Michał Smolorz: Lwowska wieża Babel
27.01.2012
, aktualizacja: 27.01.2012 16:39
Warto obejrzeć film Agnieszki Holland "W ciemności". Nie tylko dlatego, że dotyka ważnych tematów, nie tylko dlatego, że kandyduje do Oscara i nie tylko dlatego, że jest świetnie zrealizowany. Także dlatego, że genialnie obrazuje świat dawnego Lwowa, świat pomieszanych języków i narodowości - jakże w tym podobnego do dawnych miast górnośląskich.
Reżyserka zrezygnowała z pokusy lekkiej zabawy z quasi-lwowską gwarą, z kabaretowym zaśpiewem i z premedytacją brnęła w tygle wymieszanych języków, o jakich nam się nie śniło: tu ukraiński, tam jidysz, ówdzie polski, ale jakiś inny, jeszcze gdzie indziej niemiecki. I przede wszystkim ten niesłychany dialekt lwowskich przedmieść, którego pewne nikt by nie zrozumiał, więc nawet dla polskiego widza reżyserka włączyła... napisy. Zrobione to jest wszystko bardzo naturalnie, choć zapewne tylko najstarsi lwowiacy (bo jedynie tacy mogą to jeszcze pamiętać) są w stanie ocenić realność przekazu.
Tak właśnie musiała brzmieć mowa górnośląskich miast tego czasu. Choć jestem rocznik powojenny, to w dzieciństwie zdążyłem jeszcze posmakować resztek tamtego klimatu, tych kilkujęzycznych dialogów, tego płynnego przechodzenia z jednego języka na drugi. Jeszcze brzmią mi w uszach pytania babki ("Stanis, trinkst du auch Kaffee?") i rzucane mimochodem odpowiedzi ("Ja, Marie, nalyj mi do szolki").
Nie dziwi mnie, że język bohatera "W ciemności" jest tak bardzo odległy od polskiego, że dla współczesnego Polaka niezrozumiały, choć przecież za polski dialekt uchodzi. Jeśli ktoś przeczyta poważne naukowe opracowania dotyczące lwowskich i okołolwowskich gwar, może się przerazić zasobem obcojęzycznych słów, głównie zresztą... germanizmów. Niemiecki tak samo odcisnął się na mowie lwowiaków jak na naszych gwarach, choć tam wpływ niemczyzny trwał krócej. Nawet popularne i hobbystyczne słowniki gwary lwowskiej podają takie mnóstwo słów niemieckich, że trudno za nimi nadążyć. A jeszcze ukraińskie, rumuńskie i te zaczerpnięte z jidysz - niby też niemieckie, ale jakieś inne. Niewiele z tego zostało w udawanej lwowskiej mowie, którą dziś prezentują kresowe kabarety, audycje radiowe i im podobne ersatze.
Cóż, to samo jest z naszym śląskim językiem. Gdybyśmy przenieśli w dzisiejszą rzeczywistość mowę naszych śląskich przodków sprzed trzech, a nawet dwóch pokoleń, prawdopodobnie niewiele byśmy zrozumieli - nawet ci, którzy bawią się w "propagowanie śląskiej mowy". Nasz współczesny śląski język jest zaledwie namiastką tamtego sprzed półwiecza. W przeważającej większości przypadków tak zwana śląska gwara to udawana "masztalszczyzna", czyli mówienie po polsku ze śląską melodią. Nie jest to prawdziwy śląski - nie tylko dlatego, że zagubiła się większość dawnych słów, lecz także z powodu innych konstrukcji gramatycznych. Mało kto na przykład pamięta, że nasi przodkowie praktycznie nie używali partykuł typu "czy" albo "że". Nasz opa nigdy by się nie odezwał: "Godom ci, żebyś prziszoł do dom", ale "... cobyś prziszoł do dom". Nie mówili: "Spytej sie łonego, czy przindzie do dom", tylko "... eli przindzie do dom" - i tak dalej. Niby drobnostki, ale to one właśnie tworzą klimat języka.
Jeśli zatem naprawdę chcemy skodyfikować śląską mowę i uczynić ją prawdziwym atrybutem regionalnym, jeśli chcemy się nią wyróżniać, to czeka nas tak samo żmudne dzieło, jakie wykonała reżyserka filmu "W ciemności" Agnieszka Holland. Trzeba pieczołowicie odtworzyć tamtą odmienność, nawet jeśli byłaby ona niezrozumiała. A potem jeszcze trzeba do niej dopisać współczesne słownictwo, tworzone wedle tych samych reguł jak tamto stare. Inaczej będzie to tylko "Wasserpolnisch".
Tak właśnie musiała brzmieć mowa górnośląskich miast tego czasu. Choć jestem rocznik powojenny, to w dzieciństwie zdążyłem jeszcze posmakować resztek tamtego klimatu, tych kilkujęzycznych dialogów, tego płynnego przechodzenia z jednego języka na drugi. Jeszcze brzmią mi w uszach pytania babki ("Stanis, trinkst du auch Kaffee?") i rzucane mimochodem odpowiedzi ("Ja, Marie, nalyj mi do szolki").
Nie dziwi mnie, że język bohatera "W ciemności" jest tak bardzo odległy od polskiego, że dla współczesnego Polaka niezrozumiały, choć przecież za polski dialekt uchodzi. Jeśli ktoś przeczyta poważne naukowe opracowania dotyczące lwowskich i okołolwowskich gwar, może się przerazić zasobem obcojęzycznych słów, głównie zresztą... germanizmów. Niemiecki tak samo odcisnął się na mowie lwowiaków jak na naszych gwarach, choć tam wpływ niemczyzny trwał krócej. Nawet popularne i hobbystyczne słowniki gwary lwowskiej podają takie mnóstwo słów niemieckich, że trudno za nimi nadążyć. A jeszcze ukraińskie, rumuńskie i te zaczerpnięte z jidysz - niby też niemieckie, ale jakieś inne. Niewiele z tego zostało w udawanej lwowskiej mowie, którą dziś prezentują kresowe kabarety, audycje radiowe i im podobne ersatze.
Cóż, to samo jest z naszym śląskim językiem. Gdybyśmy przenieśli w dzisiejszą rzeczywistość mowę naszych śląskich przodków sprzed trzech, a nawet dwóch pokoleń, prawdopodobnie niewiele byśmy zrozumieli - nawet ci, którzy bawią się w "propagowanie śląskiej mowy". Nasz współczesny śląski język jest zaledwie namiastką tamtego sprzed półwiecza. W przeważającej większości przypadków tak zwana śląska gwara to udawana "masztalszczyzna", czyli mówienie po polsku ze śląską melodią. Nie jest to prawdziwy śląski - nie tylko dlatego, że zagubiła się większość dawnych słów, lecz także z powodu innych konstrukcji gramatycznych. Mało kto na przykład pamięta, że nasi przodkowie praktycznie nie używali partykuł typu "czy" albo "że". Nasz opa nigdy by się nie odezwał: "Godom ci, żebyś prziszoł do dom", ale "... cobyś prziszoł do dom". Nie mówili: "Spytej sie łonego, czy przindzie do dom", tylko "... eli przindzie do dom" - i tak dalej. Niby drobnostki, ale to one właśnie tworzą klimat języka.
Jeśli zatem naprawdę chcemy skodyfikować śląską mowę i uczynić ją prawdziwym atrybutem regionalnym, jeśli chcemy się nią wyróżniać, to czeka nas tak samo żmudne dzieło, jakie wykonała reżyserka filmu "W ciemności" Agnieszka Holland. Trzeba pieczołowicie odtworzyć tamtą odmienność, nawet jeśli byłaby ona niezrozumiała. A potem jeszcze trzeba do niej dopisać współczesne słownictwo, tworzone wedle tych samych reguł jak tamto stare. Inaczej będzie to tylko "Wasserpolnisch".
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Michał Smolorz: Lwowska wieża Babel
vito3
29.01.12, 22:35
jezyk sie modyfikuje to zreszta normalne teraz do jezyka potocznego i gwary wchodza juz angielskie wtrety a masztalszczyzna jdzie w szerszy polski odbior slazacy niestety na slasku to »

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter



