Kazimierz Kutz: Iwacho
27.01.2012
, aktualizacja: 27.01.2012 16:24
Zima. Zaległ pierwszy śnieg. Ziemia bielsza od nieba. Idę do sklepiku po gazety i chleb. Mój czarny pies toczy się po drodze jak kula ze smoły pod ołowianymi nawisami chmur.
ZOBACZ TAKŻE
- Kazimierz Kutz: Nowa siła (13-02-12, 17:14)
- Kazimierz Kutz: Lampeduza, czyli chmury wolności nad nami (06-02-12, 23:26)
- Kazimierz Kutz: Tak to leci (31-01-12, 00:21)
- Kazimierz Kutz: Factum est fatum (17-01-12, 17:30)
- Kazimierz Kutz: 1:0 (12-01-12, 16:16)
- Kazimierz Kutz: Piękny smutek (01-01-12, 23:06)
Parę kilometrów stąd - na Stawiskach - mieszkał wielki pisarz, wyrosły na kresowych glebach, Jarosław Iwaszkiewicz. Cały nasz wielki romantyzm i jego kontynuatorzy są z tego obrzeża: Mickiewicz, Słowacki, Krasiński i setki innych po dzień dzisiejszy, łącznie z Tadeuszem Konwickim. To w literaturze jakość najwyższa, choć przez naszą powstańczą martyrologię niezrozumiała w świecie. To wielka poezja peryferyjna, choć pan Jarosław był pisarzem uniwersalnym, bo wyzwolił się z historycznych kompleksów. Ukrainą się roztkliwiał, ale pół życia spędził we Włoszech i uwielbiał Sycylię. Był ogromnym paniskiem, z równie wielkim talentem literackim. Socjalistyczny VIP o internacjonalnym wymiarze.
Oderwałem się od jego dzienników, czytam je od piątej rano, teraz idę po chleb i gazety, i rozmyślam nad panem Jarosławem. Ukazał się ostatni tom jego memuarów, obejmujący lata 1964-1980. A więc te najciekawsze, choć dla niego najgorsze; był już stary, schorowany, samotny, potępiony przez swoje środowisko, opuszczony przez wszystkich. Tłucze się w swoim wielkim domu pomiędzy trzema starymi kobietami, zdemoralizowaną służbą, psami, i skarży na los. Tęskni za Ukrainą, za Kresami Wschodnimi. W swoim dzienniku mówi o wielu ludziach i sprawach bez owijania w bawełnę, jak nigdy nie pisał w książkach czy do gazet. Szczera brutalność. Oto przykład. "Kto może sobie nawet wyobrazić, co to była nasza kultura na Ukrainie. Oczywiście, była bez korzeni, ale jakie miała kwiaty. Tutaj gdzieś spotykał się Balzac z panią Hańską, oczywiście - w myśl teorii Marcuse'a - kultura oparta na niewolnictwie. Ale może tak było lepiej? Dla wszystkich?". Oto mamy czysty, arcypolski ton wielkiego pisarza, którego nikt nie może posądzić o nacjonalizm, a jednak jak on wielce "mocarstwowy"! Na Ukrainie Polacy byli narodem Panów; jamnik na smyczy, biały letni garnitur, piękny park i przytulny dworek. Słowem, wielkopańskość, którą tak łatwo i mechanicznie przenoszono po 1926 roku na Górny Śląsk. Myślenie Jarosława Iwaszkiewicza jest typowo kolonialnym pojmowaniem świata w guście polskim, i łatwo je do dziś odnaleźć w traktowaniu Górnego Śląska i jego tubylców.
Właśnie ta filozofia zaowocowała w Bytomiu i doprowadziła do tragedii na Karbiu. Jest ona głęboko osadzona w polskiej mentalności, podobnie jak nasza, śląska, w losie niewolniczym. Dlatego Ślązacy mają dziś prawo nie tylko o tym głośno mówić, ale i domagać się prawa do większego stanowienia o sobie, by przerwać złe praktyki i "ideologię jaśniepaństwa". Stąd płynie główna potrzeba autonomii, a to nic innego jak wzmożenie samorządzenia. Gdyby mieszkańcy osiedla na Karbiu byli równouprawnieni, prokuratura musiałaby z urzędu wejść w tragedię bytomską jak w każde inne przestępstwo. Tymczasem panuje przekonanie, że na kopalni muszą ginąć ludzie i rozpadać się ich domostwa. Że to śląska normalność. Gospodarkę rabunkową rozgrzesza się z góry. Nie! Nie muszą ginąć górnicy i rozpadać ich siedliska! Dziś nie godzi się już tak myśleć i bezkarnie działać. I dlatego trzeba stawiać na swoim. Dlatego np. powstanie Stowarzyszenia Narodu Śląskiego ma swoje poważne znaczenie - jest kontestacją w słusznej sprawie.
Wychynąłem na chwilę z domu przez śniegi po gazety i chleb, by jak najrychlej wrócić do zwierzeń starego pisarza. Dzienniki wydane są bez jakiejkolwiek cenzury, z mnóstwem komentarzy. Książka jak krwisty befsztyk. Czegóż on w swoim zgorzknieniu nie wypisuje o swoich kolegach. Nawet znacznie młodszych. O nieszczęsnym poecie z Mikołowa pisze - „Casus Rafał Wojaczek! Niby poeta, który mógł napisać »mistrzowi mowy polskiej Tymoteuszowi Karpowiczowi «. Coś przerażającego - to wszystko, co narasta na wiersze tego gałgana, któremu nikt dobrze nie dał w mordę i nie ocalił przez to od samobójstwa, od megalomanii i od strasznej, prowincjonalnej zapaści. Właściwie zawsze, kiedy mam do czynienia z takimi typami, myślę, że są źle wychowani. Stąd w każdym wierszu: »srać «, »krocze «, »sperma” itp. To wszystko stanowi całość naszego życia, ale w innych proporcjach. Pasja bierze na faceta, no i na tę wrocławską atmosferę, gdzie Tymek cały król, a trzech myśli sklecić nie potrafi, zapadły w litewskie błota. I to się tak krzewi, rośnie, rozmnaża, zdobywa, staje się powoli t r e ś c i ą, rdzeniem, wyjawianiem wszystkiego, co mogło być myślą. Ciągle mówią: Norwid. Norwid! Norwid był grafomanem, ale Norwid myślał”.
I jeden z ostatnich zapisów. "29 stycznia 1980, Cayre. Śniadanie u Rubinsteinów Przyszedł Artur - po trzech tygodniach był ubrany pierwszy raz i zszedł z góry, miał wszystkie ruchy sparaliżowane przez bóle scjatyczne, głuchy, ślepy, ale trzymał się znakomicie i było bardzo powieściowo, bo była i Maneta Radwan, w matce Artur się kochał, a babkę wziął za forsę, i była ta sekretarka Amerykanka, oczywiście nic z tego nie rozumie, ale stara się odgrywać rolę egerii i drugiej gospodyni w domu. Starała się być ze mną miła, ale ordynarna i w porównaniu z rasą Neli [Talko-Hryncewicz] i Artura robiła wrażenie kuchary. Było bardzo dobre jedzenie, Hiszpan nalewał wino, zrobił plamę na obrusie, za co oberwał od Neli. Wnieśli tort z palącymi się świecami - dziewięć dużych i trzy małe - i Artur jednym dmuchnięciem zgasił wszystkie".
Wielkopańskość Jarosława Iwaszkiewicza pozwoli mu także pochować się w mundurze górniczym - awangardzie klasy robotniczej. Zawsze to "arystokracja".
Oderwałem się od jego dzienników, czytam je od piątej rano, teraz idę po chleb i gazety, i rozmyślam nad panem Jarosławem. Ukazał się ostatni tom jego memuarów, obejmujący lata 1964-1980. A więc te najciekawsze, choć dla niego najgorsze; był już stary, schorowany, samotny, potępiony przez swoje środowisko, opuszczony przez wszystkich. Tłucze się w swoim wielkim domu pomiędzy trzema starymi kobietami, zdemoralizowaną służbą, psami, i skarży na los. Tęskni za Ukrainą, za Kresami Wschodnimi. W swoim dzienniku mówi o wielu ludziach i sprawach bez owijania w bawełnę, jak nigdy nie pisał w książkach czy do gazet. Szczera brutalność. Oto przykład. "Kto może sobie nawet wyobrazić, co to była nasza kultura na Ukrainie. Oczywiście, była bez korzeni, ale jakie miała kwiaty. Tutaj gdzieś spotykał się Balzac z panią Hańską, oczywiście - w myśl teorii Marcuse'a - kultura oparta na niewolnictwie. Ale może tak było lepiej? Dla wszystkich?". Oto mamy czysty, arcypolski ton wielkiego pisarza, którego nikt nie może posądzić o nacjonalizm, a jednak jak on wielce "mocarstwowy"! Na Ukrainie Polacy byli narodem Panów; jamnik na smyczy, biały letni garnitur, piękny park i przytulny dworek. Słowem, wielkopańskość, którą tak łatwo i mechanicznie przenoszono po 1926 roku na Górny Śląsk. Myślenie Jarosława Iwaszkiewicza jest typowo kolonialnym pojmowaniem świata w guście polskim, i łatwo je do dziś odnaleźć w traktowaniu Górnego Śląska i jego tubylców.
Właśnie ta filozofia zaowocowała w Bytomiu i doprowadziła do tragedii na Karbiu. Jest ona głęboko osadzona w polskiej mentalności, podobnie jak nasza, śląska, w losie niewolniczym. Dlatego Ślązacy mają dziś prawo nie tylko o tym głośno mówić, ale i domagać się prawa do większego stanowienia o sobie, by przerwać złe praktyki i "ideologię jaśniepaństwa". Stąd płynie główna potrzeba autonomii, a to nic innego jak wzmożenie samorządzenia. Gdyby mieszkańcy osiedla na Karbiu byli równouprawnieni, prokuratura musiałaby z urzędu wejść w tragedię bytomską jak w każde inne przestępstwo. Tymczasem panuje przekonanie, że na kopalni muszą ginąć ludzie i rozpadać się ich domostwa. Że to śląska normalność. Gospodarkę rabunkową rozgrzesza się z góry. Nie! Nie muszą ginąć górnicy i rozpadać ich siedliska! Dziś nie godzi się już tak myśleć i bezkarnie działać. I dlatego trzeba stawiać na swoim. Dlatego np. powstanie Stowarzyszenia Narodu Śląskiego ma swoje poważne znaczenie - jest kontestacją w słusznej sprawie.
Wychynąłem na chwilę z domu przez śniegi po gazety i chleb, by jak najrychlej wrócić do zwierzeń starego pisarza. Dzienniki wydane są bez jakiejkolwiek cenzury, z mnóstwem komentarzy. Książka jak krwisty befsztyk. Czegóż on w swoim zgorzknieniu nie wypisuje o swoich kolegach. Nawet znacznie młodszych. O nieszczęsnym poecie z Mikołowa pisze - „Casus Rafał Wojaczek! Niby poeta, który mógł napisać »mistrzowi mowy polskiej Tymoteuszowi Karpowiczowi «. Coś przerażającego - to wszystko, co narasta na wiersze tego gałgana, któremu nikt dobrze nie dał w mordę i nie ocalił przez to od samobójstwa, od megalomanii i od strasznej, prowincjonalnej zapaści. Właściwie zawsze, kiedy mam do czynienia z takimi typami, myślę, że są źle wychowani. Stąd w każdym wierszu: »srać «, »krocze «, »sperma” itp. To wszystko stanowi całość naszego życia, ale w innych proporcjach. Pasja bierze na faceta, no i na tę wrocławską atmosferę, gdzie Tymek cały król, a trzech myśli sklecić nie potrafi, zapadły w litewskie błota. I to się tak krzewi, rośnie, rozmnaża, zdobywa, staje się powoli t r e ś c i ą, rdzeniem, wyjawianiem wszystkiego, co mogło być myślą. Ciągle mówią: Norwid. Norwid! Norwid był grafomanem, ale Norwid myślał”.
I jeden z ostatnich zapisów. "29 stycznia 1980, Cayre. Śniadanie u Rubinsteinów Przyszedł Artur - po trzech tygodniach był ubrany pierwszy raz i zszedł z góry, miał wszystkie ruchy sparaliżowane przez bóle scjatyczne, głuchy, ślepy, ale trzymał się znakomicie i było bardzo powieściowo, bo była i Maneta Radwan, w matce Artur się kochał, a babkę wziął za forsę, i była ta sekretarka Amerykanka, oczywiście nic z tego nie rozumie, ale stara się odgrywać rolę egerii i drugiej gospodyni w domu. Starała się być ze mną miła, ale ordynarna i w porównaniu z rasą Neli [Talko-Hryncewicz] i Artura robiła wrażenie kuchary. Było bardzo dobre jedzenie, Hiszpan nalewał wino, zrobił plamę na obrusie, za co oberwał od Neli. Wnieśli tort z palącymi się świecami - dziewięć dużych i trzy małe - i Artur jednym dmuchnięciem zgasił wszystkie".
Wielkopańskość Jarosława Iwaszkiewicza pozwoli mu także pochować się w mundurze górniczym - awangardzie klasy robotniczej. Zawsze to "arystokracja".
- 17 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Kazimierz Kutz: Iwacho
firiduri
29.01.12, 11:00
Coś mi się zdaje, że byli tu już tacy, którzy walczyli z "jaśniepaństwem" przekazując (podobno?) władzę w ręce klasy robotniczej?»
-
Kazimierz Kutz: Iwacho
vito3
29.01.12, 22:22
warsiawska polska caly czas swoje przed wojna zrazila do nas ukraincow,bialorusinow ,litwinow odmawiajac im rownouprawnienia,administrujac przyjezdnymi burakami,teraz traci slask i to do »

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter



