Michał Smolorz: Niesłuszna refleksja o stanie wojennym

Michał Smolorz
28.12.2011 , aktualizacja: 28.12.2011 10:32
A A A Drukuj
Jak to dobrze, że przewalił się już pociąg obchodów 30. rocznicy stanu wojennego. Znów dostaliśmy pod choinkę końską dawkę narodowej martyrologii. Podobno konieczną, gdyż młodzież traktuje tamte lata jak średniowiecze, więc trzeba jej uświadamiać, jak strasznie cierpiał naród pod butem Jaruzelskiego.
Michał Smolorz
Fot. Bartłomiej Barczyk/Agencja Gazeta
Michał Smolorz
Jest to jeszcze jeden epizod historii, który ma pozostać w pamięci jako morze przelanej krwi i pasmo nieustającego bohaterstwa. O codziennym życiu w tamtym czasie już nie mówimy nic poza tym, że wszystko było na kartki, że dni spędzaliśmy w kolejkach do pustych półek, że z każdym dniem rozbuchana bezpieka starała się zgasić resztki tlącej się w nas nadziei.

O tym, że życie nigdy nie jest czarno-białe, wspominać nie wypada. A przecież nie jest. Stan wojenny mimo swej grozy miał wiele odcieni, bywał nawet groteskowy. Już 13 grudnia 1981 roku, kiedy usiłowano na ulice śląskich miast wyprowadzić cały wojskowy tabor z okolicznych koszar, okazało się, że połowa gratów jest niesprawna. Ludzie, którzy tłumnie wylegli z domów, pękali ze śmiechu, widząc ciągnięte na linach transportery opancerzone. Ten ustawiony na katowickim rynku, tak często pokazywany na fotografiach, podobno nie miał silnika - krótko wcześniej wymontowano go i wysłano do remontu, pojazd przywleczono nocą na holu i postawiono, by straszył w środku miasta.

Niby obowiązywała godzina milicyjna, ale wielu ludzi miało ją za nic i notorycznie krążyło po ulicach. Ze zmilitaryzowanych zakładów wynoszono surowce, materiały i narzędzia. Potrzebowałeś czegoś, to przychodziłeś w umówione miejsce i o ustalonej godzinie przez płot przelatywał pakunek. Szybko rozkwitł podziemny handel mięsem. Bez większego trudu nawiązywało się kontakty z rolnikami z Kieleckiego, od których można było kupić sprawione połówki wieprza z nielegalnego uboju (z weterynaryjnym certyfikatem!). Potem wiozło się je w bagażniku bocznymi drogami, w końcu dzieliło między sąsiadów. Czasami taki transport wpadał po drodze w łapy milicjantów, ale w większości przypadków kończyło się to podziałem rąbanki między gliniarzy i kierowcę. Właśnie podczas transportu wieprzowiny wpadł w ręce bezpieki dzisiejszy metropolita katowicki arcybiskup Wiktor Skworc, wtedy sekretarz biskupa Herberta Bednorza, wysłany przezeń po świąteczne zaopatrzenie.

Paliwo do samochodów podlegało ścisłej reglamentacji, a w pierwszych tygodniach stanu wojennego w ogóle nie można go było kupić. Więc kierowcy wojskowych starów z silnikami benzynowymi bez skrępowania sprzedawali paliwo według przelicznika flaszka wódki za kanister. Każdy miał w kabinie szlauch, stawał gdzieś w ciemniejszym zaułku, zassał z baku i po kilku minutach miałeś bańkę benzyny. W lasku pod lotniskiem w Mierzęcicach można było kupić nawet doskonałe paliwo lotnicze. To z kolei powodowało wzmożony popyt na alkohol jako uniwersalny środek płatniczy, a że i on był na kartki, więc błyskawicznie rozwinęło się bimbrownictwo, które w kilka tygodni pochłonęło wszystkie warstwy społeczne. Wśród inteligencji szczytem dobrego tonu stało się pędzenie samogonu, profesura uniwersytecka wymieniała się coraz wymyślniejszymi recepturami, piwnice w blokach na okrągło śmierdziały fermentującym zacierem, a na przyjęciach degustowano produkty z domowych destylarni.

Represje stanu wojennego były dotkliwe, ale objęły ledwie kilkanaście tysięcy spośród 38 milionów obywateli, niespełna pół promila. Cała reszta z podziwu godną sprawnością usiłowała sobie w tym bajzlu poukładać w miarę normalne życie. Ten wysiłek zbiorowego przetrwania, dzięki któremu ocalała "biologiczna substancja narodu", jest tak samo wart wspomnień. Choćby dlatego, że na tamte lata datuje się rekordowy i nigdy już niepowtórzony przyrost naturalny Polaków.

Podziel się

  • 21 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów