uczelnia nie mieściła się już w stuletnim neogotyckim gmachu. Projekt wybrano w ogólnopolskim konkursie, w którym zwyciężył katowicki architekt Tomasz Konior.
Tuż za starym budynkiem, pomiędzy ulicami Damrota i Zacisze, wyrósł kompleks Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej, zwany pierwotnie symfonią. To jedyna tego typu placówka w Polsce, sam obiekt jawi się jako najciekawszy budynek w Katowicach ostatnich lat. Jest ceglany, jednak od zabytkowego różni się tym, że praktycznie nie ma okien. Z ulicy widać wyłącznie monumentalne bryły.
Architekt pomiędzy starą a nową częścią pozostawił wolną przestrzeń, którą nazywa spacją. Powstało w ten sposób atrium, które tylko przeszklono, tak by pozostawić wrażenie otwartej przestrzeni, oddechu pomiędzy różnymi epokami. To serce całego kompleksu, z jednej strony domyka je ceglana elewacja zabytkowego budynku, z drugiej nowa, betonowa część. Nad głową jedynie szklany dach i niebo.
Nowy obiekt otwiera się na wewnętrzny dziedziniec na całej szerokości niczym krużganki. Na poszczególnych piętrach rozlokowano pomieszczenia związane z nauką, m.in. bibliotekę i archiwum muzyczne. Obie części "zszywają" wiszące w powietrzu kładki z eterycznymi szklanymi balustradami.
Kontemplacja neogotyku
Część katowiczan narzeka, że rozbudowa przesłoniła tylną elewację akademii. Wizyta w atrium z pewnością rozwieje ich wątpliwości, bo nowa część, całkowicie prosta, została podporządkowana historycznej. W wielkim holu można wręcz kontemplować neogotyckie detale czy też mieniącą się różnymi odcieniami starą cegłę.
Atrium jest jednym z pierwszych w Katowicach zadaszonym placem miejskim. W zagłębieniu zostaną posadzone bambusy, opadające schody stworzą mały amfiteatr, który będzie idealny na koncerty jazzowe. Tutaj będzie można wypić kawę, siedząc w fotelu na styku architektury różnych stuleci.
- Najtrudniej było zaprojektować szklany dach, bo jego konstrukcja nie mogła za bardzo obciążyć zabytkowego budynku - tłumaczy Konior. Stalowa konstrukcja podtrzymująca szkło oraz zamknięte w srebrzystych rurach przewody klimatyzacyjne nadają lekki industrialny posmak dziedzińcowi.
Architektowi udało się pogodzić stare z nowym bez zbędnego naśladownictwa. Postawił tylko na podobny "zapis nutowy", czyli cegłę, z której buduje swoją symfonię. Jednak brzmienie jest już całkiem nowe. Z zewnątrz kubiczne; lewitujące bryły rozbudowy kontrastują ze starym budynkiem bogatym w wieżyczki. Nie ma jednak zgrzytu, bo spokojne bryły pokornie stają się tłem dla zabytku. Jedyną ekstrawagancją jest motyw wysuniętych nieco przed lico cegieł, które wyglądają niczym poruszone klawisze fortepianu.
Budynek jak matrioszka
Zagłębianie się we wnętrza budynku jest jak zabawa z rosyjskimi matrioszkami, gdzie w jednej lalce ukryta jest kolejna, mniejsza. Tutaj pod ceglanym płaszczem budynku odkrywamy jego żelbetową strukturę, którą w wielu miejscach wyeksponowano. Z surowego betonowego holu można przejść do atrium przy starym budynku bądź do mniejszego atrium, oddzielającego budynek mieszczący część dydaktyczną od części stricte koncertowej. Ta mniejsza spacja to wąska szczelina pomiędzy nowymi, ceglanymi ścianami; dynamizmu nadaje jej przebijająca się, obła drewniana ściana sali koncertowej. - To taki brzuch architekta - żartuje Konior. Pod tym drewnianym kokonem znajdują się główne drzwi do sali. Za nimi inny świat, jakbyśmy znaleźli się we wnętrzu arki albo olbrzymiej szkatułki. Na widowni na melomanów czeka prawie 500 czerwonych aksamitnych foteli.
- Cały budynek to taki przeskalowany instrument, gdzie pudłem rezonansowym jest sala koncertowa. Zaprojektowanie jej było największym wyzwaniem. Postawiliśmy na salę z uchylnymi ścianami, za którymi jest dodatkowa przestrzeń wybrzmiewania - tłumaczy Konior. Po automatycznym otwarciu szeregu drewnianych okiennic kubatura sali wzrasta z 6,5 do 11 tys. m sześc., otrzymuje się dzięki temu pogłos niczym w kościele, wskazany dla dużych koncertów symfonicznych. Zamknięta sala będzie lepsza dla kameralnych występów. Przy jej projektowaniu wykonywano specjalne próby akustyczne. Drewniane sale koncertowe są teraz najbardziej w cenie, takie powstają dziś od Finlandii po Japonię.
Architektoniczny high-tech
Dla słuchaczy przestrzeń wybrzmiewania będzie niewidoczna, jej wygląd daleki jest od wyobrażeń o przybytku muzyki klasycznej. Wypełniają ją pomosty techniczne i przewody, które biegną też nad salą. Dzięki temu łatwo można zmieniać aranżację akustyczną i oświetleniową sali. Taka elastyczność to novum w polskiej architekturze, nawet sala w nowej Filharmonii Łódzkiej nie ma takiej technologii. Na scenie jest miejsce dla stuosobowego chóru i tak samo licznej orkiestry. W kilka sekund płaska podłoga może zamienić się schody potrzebne dla wykonawców. Cała scena spoczywa na hydraulicznych podnośnikach.
Imponujące wrażenie robi zaplecze dla muzyków, jest tu nawet reżyserka dźwięku, bo sala koncertowa może być zarazem olbrzymim studiem nagraniowym. Orkiestry będą mogły tu nagrywać płyty. Nad garderobami na ostatnim piętrze znajdują się apartamenty.
Na tyłach kompleksu zachował się mały, niepozorny ceglany budynek. Mało kto pamięta, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku mieściły się tu kwatery prywatne wojewody, szkołę zajmował wtedy urząd wojewódzki do czasu, aż powstała siedziba przy ul. Jagiellońskiej. Mały domek to teraz rektorat, który z nowym budynkiem łączy szklany pomost. Na tylnym dziedzińcu pojawił się kamienny japoński ogród, widoczny z głównego holu przez przeszklenia.
Studenci będą mogli korzystać z uroków tego budynku już od października. Melomani na pierwszy koncert muszą jednak poczekać do grudnia, kiedy nastąpi uroczysta inauguracja nowej sali. Zapowiada się wspaniała uczta - nie tylko dla uszu, ale i dla oczu.
Tuż za starym budynkiem, pomiędzy ulicami Damrota i Zacisze, wyrósł kompleks Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej, zwany pierwotnie symfonią. To jedyna tego typu placówka w Polsce, sam obiekt jawi się jako najciekawszy budynek w Katowicach ostatnich lat. Jest ceglany, jednak od zabytkowego różni się tym, że praktycznie nie ma okien. Z ulicy widać wyłącznie monumentalne bryły.
Architekt pomiędzy starą a nową częścią pozostawił wolną przestrzeń, którą nazywa spacją. Powstało w ten sposób atrium, które tylko przeszklono, tak by pozostawić wrażenie otwartej przestrzeni, oddechu pomiędzy różnymi epokami. To serce całego kompleksu, z jednej strony domyka je ceglana elewacja zabytkowego budynku, z drugiej nowa, betonowa część. Nad głową jedynie szklany dach i niebo.
Nowy obiekt otwiera się na wewnętrzny dziedziniec na całej szerokości niczym krużganki. Na poszczególnych piętrach rozlokowano pomieszczenia związane z nauką, m.in. bibliotekę i archiwum muzyczne. Obie części "zszywają" wiszące w powietrzu kładki z eterycznymi szklanymi balustradami.
Kontemplacja neogotyku
Część katowiczan narzeka, że rozbudowa przesłoniła tylną elewację akademii. Wizyta w atrium z pewnością rozwieje ich wątpliwości, bo nowa część, całkowicie prosta, została podporządkowana historycznej. W wielkim holu można wręcz kontemplować neogotyckie detale czy też mieniącą się różnymi odcieniami starą cegłę.
Atrium jest jednym z pierwszych w Katowicach zadaszonym placem miejskim. W zagłębieniu zostaną posadzone bambusy, opadające schody stworzą mały amfiteatr, który będzie idealny na koncerty jazzowe. Tutaj będzie można wypić kawę, siedząc w fotelu na styku architektury różnych stuleci.
- Najtrudniej było zaprojektować szklany dach, bo jego konstrukcja nie mogła za bardzo obciążyć zabytkowego budynku - tłumaczy Konior. Stalowa konstrukcja podtrzymująca szkło oraz zamknięte w srebrzystych rurach przewody klimatyzacyjne nadają lekki industrialny posmak dziedzińcowi.
Architektowi udało się pogodzić stare z nowym bez zbędnego naśladownictwa. Postawił tylko na podobny "zapis nutowy", czyli cegłę, z której buduje swoją symfonię. Jednak brzmienie jest już całkiem nowe. Z zewnątrz kubiczne; lewitujące bryły rozbudowy kontrastują ze starym budynkiem bogatym w wieżyczki. Nie ma jednak zgrzytu, bo spokojne bryły pokornie stają się tłem dla zabytku. Jedyną ekstrawagancją jest motyw wysuniętych nieco przed lico cegieł, które wyglądają niczym poruszone klawisze fortepianu.
Budynek jak matrioszka
Zagłębianie się we wnętrza budynku jest jak zabawa z rosyjskimi matrioszkami, gdzie w jednej lalce ukryta jest kolejna, mniejsza. Tutaj pod ceglanym płaszczem budynku odkrywamy jego żelbetową strukturę, którą w wielu miejscach wyeksponowano. Z surowego betonowego holu można przejść do atrium przy starym budynku bądź do mniejszego atrium, oddzielającego budynek mieszczący część dydaktyczną od części stricte koncertowej. Ta mniejsza spacja to wąska szczelina pomiędzy nowymi, ceglanymi ścianami; dynamizmu nadaje jej przebijająca się, obła drewniana ściana sali koncertowej. - To taki brzuch architekta - żartuje Konior. Pod tym drewnianym kokonem znajdują się główne drzwi do sali. Za nimi inny świat, jakbyśmy znaleźli się we wnętrzu arki albo olbrzymiej szkatułki. Na widowni na melomanów czeka prawie 500 czerwonych aksamitnych foteli.
- Cały budynek to taki przeskalowany instrument, gdzie pudłem rezonansowym jest sala koncertowa. Zaprojektowanie jej było największym wyzwaniem. Postawiliśmy na salę z uchylnymi ścianami, za którymi jest dodatkowa przestrzeń wybrzmiewania - tłumaczy Konior. Po automatycznym otwarciu szeregu drewnianych okiennic kubatura sali wzrasta z 6,5 do 11 tys. m sześc., otrzymuje się dzięki temu pogłos niczym w kościele, wskazany dla dużych koncertów symfonicznych. Zamknięta sala będzie lepsza dla kameralnych występów. Przy jej projektowaniu wykonywano specjalne próby akustyczne. Drewniane sale koncertowe są teraz najbardziej w cenie, takie powstają dziś od Finlandii po Japonię.
Architektoniczny high-tech
Dla słuchaczy przestrzeń wybrzmiewania będzie niewidoczna, jej wygląd daleki jest od wyobrażeń o przybytku muzyki klasycznej. Wypełniają ją pomosty techniczne i przewody, które biegną też nad salą. Dzięki temu łatwo można zmieniać aranżację akustyczną i oświetleniową sali. Taka elastyczność to novum w polskiej architekturze, nawet sala w nowej Filharmonii Łódzkiej nie ma takiej technologii. Na scenie jest miejsce dla stuosobowego chóru i tak samo licznej orkiestry. W kilka sekund płaska podłoga może zamienić się schody potrzebne dla wykonawców. Cała scena spoczywa na hydraulicznych podnośnikach.
Imponujące wrażenie robi zaplecze dla muzyków, jest tu nawet reżyserka dźwięku, bo sala koncertowa może być zarazem olbrzymim studiem nagraniowym. Orkiestry będą mogły tu nagrywać płyty. Nad garderobami na ostatnim piętrze znajdują się apartamenty.
Na tyłach kompleksu zachował się mały, niepozorny ceglany budynek. Mało kto pamięta, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku mieściły się tu kwatery prywatne wojewody, szkołę zajmował wtedy urząd wojewódzki do czasu, aż powstała siedziba przy ul. Jagiellońskiej. Mały domek to teraz rektorat, który z nowym budynkiem łączy szklany pomost. Na tylnym dziedzińcu pojawił się kamienny japoński ogród, widoczny z głównego holu przez przeszklenia.
Studenci będą mogli korzystać z uroków tego budynku już od października. Melomani na pierwszy koncert muszą jednak poczekać do grudnia, kiedy nastąpi uroczysta inauguracja nowej sali. Zapowiada się wspaniała uczta - nie tylko dla uszu, ale i dla oczu.
- 27 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Uczta dla oczu i uszu: nowy gmach Akademii Muzy..
grazand
30.09.07, 11:14
Szanowny bx, zapraszam Pana na wirtualne piwo i podpisuje sie pod Panskimpodsumowaniem typowych wypowiedzi poprzedników. Pyrsk.»
-
Re: Uczta dla oczu i uszu: nowy gmach Akademii Mu
fyrlok
30.09.07, 20:07
A ile zainkasowal tzw.konserwator zabytkow ?Jak mozna tak spieprzyc taki wspanialy zabytek ?!»



