Przychodzi pacjent i mówi, że chce być jak Brad Pitt
2010-01-27
, aktualizacja: 27.01.2010 13:46
- Rzeźba dojrzewa jak wino, wracam do niej po latach i poprawiam, bo coś mi się nie podoba, wyczuwam jakąś zaburzoną proporcję - mówi Jerzy Wilgus
Kiedy idę ulicą, rzucają mi się w oczy odstające uszy, duże nosy i myślę, jak by to poprawić. Zachwycam się rzadko, zawsze można coś zrobić, żeby było ładniej - mówi Jerzy Wilgus, rzeźbiarz i specjalista chirurgii plastycznej.
ZOBACZ TAKŻE
- Frelki w galotach i lajbikach zapozowały do kalendarza (12-01-10, 12:43)
- Sołtys nie może się zajmować sprawami sercowymi (26-04-10, 12:36)
- Superniania Małgorzata. PUP uznał, że ma przyszłość (06-04-10, 12:58)
- Ślązaczka doprowadziła do perfekcji... drżenie ciała (23-11-09, 23:04)
SERWISY
Jerzy Wilgus: Widzi pani tę kobietę? Ma za szerokie biodra i krzywą nogę, bo upadła i musiałem ją skleić. Piękno jest ulotne, nigdy nie osiągnie się superproporcji. Podobnie w życiu.
Małgorzata Goślińska: Który materiał jest najtrudniejszy?
- Drewno.
A nie ciało?
- Na człowieka patrzę inaczej. To żywy organizm, nie można do końca przewidzieć efektu, nie wiadomo, jak będzie się goić. Może wystąpić obrzęk, krwawienie z nosa, blizna i trzeba przedłużyć proces o leczenie maścią, naświetlaniem. Poza tym nad ciałem pracuje zespół, anestezjolog, instrumentariuszka, asystent...
Z ciałem trzeba ostrożniej?
- I w chirurgii, i w sztuce trzeba dużo delikatności, przy detalach, szczególnie gdy zbliżam się do oka, muszę manewrować dłutkiem jak przy rekonstrukcji ludzkiej powieki, precyzyjnie.
Co było pierwsze: sztuka czy chirurgia?
- W liceum dostałem dłuta od dziadka, pułkownika ułanów, który lubił rzeźbić szachy. Zacząłem robić świątki, dla zabawy, aż trafiłem na wykładowcę Akademii Sztuk Pięknych Tadzia Siarę, świetnego artystę grafika, a potem pomagałem Stasiowi Hochułowi przy rzeźbieniu ołtarza z drewna, gliny i plastiku. To Stasio namówił mnie na studiowanie rzeźby. Po roku stwierdziłem, że to mi nic nie daje, technikę znałem, historię sztuki też. Zdecydowałem pójść na medycynę, od razu miałem sprecyzowany kierunek. Najpierw uczyłem się u Andrzeja Sankowskiego, chirurga plastyka z Warszawy, który maluje przepiękne akwarele.
Chirurg plastyczny to artysta?
- Powinien nim być, nie tylko umieć sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała twarz po operacji, ale przelać to na papier, narysować pacjentowi. Czasem pacjent mówi: proszę zrobić tak, żeby było lepiej. Ale to nie ja będę chodzić z pańskim nosem, odpowiadam, proszę samemu wybrać i rysuję mu kilka wersji: nos prosty, bardziej zadarty, mniejszy, większy... Korekcja, choćby drobna, może spowodować zaburzenie tożsamości u pacjenta, jeśli nie jest dobrze poinformowany. Nie zaakceptuje nowego wizerunku, nawet jeśli obiektywnie będzie ładniejszy. Na sali operacyjnej używam tych samych narzędzi co w pracowni rzeźbiarskiej, dłutka, młotka, na koniec pilnika, żeby wygładzić nos. Gdy rekonstruuję ucho, pobieram chrząstkę z klatki piersiowej, stąd, gdzie żebra łączą się z mostkiem, i na wzór drugiego ucha rzeźbię dłutkami w tej chrząstce obrąbek, czółenko, grobelkę, muszlę...
A chirurgia plastyczna inspiruje Pana jako artystę?
- Trzy lata temu robiłem popiersie kobiety z granitu i dokleiłem jej implanty silikonowe, które w klinice stosujemy do powiększania piersi, a włosy zrobiłem z silikonu przezroczystego.
Wczoraj odbył się wernisaż wystawy Pańskich rzeźb. Byli na nim również Pana pacjenci, jako goście. Patrzy Pan na nich jak na żywe dzieła?
- To zboczenie zawodowe. Idąc ulicą, rzucają mi się w oczy odstające uszy, duże nosy i myślę, jak by to poprawić. Zachwycam się rzadko, zawsze można coś zrobić, żeby było ładniej.
Ściąganie bandaża z twarzy pacjenta nie przypomina otwarcia wystawy? Nie czuje Pan tego napięcia, gdy dzieło staje się swoim pierwszym widzem?
- Mam za sobą 30 lat pracy. Zaczynałem w Polanicy, największym szpitalu chirurgii plastycznej w Polsce, potem na oddziale chirurgii plastycznej w Sosnowcu. Byłem ordynatorem, miałem 36 łóżek. Teraz prowadzę własną klinikę w Katowicach. Policzyłem, że w ciągu tych lat wykonałem około 27 tysięcy operacji, rocznie od 800 do 900, dziennie zdarza się nawet dziewięć. Jeśli w trakcie zabiegu lub tuż po nim nie wystąpią żadne powikłania, wiem, jak ta twarz będzie wyglądać i że będzie mi się podobać.
A dziełu?
- Przychodzi do mnie pacjent i mówi, że chce być jak Brad Pitt. Mówię: nie wystarczy zmienić nos, czoło, uszy, trzeba by całą twarz, tu wyszczuplić, tam poszerzyć, żeby uzyskać podobieństwo. A mieć twarz kogoś innego jest niemożliwe. Zdarzają się dziewczyny, które żyją z dużym nosem i im to nie przeszkadza, aż ktoś nie powie: ale ty masz brzydki nos, idź go sobie zmniejszyć, bo źle wyglądasz. I wtedy one przychodzą do mnie z kompleksem na punkcie monstrualnego nosa. To hipoestetyczny typ psychologiczny pacjenta chirurgii plastycznej, po likwidacji defektu urody jest zadowolony z siebie. Są też typy hiperestetyczne, nadmiernie dbające o swój wygląd. Chcą być akceptowani, nie mają dobrych kontaktów z otoczeniem, nie myślą, że to sprawa psychiki, tylko ciała, i wciąż szukają w sobie coś do poprawienia, znajdą zmarszczkę pod okiem, chociaż mają dopiero 20 lat.
Usuwamy również skutki chorób i wypadków. Niedawno operowałem pacjentkę, która po wypadku samochodowym miała martwicę policzka. W szpitalu przeszczepiono jej skórę z pośladka, która miała inny kolor i konsystencję. Niezbyt dobrze to wyglądało, została z dziurą koło ust odsłaniającą szczękę. Usunąłem tamtą skórę, na dziurę dałem płat sprzed ucha, na policzek płat zza ucha, za uchem naciągnąłem skórę karku. Takie operacje są wieloetapowe, drugi zabieg po pół roku, po roku trzeci. Nieraz ubytek tkanek jest tak duży albo są tak zdeformowane, że efekt pracy jest daleki od ideału, jaki chciałoby się osiągnąć.
Małgorzata Goślińska: Który materiał jest najtrudniejszy?
- Drewno.
A nie ciało?
- Na człowieka patrzę inaczej. To żywy organizm, nie można do końca przewidzieć efektu, nie wiadomo, jak będzie się goić. Może wystąpić obrzęk, krwawienie z nosa, blizna i trzeba przedłużyć proces o leczenie maścią, naświetlaniem. Poza tym nad ciałem pracuje zespół, anestezjolog, instrumentariuszka, asystent...
Z ciałem trzeba ostrożniej?
- I w chirurgii, i w sztuce trzeba dużo delikatności, przy detalach, szczególnie gdy zbliżam się do oka, muszę manewrować dłutkiem jak przy rekonstrukcji ludzkiej powieki, precyzyjnie.
Co było pierwsze: sztuka czy chirurgia?
- W liceum dostałem dłuta od dziadka, pułkownika ułanów, który lubił rzeźbić szachy. Zacząłem robić świątki, dla zabawy, aż trafiłem na wykładowcę Akademii Sztuk Pięknych Tadzia Siarę, świetnego artystę grafika, a potem pomagałem Stasiowi Hochułowi przy rzeźbieniu ołtarza z drewna, gliny i plastiku. To Stasio namówił mnie na studiowanie rzeźby. Po roku stwierdziłem, że to mi nic nie daje, technikę znałem, historię sztuki też. Zdecydowałem pójść na medycynę, od razu miałem sprecyzowany kierunek. Najpierw uczyłem się u Andrzeja Sankowskiego, chirurga plastyka z Warszawy, który maluje przepiękne akwarele.
Chirurg plastyczny to artysta?
- Powinien nim być, nie tylko umieć sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała twarz po operacji, ale przelać to na papier, narysować pacjentowi. Czasem pacjent mówi: proszę zrobić tak, żeby było lepiej. Ale to nie ja będę chodzić z pańskim nosem, odpowiadam, proszę samemu wybrać i rysuję mu kilka wersji: nos prosty, bardziej zadarty, mniejszy, większy... Korekcja, choćby drobna, może spowodować zaburzenie tożsamości u pacjenta, jeśli nie jest dobrze poinformowany. Nie zaakceptuje nowego wizerunku, nawet jeśli obiektywnie będzie ładniejszy. Na sali operacyjnej używam tych samych narzędzi co w pracowni rzeźbiarskiej, dłutka, młotka, na koniec pilnika, żeby wygładzić nos. Gdy rekonstruuję ucho, pobieram chrząstkę z klatki piersiowej, stąd, gdzie żebra łączą się z mostkiem, i na wzór drugiego ucha rzeźbię dłutkami w tej chrząstce obrąbek, czółenko, grobelkę, muszlę...
A chirurgia plastyczna inspiruje Pana jako artystę?
- Trzy lata temu robiłem popiersie kobiety z granitu i dokleiłem jej implanty silikonowe, które w klinice stosujemy do powiększania piersi, a włosy zrobiłem z silikonu przezroczystego.
Wczoraj odbył się wernisaż wystawy Pańskich rzeźb. Byli na nim również Pana pacjenci, jako goście. Patrzy Pan na nich jak na żywe dzieła?
- To zboczenie zawodowe. Idąc ulicą, rzucają mi się w oczy odstające uszy, duże nosy i myślę, jak by to poprawić. Zachwycam się rzadko, zawsze można coś zrobić, żeby było ładniej.
Ściąganie bandaża z twarzy pacjenta nie przypomina otwarcia wystawy? Nie czuje Pan tego napięcia, gdy dzieło staje się swoim pierwszym widzem?
- Mam za sobą 30 lat pracy. Zaczynałem w Polanicy, największym szpitalu chirurgii plastycznej w Polsce, potem na oddziale chirurgii plastycznej w Sosnowcu. Byłem ordynatorem, miałem 36 łóżek. Teraz prowadzę własną klinikę w Katowicach. Policzyłem, że w ciągu tych lat wykonałem około 27 tysięcy operacji, rocznie od 800 do 900, dziennie zdarza się nawet dziewięć. Jeśli w trakcie zabiegu lub tuż po nim nie wystąpią żadne powikłania, wiem, jak ta twarz będzie wyglądać i że będzie mi się podobać.
A dziełu?
- Przychodzi do mnie pacjent i mówi, że chce być jak Brad Pitt. Mówię: nie wystarczy zmienić nos, czoło, uszy, trzeba by całą twarz, tu wyszczuplić, tam poszerzyć, żeby uzyskać podobieństwo. A mieć twarz kogoś innego jest niemożliwe. Zdarzają się dziewczyny, które żyją z dużym nosem i im to nie przeszkadza, aż ktoś nie powie: ale ty masz brzydki nos, idź go sobie zmniejszyć, bo źle wyglądasz. I wtedy one przychodzą do mnie z kompleksem na punkcie monstrualnego nosa. To hipoestetyczny typ psychologiczny pacjenta chirurgii plastycznej, po likwidacji defektu urody jest zadowolony z siebie. Są też typy hiperestetyczne, nadmiernie dbające o swój wygląd. Chcą być akceptowani, nie mają dobrych kontaktów z otoczeniem, nie myślą, że to sprawa psychiki, tylko ciała, i wciąż szukają w sobie coś do poprawienia, znajdą zmarszczkę pod okiem, chociaż mają dopiero 20 lat.
Usuwamy również skutki chorób i wypadków. Niedawno operowałem pacjentkę, która po wypadku samochodowym miała martwicę policzka. W szpitalu przeszczepiono jej skórę z pośladka, która miała inny kolor i konsystencję. Niezbyt dobrze to wyglądało, została z dziurą koło ust odsłaniającą szczękę. Usunąłem tamtą skórę, na dziurę dałem płat sprzed ucha, na policzek płat zza ucha, za uchem naciągnąłem skórę karku. Takie operacje są wieloetapowe, drugi zabieg po pół roku, po roku trzeci. Nieraz ubytek tkanek jest tak duży albo są tak zdeformowane, że efekt pracy jest daleki od ideału, jaki chciałoby się osiągnąć.
Inaczej niż w sztuce?
- Też nie z każdego kawałka drzewa da się uzyskać to, co się założyło na początku. Materiał może mieć skazę, muszę zmodyfikować moje wyobrażenie, tak wkomponować w sęki, by nie raziły, pokochać to pęknięcie. Trzeba mieć dużo pokory. Dzieło nie powstaje w ciągu trzech miesięcy. Sfinksicę, świętej pamięci (bo mi ją ukradli z galerii), zacząłem robić przed studiami i skończyłem po. Rzeźba dojrzewa jak wino, wracam do niej po latach i poprawiam, bo coś mi się nie podoba, wyczuwam jakąś zaburzoną proporcję.
Ta kobieta ze złamaną nogą, która stoi na szafie w Pańskim gabinecie, i wszystkie kobiety, które Pan wyrzeźbił z drewna, mają pełne kształty, właściwie nadawałyby się na Pana pacjentki, przydałoby im się podnieść piersi, odessać brzuchy i pośladki.
- W Japonii zbilibyśmy fortunę na operacjach powodujących odstawanie małżowin usznych. Tam takie uszy są najpiękniejsze na świecie. W Brazylii cała rodzina pracuje na to, żeby córka mogła sobie poprawić biust, bo ona tańczy w szkole samby, występuje na sambodromie, musi być piękna. Z kolei Arabka, aby zasłużyć na miano pięknej, musi być tęga i ważyć co najmniej 100 kilogramów. Różne są kanony piękna, różne mody. Moda na anorektyczne lolitki mija, teraz modne są umięśnione sylwetki, wysportowane.
Ale czy nigdy nie odmawia Pan ingerencji w naturę?
- Kiedy przychodzi do mnie matka z córką i mówi: proszę jej zoperować piersi, bo koleżanki w klasie już mają, a córka płaska. A ile ona ma lat? - pytam. 16. No to proszę zaczekać, może jej urosną, a jeśli nie, to niech przyjdzie, jak skończy 19 lat. Albo z 15-letnią dziewczynką, że ma za szeroki nos. Tłumaczę, że organizm jeszcze się rozwija, że wszystko może się pozmieniać. A matka na to, że ona podpisze wszystkie zgody i mam operować. No to tłumaczę znowu od początku. Pewnego dnia, jeszcze w Sosnowcu, wpadł do nas młody mężczyzna, żeby mu natychmiast zmienić twarz, tak żeby był nierozpoznawalny, bo ściga go mafia. Technicznie było to możliwe, ale bezprawne. Najpierw trzeba zrobić badania.
Jedna z Pańskich drewnianych kobiet ma twarz jak pelikan i ptasie stopy. Może to niedoskonałość jest piękna?
- Nie ma ideałów, nawet supermodelce znajdzie się, może ukryte gdzieś na plecach, ale zawsze jakieś znamię barwnikowe.
* Wystawę prac Jerzego Wilgusa można oglądać w galerii Fra Angelico w Katowicach przy ulicy Wita Stwosza 16
- Też nie z każdego kawałka drzewa da się uzyskać to, co się założyło na początku. Materiał może mieć skazę, muszę zmodyfikować moje wyobrażenie, tak wkomponować w sęki, by nie raziły, pokochać to pęknięcie. Trzeba mieć dużo pokory. Dzieło nie powstaje w ciągu trzech miesięcy. Sfinksicę, świętej pamięci (bo mi ją ukradli z galerii), zacząłem robić przed studiami i skończyłem po. Rzeźba dojrzewa jak wino, wracam do niej po latach i poprawiam, bo coś mi się nie podoba, wyczuwam jakąś zaburzoną proporcję.
Ta kobieta ze złamaną nogą, która stoi na szafie w Pańskim gabinecie, i wszystkie kobiety, które Pan wyrzeźbił z drewna, mają pełne kształty, właściwie nadawałyby się na Pana pacjentki, przydałoby im się podnieść piersi, odessać brzuchy i pośladki.
- W Japonii zbilibyśmy fortunę na operacjach powodujących odstawanie małżowin usznych. Tam takie uszy są najpiękniejsze na świecie. W Brazylii cała rodzina pracuje na to, żeby córka mogła sobie poprawić biust, bo ona tańczy w szkole samby, występuje na sambodromie, musi być piękna. Z kolei Arabka, aby zasłużyć na miano pięknej, musi być tęga i ważyć co najmniej 100 kilogramów. Różne są kanony piękna, różne mody. Moda na anorektyczne lolitki mija, teraz modne są umięśnione sylwetki, wysportowane.
Ale czy nigdy nie odmawia Pan ingerencji w naturę?
- Kiedy przychodzi do mnie matka z córką i mówi: proszę jej zoperować piersi, bo koleżanki w klasie już mają, a córka płaska. A ile ona ma lat? - pytam. 16. No to proszę zaczekać, może jej urosną, a jeśli nie, to niech przyjdzie, jak skończy 19 lat. Albo z 15-letnią dziewczynką, że ma za szeroki nos. Tłumaczę, że organizm jeszcze się rozwija, że wszystko może się pozmieniać. A matka na to, że ona podpisze wszystkie zgody i mam operować. No to tłumaczę znowu od początku. Pewnego dnia, jeszcze w Sosnowcu, wpadł do nas młody mężczyzna, żeby mu natychmiast zmienić twarz, tak żeby był nierozpoznawalny, bo ściga go mafia. Technicznie było to możliwe, ale bezprawne. Najpierw trzeba zrobić badania.
Jedna z Pańskich drewnianych kobiet ma twarz jak pelikan i ptasie stopy. Może to niedoskonałość jest piękna?
- Nie ma ideałów, nawet supermodelce znajdzie się, może ukryte gdzieś na plecach, ale zawsze jakieś znamię barwnikowe.
* Wystawę prac Jerzego Wilgusa można oglądać w galerii Fra Angelico w Katowicach przy ulicy Wita Stwosza 16
- 20 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
21 głosów
-
Lekarzu, lecz się sam.
spanish_fly
27.01.10, 16:45
>Zachwycam się rzadko, zawsze można coś zrobić, żeby było ładniej - mówi Jerzy Wilgus, rzeźbiarz i specjalista chirurgii plastycznej.Codziennie widuję idealnie pięknie dziewczyny, którym»
-
Przychodzi pacjent i mówi, że chce być jak Brad...
airtair
01.02.10, 15:39
Nawet tego nie czytałam- wiem, co bym tam zobaczyła. Czy może mieć to związek z Darwinem i Proustem dzielone przez kamasutrę? Inna sprawa,kiedy prezenterka w publicznej tv zacfchowuje się, »
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter




