Muzeum dostaje kolekcję i wzywa policję
14.06.2011
, aktualizacja: 14.06.2011 22:51
Artur Troncik, który przekazał swoją kolekcję bytomskiemu muzeum jest zaskoczony reakcją jego dyrektora. Chciał tylko, żeby jego skarby mogło podziwiać więcej osób
Artur Troncik z Siemianowic Śląskich przekazał dar Muzeum Górnośląskiemu - ponad 250 przedmiotów, które skupował na targach staroci. Dyrektor placówki pięknie mu podziękował - zawiadomił policję o możliwości popełnienia przestępstwa
ZOBACZ TAKŻE
- Sprawa kolekcji podarowanej Muzeum Górnoślaskiemu została umorzona (24-06-11, 14:33)
- Komentarz: Kto pod kim dołki kopie... (14-06-11, 11:43)
- Gmach Muzeum Śląskiego powstanie za 206 mln zł (20-12-10, 21:31)
- Grzyb zaatakował kolekcję sztuki za 2 miliony złotych (09-11-10, 11:02)
- Pracownicy Centrum Kultury Katowice pocięli cenny obraz (02-09-10, 14:48)
Troncik ma 30 lat. Od dziecka interesuje się starociami. Najpierw z rodzicami odwiedzał muzea, potem już sam jeździł na targi staroci - najczęściej targowisko w Bytomiu, gdzie kupował przedmioty związane z drugą wojną światową. - Kilka lat temu zacząłem się interesować jeszcze starszymi znaleziskami. Zacząłem skupować i wymieniać się na wszystko, co wyglądało na jak najbardziej stare, a zacząłem od grotu ze strzały - mówi Troncik.
Jego kolekcja wkrótce wzbogaciła się o topory, buławy, ostrogi, fragmenty uzbrojenia, groty, klamry czy klucze z wczesnej epoki żelaza, okresu wpływów rzymskich, średniowiecza, z XVI, XVII i XVIII w. Troncik chciał, żeby jak najwięcej osób mogło oglądać jego skarby, spakował więc eksponaty do kartonów i zawiózł do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Dołożył jeszcze karton z dokumentacją. - Gdy kupowałem jakiś przedmiot, starałem się dowiedzieć o nim jak najwięcej: gdzie i jak został znaleziony, jechałem w to miejsce, robiłem mapki, zdjęcia. Oczywiście robiłem to tylko wtedy, gdy się dało, bo nie zawsze handlarz chciał mi zdradzać swoje tajemnice - mówi Troncik.
Dominik Abłamowicz, dyrektor bytomskiej placówki, przyjął kolekcję, ale gdy za Troncikiem zamknęły się drzwi, zawiadomił policję.
Adam Jakubiak, rzecznik bytomskiej policji, potwierdza: - Prowadzimy postępowanie w sprawie nielegalnego wydobycia przedmiotów ze stanowisk archeologicznych. Kolekcja jest na razie zdeponowana w muzeum.
Troncik łapie się za głowę: - Jakich stanowisk!? Ktoś coś znalazł na polu czy w lesie i to ma być stanowisko archeologiczne? Przedmioty, których pochodzenie udało mi się udokumentować, zostały znalezione głównie na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w miejscach, gdzie nie prowadzono żadnych wykopalisk!
Dyrektor Abłamowicz jest jednak przekonany, że mogło dojść do złamania prawa. - Jestem archeologiem z wykształcenia. W naszym środowisku coraz częściej mówi się o amatorach, którzy szukając skarbów niszczą miejsca, którymi powinni się zająć profesjonaliści. Co innego, gdy ktoś coś przypadkowo znajdzie i odda do muzeum, wtedy może liczyć na podziękowania i nagrodę.
Stanowisko dyrektora popiera Barbara Klajmon, wojewódzka konserwator zabytków. - Wszystko, co leży pod ziemią, należy do Skarbu Państwa. Jeśli ktoś wykopie coś cennego, ma obowiązek poinformować o tym najbliższy urząd gminy. A my nie wiemy, w jaki sposób pan Troncik pozyskał te wszystkie przedmioty - mówi.
Muzealnicy nie są jednak zgodni w ocenie postępowania dyrektora Abłamowicza. Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic, przyznaje, że jeśli darczyńca nie potrafi czasem udokumentować źródła pochodzenia zabytku, może podpisać oświadczenie o pochodzeniu znaleziska. - Czasem mamy wątpliwości co do pochodzenia przedmiotu, wtedy odmawiamy przyjęcia. Angażowanie policji to sprawa delikatna, bo odstrasza darczyńców i wzmacnia czarny rynek dzieł sztuki - podkreśla.
Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum Śląskiego, zapewnia z kolei, że Troncik ze swoją kolekcją zostałby w jego placówce potraktowany zupełnie inaczej. - Na pewno zwołałbym konsylium ekspertów i odbyłbym szereg rozmów z darczyńcą. Dla mnie najważniejsze jest ratowanie zabytku - kwituje.
Marcin Rudnicki, archeolog z Uniwersytetu Warszawskiego, przekazanie sprawy policji nazywa po prostu skandalem. - To zwyczajna nadgorliwość. Winna jest temu nieprecyzyjna ustawa o zabytkach archeologicznych. Definicja mówi, że to przedmioty umieszczone w nawarstwieniach, które powstały w wyniku kulturowej działalności człowieka. Moim zdaniem chodzi tu o wykopaliska prowadzone w osadzie. Trudno takim nazwać przypadkowe pole bitwy czy las, w którym ktoś coś zgubił. Przepis jednak jest nieostry i każdy interpretuje go jak chce - denerwuje się Rudnicki.
Jeśli w czasie dochodzenia Troncikowi zostaną przedstawione zarzuty, będzie musiał zapłacić grzywnę. - Taką kwotę musiałby najpierw oszacować biegły, ale już teraz mogę powiedzieć, że nie będą to małe pieniądze - dodaje Jakubiak.
Czarnorynkową wartość przedmiotów podarowanych Muzeum Górnośląskiemu Troncik wycenia na 30-50 tys. zł.
Jego kolekcja wkrótce wzbogaciła się o topory, buławy, ostrogi, fragmenty uzbrojenia, groty, klamry czy klucze z wczesnej epoki żelaza, okresu wpływów rzymskich, średniowiecza, z XVI, XVII i XVIII w. Troncik chciał, żeby jak najwięcej osób mogło oglądać jego skarby, spakował więc eksponaty do kartonów i zawiózł do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Dołożył jeszcze karton z dokumentacją. - Gdy kupowałem jakiś przedmiot, starałem się dowiedzieć o nim jak najwięcej: gdzie i jak został znaleziony, jechałem w to miejsce, robiłem mapki, zdjęcia. Oczywiście robiłem to tylko wtedy, gdy się dało, bo nie zawsze handlarz chciał mi zdradzać swoje tajemnice - mówi Troncik.
Dominik Abłamowicz, dyrektor bytomskiej placówki, przyjął kolekcję, ale gdy za Troncikiem zamknęły się drzwi, zawiadomił policję.
Adam Jakubiak, rzecznik bytomskiej policji, potwierdza: - Prowadzimy postępowanie w sprawie nielegalnego wydobycia przedmiotów ze stanowisk archeologicznych. Kolekcja jest na razie zdeponowana w muzeum.
Troncik łapie się za głowę: - Jakich stanowisk!? Ktoś coś znalazł na polu czy w lesie i to ma być stanowisko archeologiczne? Przedmioty, których pochodzenie udało mi się udokumentować, zostały znalezione głównie na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w miejscach, gdzie nie prowadzono żadnych wykopalisk!
Dyrektor Abłamowicz jest jednak przekonany, że mogło dojść do złamania prawa. - Jestem archeologiem z wykształcenia. W naszym środowisku coraz częściej mówi się o amatorach, którzy szukając skarbów niszczą miejsca, którymi powinni się zająć profesjonaliści. Co innego, gdy ktoś coś przypadkowo znajdzie i odda do muzeum, wtedy może liczyć na podziękowania i nagrodę.
Stanowisko dyrektora popiera Barbara Klajmon, wojewódzka konserwator zabytków. - Wszystko, co leży pod ziemią, należy do Skarbu Państwa. Jeśli ktoś wykopie coś cennego, ma obowiązek poinformować o tym najbliższy urząd gminy. A my nie wiemy, w jaki sposób pan Troncik pozyskał te wszystkie przedmioty - mówi.
Muzealnicy nie są jednak zgodni w ocenie postępowania dyrektora Abłamowicza. Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic, przyznaje, że jeśli darczyńca nie potrafi czasem udokumentować źródła pochodzenia zabytku, może podpisać oświadczenie o pochodzeniu znaleziska. - Czasem mamy wątpliwości co do pochodzenia przedmiotu, wtedy odmawiamy przyjęcia. Angażowanie policji to sprawa delikatna, bo odstrasza darczyńców i wzmacnia czarny rynek dzieł sztuki - podkreśla.
Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum Śląskiego, zapewnia z kolei, że Troncik ze swoją kolekcją zostałby w jego placówce potraktowany zupełnie inaczej. - Na pewno zwołałbym konsylium ekspertów i odbyłbym szereg rozmów z darczyńcą. Dla mnie najważniejsze jest ratowanie zabytku - kwituje.
Marcin Rudnicki, archeolog z Uniwersytetu Warszawskiego, przekazanie sprawy policji nazywa po prostu skandalem. - To zwyczajna nadgorliwość. Winna jest temu nieprecyzyjna ustawa o zabytkach archeologicznych. Definicja mówi, że to przedmioty umieszczone w nawarstwieniach, które powstały w wyniku kulturowej działalności człowieka. Moim zdaniem chodzi tu o wykopaliska prowadzone w osadzie. Trudno takim nazwać przypadkowe pole bitwy czy las, w którym ktoś coś zgubił. Przepis jednak jest nieostry i każdy interpretuje go jak chce - denerwuje się Rudnicki.
Jeśli w czasie dochodzenia Troncikowi zostaną przedstawione zarzuty, będzie musiał zapłacić grzywnę. - Taką kwotę musiałby najpierw oszacować biegły, ale już teraz mogę powiedzieć, że nie będą to małe pieniądze - dodaje Jakubiak.
Czarnorynkową wartość przedmiotów podarowanych Muzeum Górnośląskiemu Troncik wycenia na 30-50 tys. zł.
- 107 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
27 głosów
-
Muzeum dostaje kolekcję i wzywa policję
amadeus99
14.06.11, 14:08
No cóż duch PRL-u zawsze żywy i ten pan też, jak kacyk z PZPR-u a nawet gorzej rodem z NRDówka i StasiBraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaawo!!!!!»
-
Darczyńca może odwołać swoją darowiznę...
shroeder1970
14.06.11, 22:27
... wobec niewidzęczności obdarowanego i przekazać ją temu przedstawicielowi Skarbu Państwa (muzeum), które mu świni nie podłoży.»
-
Artur Troncik...
danieleasy
28.09.11, 12:24
miał na początku roku 2010 do przekazania jakiemus Muzeum ponad 100 zabytków. Oddał ponad 250. Sumienie nakazało oddać więcej? Może Konserwator Zabytków w Katowicach zainteresuje »
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

