Ustalili, że w domu nie ma picia, wąchania i dziupli

Małgorzata Goślińska
2009-12-18 , aktualizacja: 18.12.2009 14:47
A A A Drukuj
Monika Bajka, wiceprezes stowarzyszenia, i Adrian Kowalski, założyciel Aniołów, do ostatnniej chwili wybierali zdjęcia, które trafiły na wystawę dokumentującą 15 lat istnienia Domu Aniołów Stróżów w Katowicach Fot. Przemysław Jendroska/Agencja Gazeta Monika Bajka, wiceprezes stowarzyszenia, i Adrian Kowalski, założyciel Aniołów, do ostatnniej chwili wybierali zdjęcia, które trafiły na wystawę dokumentującą 15 lat istnienia Domu Aniołów Stróżów w Katowicach
Sami ustalili takie zasady, bo gdyby policja znalazła kradzione radia samochodowe, mogłaby im ten dom zamknąć. Marzyli, że to będzie dom, taki, gdzie się zmienia buty na kapcie. To ostatnie nie wypaliło. Jak zaczęli zdejmować buty, nie dało się wytrzymać od smrodu.
SERWISY
Wigilia 1994 roku miała być u ciotki w kamienicy przy Andrzeja 12. Ciotka, tak mówili na tę pijaczkę z parteru, w amoku alkoholowym zgodziła się przyjąć ich u siebie. Na trzeźwo mało kto sobie takich gości życzył, a jeśli, to szybko przeganiał, nawet z kościołów, klasztorów i salek katechetycznych.

Dzieciaki, zamroczone klejem widziały Jezusa wychodzącego z tabernakulum. Te ich wizje narkotyczne nie były jeszcze takie groźne dla otoczenia, za to na głodzie klęły, na czym świat stoi, biły się do krwi, demolując wszystko wokół, a ze zwykłego głodu, z pustki w żołądku i przyzwyczajenia potrafiły okraść gospodarzy. Ciotka była łaskawa. Tydzień przed wigilią przyszli do niej ze świątecznymi produktami, żeby zacząć przygotowania. Pukają. A ta nagle trzeźwa, nie puszcza za próg.

Był 19 grudnia w Katowicach. W bramie na Andrzeja 12 odkryli zamkniętą oficynę, administracja dała im klucze. Weszli. W środku było pusto, zimno, nie było prądu ani ogrzewania, rudera. Zmówili "Aniele Boży, stróżu mój", a na następny dzień znieśli kartony do siedzenia. Byli tu w tę wigilię i codziennie przez kolejnych 11 lat. Mówili od początku: idziemy do aniołów.

Wszędzie widzi dzieci z workiem przy buzi

Sylwestra trzy lata wcześniej, kleryk Adrian Kowalski z siostrą zakonną od boromeuszek odprawiają mszę dla bezdomnych na katowickim dworcu. Podchodzi Krystian z grupką rówieśników. Ma 11 lat, blondynek, mówią na niego "Siwy" i tak jak on cuchną klejem. Chwilę rozmawiają z klerykiem, "Siwy" zapamiętuje jego imię. Na całe seminarium nie ma drugiego Adriana, więc jak "Siwy" zawoła pod oknami "Adrian", to będzie wiadomo, o kogo chodzi. Zdarzy się, że będzie wołać w środku nocy cały zakrwawiony po jakiejś bójce: "Adrian, masz bandaż?!". Ale najpierw kilka dni po sylwestrze zaprasza młodego kleryka na spacer. Chce mu pokazać swoje Katowice, znajomych.

- Chciał mi zaimponować - wspomina dzisiaj Adrian. "Siwy" przedstawia mu kieszonkowców, prostytutki, alfonsów. Kleryk jest przerażony, niby-niewinny taksówkarz okazuje się paserem. Chodzą po strychach i kanałach ciepłowniczych. Adrian wszędzie widzi dzieci z workiem przy buziach. Odtąd nie będzie mógł spać spokojnie. Spacery z Krystianem przeradzają się w misję uliczną. Spotyka się z wąchaczami kleju na dworcu, w klatkach schodowych, czasem rodzice dzieci zapraszają ich do swoich mieszkań albo ta ciotka pijaczka. Adrianowi towarzyszą wolontariusze. Nie mają wiedzy, doświadczenia, pieniędzy i pomysłu co dalej, tylko szczerą chęć pomagania.

Miała atut - cinquecento

Wiedziała, że to jest dom dla trudnych dzieci, ale żeby nie było drzwi i kraty w oknach? Puka w szybę. Jest 1997 rok, oficyna na Andrzeja 12 ma już szyld "Dom Aniołów Stróżów", wejście to ta wielka, niebieska brama z blachy. Monikę Bajkę przysłał tu Jacek Pikuła z darami. Pikuła jest już wtedy znany w Katowicach jako opiekun bezdomnych, prowadzi dla nich placówkę na Granicznej. Ulubieniec ludzi biznesu, obsypują go jedzeniem i ubraniami, a on dzieli się z innymi organizacjami na rzecz ubogich. Monika poznała go na Staromiejskiej, śpiewał tu i grał na gitarze, kwestując dla swoich podopiecznych. Spytała, czy mu się na coś nie przyda. Zgodził się, żeby przychodziła pomagać dzieciom w odrabianiu lekcji. Na wizyty u bezdomnych na dworcu i w kanałach z zasady nie zbierał kobiet, dla bezpieczeństwa. Ale Monika miała atut - cinquecento. A termosy z herbatą dla bezdomnych ciężkie... Pikuła zaczął zabierać Monikę. Tak samo przez to cinquecento trafiła do Aniołów.

Wchodzi do oficyny z naręczem kiełbas. Dzieciaki właśnie grają w ping-ponga. Adrian pyta: - Może zagrasz z nami? Monika zostaje na zawsze.

Zaczyna brakować naczyń

Agnieszka ma 15 lat. Takich jak ona, nastoletnich, jest u Aniołów najwięcej i trochę tych między 20 a 30, trochę maluchów. Agnieszka myśli o nich z pobłażaniem: nasza polska młodzież, złodzieje i prostytutki. Ona nie ma problemów, nigdy nie chwyciła za worek. Na złość mamie nie chodzi do szkoły, za to, że odeszła do innego faceta. Ojciec dał jej wolną rękę, najwyżej zmierzy spojrzeniem, czy jest cała i tyle. Jak ją przyłapał pijaną, następnego dnia rano kupił jej colę na kaca i powiedział: masz trzy dni, żeby ten but wrócił do domu. Bo Agnieszka wróciła z imprezy w jednym bucie. Pierwszy raz miała w ustach alkohol, gdy skończyła osiem lat, od razu wódkę. Ale regularnie zaczęła pić dopiero cztery lata później. Kiedyś przyszła do Aniołów pod wpływem alkoholu i jej nie wpuścili.

Sami sobie takie zasady ustalili: w domu nie ma picia, wąchania i dziupli. Bo gdyby policja znalazła kradzione radia samochodowe, mogłaby im ten dom zamknąć. Z policjantami jest układ, że nie mają tu wjazdu. A jak złapią dzieciaka, który robi już trzecią rundę tramwajem, to zamiast do bidula odstawiają go do Aniołów. Z bidula i tak by uciekł. Do Aniołów trafiają uciekinierzy z całej Polski, bywa, że są siódmy rok na gigancie. Nieoficjalnie tu śpią. Iza, lat 25, z małej miejscowości na granicy niemieckiej, nie widziała matki 18 lat. Przeszła przez wszystkie placówki od internatu przez poprawczak po zakłady karne, na koniec mieszka po metach i żyje z ulicy.

Regulamin tworzy się naturalnie, jak pory posiłków. Trzeba było je wyznaczyć, inaczej panował chaos, jedni chcieli jeść, inni bawić się albo uczyć, a wszystkich naraz zdarzało się 60. Tylko na wigilię nie da się wszystkich razem skrzyknąć. Dostawiają puste nakrycie, a tu wciąż ktoś dzwoni do drzwi. O 21 zaczyna brakować naczyń dla obecnych.

Marzyli, że to będzie dom, taki, gdzie się zmienia buty na kapcie. To ostatnie nie wypaliło. Jak zaczęli zdejmować buty, nie dało się wytrzymać od smrodu.

Czego ona tu szuka taka elegancka

2001 rok, o Aniołach już się mówi w mediach, chociaż działają w ramach Katolickiej Fundacji Dzieciom. Do domu na Andrzeja wchodzi kobieta w garsonce i szpilkach. - A my w dresach, brudni, obszarpani... Czego ona tu szuka taka elegancka? - wspomina Adrian. - Faktycznie, wpadłam prosto po pracy w rynsztunku bojowym, musiał być kontrast - śmieje się Joanna. - Mogłabym jakoś pomóc? - spytała wtedy nieśmiało. - A co pani potrafi, bo my nie mamy czasu wymyślać - odparował Adrian. - Jestem radcą prawnym... - A, to się dobrze składa. Pomogłaby nam pani założyć stowarzyszenie? Tak w ciągu kilku miesięcy Anioły wyodrębniły się jako osobna organizacja, Joanna dotąd jest jej członkiem.

Po roku przed świętami Gabriela z Warszawy czyta w tygodniku o dzieciach ulicy i dzwoni do autorki tekstu z pytaniem, komu najlepiej pomóc. - Katowicom - słyszy - tam jest najgorzej. Organizuje zbiórkę w swojej firmie i wysyła Aniołom. Najpierw próbuje zbierać rzeczy, ale ludzie znoszą przeterminowane czekolady i brudne misie. Pieniędzy w ogóle nie chcą dawać. No to wymyśla aukcję, wyprasza od innych firm gadżety i wystawia w internecie. W tym roku zebrała na narty, starczy na 15 par. Kupuje to, czego sobie życzą Anioły, w zeszłym roku rowery. Najbardziej zaabsorbowały ją zakupy butów i kurtek zimowych - 50 kompletów, każdy w innym rozmiarze i, starała się, w różnym fasonie, żeby dzieci nie wyglądały jak w obozie. A potem patrzyła z rozbawieniem, jak wychowawcy wyrzucają stare buty. Inaczej, tłumaczyli, rodzice mogliby uznać, że stare jeszcze nadają się do chodzenia i te nowe poszłyby na alkohol.

Dwa lata później Marta, prezeska dużej firmy ubezpieczeniowej, wraca pociągiem InterCity z Katowic do Warszawy. W wagonie restauracyjnym przed laptopem prócz niej siedzi jeszcze bardzo zdenerwowany mężczyzna. Wreszcie zwraca się do Marty: - Może mi pani pożyczyć laptop, bo mój odmówił posłuszeństwa? Proszę! Będzie mi pani patrzeć na ręce. Martę zamurowało, jeszcze nikt ją o coś takiego nie prosił, a ma w laptopie poufne dokumenty. Zgadza się i siada obcemu mężczyźnie za plecami. - Skończyłem - mówi wreszcie - a teraz muszę to gdzieś wydrukować. Panią prezes urzeka jego determinacja i to, co zdążył jej opowiedzieć o Aniołach. Przedstawia się: Sławek Wichary ze stowarzyszenia dla dzieci marginalizowanych, zostały mu dwie godziny na wysłanie wniosku o dotację z Unii. Marta zabiera go taksówką do siedziby swojej firmy, a potem wciska pieniądze na bilet powrotny.

Dom Aniołów Stróżów honoruje takich ludzi dyplomem przyjaciół ubogich dzieci Katowic, na liście figuruje już kilkudziesięciu. Barbara zna takie życie, jak była mała, matka odstawiła ją do domu dziecka. Joanna adoptowała bliźniaków. Marta postanawia rzucić firmę i zostaje wolontariuszką w warszawskiej organizacji działającej podobnie do Aniołów.

Ciepło i profesjonalizm

Pod koniec lat 90. pedagog Anna Kurzeja z Uniwersytetu Śląskiego zaczyna zbierać materiał do doktoratu o dzieciach ulicy. - Niewdzięczny temat, niewygodny dla władz, spychany pod dywan. Bo dziecko powinno być zabezpieczone, w końcu jesteśmy państwem opiekuńczym. Dzieci ulicy, chcieliśmy wierzyć, są w krajach Trzeciego Świata, nasze mają dokąd wracać - wspomina pedagożka.

Anioły umocniły ją w przekonaniu, że to ona ma rację. Dziecko ulicy nie musi być bezdomne, ale musi kraść, sprzedawać narkotyki czy prostytuować się, żeby przetrwać. Kurzeja uważa, że ta definicja też się zdewaluowała. - To dziecko zaniedbane, przede wszystkim emocjonalnie. Może mieć nawet pieniądze, ale nie ma wsparcia. Szuka ciepła na przykład w centrach handlowych.

Dzieci ulicy są w każdym mieście, a Kurzeja obserwuje, jak padają organizacje, które działały na ich rzecz. - Dlatego to sukces, że Anioły przetrwały. Wysyłam do nich moich studentów na wolontariuszy. Wielu dzięki temu odnajduje swoją drogę w życiu. U Aniołów czuje się ciepło rodzinne, z drugiej strony postawili na profesjonalizm - mówi.

Dzisiejszy Dom Aniołów Stróżów to przedszkole, świetlica, klub młodzieżowy, poradnia rodzinna, ma być jeszcze punkt wsparcia dla rodzin zastępczych i ośrodek wyjazdowy. Pedagog ulicy niewiele zrobi, jeśli nie wyjdzie poza ulicę. Dziecko ulicy jest przede wszystkim głodne, trzeba więc najpierw mieć jakieś pieniądze, żeby je nakarmić, jest zaniedbane zdrowotnie, trzeba iść z nim do pediatry, okulisty, stomatologa, chodzi na wagary, trzeba nawiązać kontakt ze szkołą, z kuratorem, bo może mieć już kłopoty z prawem, odkryć talenty, żeby rozbudzić inne zainteresowania itd., nie mówiąc już o pracy z rodziną dzieci. Tak się tworzy system i Aniołom to się udało kapitalnie. Na tym polega ich siła.

Wyciągnął mnie z kurestwa

Minęło 15 lat od pierwszej modlitwy na Andrzeja 12. Na stołach leżą stosy albumów. Anioły przygotowują wystawę fotograficzną na swoją sobotnią rocznicę. Festyny, obozy, codzienne zajęcia, nie ma tylko zdjęć z wizyt w domach samotnej matki i w szpitalach na oddziałach odwykowych ani z rodzinnych awantur, kiedy własną piersią zasłaniali kobiety przed ich konkubentami. Z więzień są tylko listy.

Albumy od 1999 roku dokumentują Załęże. Anioły otworzyły tam drugą siedzibę przy Gliwickiej, przypadkiem w tej dzielnicy, w centrum nie dostali lokalu. W Załężu miało być zaplecze pracy ulicznej, kawiarnia socjalna dla młodocianych przestępców. Ale do drzwi na Gliwickiej zaczęły dobijać się kilkuletnie dzieci, obcięte od garnka, zawszawione, poharatane, z zapałkami w kieszeni, bo chodziły palić ognisko na tory. Anioły odkryły, że trzeba zacząć wcześniej, profilaktycznie.

Zdjęcia "Siwego" zmieściły się w pierwszym albumie, ostatnie zrobiono w 1997 roku na jego pogrzebie. Zginął z ręki ojca w awanturze, nie wiadomo, o co poszło, przecież grzecznie stał na czatach, gdy ojciec kradł. Ten siedzi, tamten właśnie wyszedł, po tym słuch zaginął...

Agnieszka ma 29 lat. Skończyła tylko podstawówkę, nie pracuje, ma siedmioletnią córkę. Urodziła pięć miesięcy przed śmiercią ojca. Z ojcem córki rozstała się natychmiast, gdy wyszło na jaw, że jest alkoholikiem. Powiedziała mu: mam siłę, żeby zaczynać od nowa, ale nie, by trwać przy tobie, gdy będziesz trzeźwieć. Nie wyobraża sobie, żeby córka piła i nie miała wykształcenia. - A jak będę duża, to będę mogła przeklinać tak jak ty? - pyta ją. - Mama jest zdenerwowana - tłumaczy Agnieszka - wtedy to tak szybko się dzieje, że mama zapomina, że dziewczynie nigdy nie wypada.

Daje córce to, czego nigdy nie dostała: zakazy i rozmowę. Życie nie jest takie kolorowe, powtarza jej, boli, a żeby było fajnie, trzeba coś zrobić.

Iza ma 37 lat i też jest bezrobotną, samotną matką. - Adrian wyciągnął mnie z kurestwa - mówi. - Nie mam dobrze, ale nie mam źle. Mam mieszkanie i synka. Bóg mi wynagrodził, po 30 latach odzyskałam kontakt z mamą. W Aniołach dużo czasu i uwagi poświęcają ludziom, nikogo nie pomijają, nie patrzą na siebie, a jak ktoś narozrabia, to dalej pomagają. A ludzie nie potrafią powiedzieć dziękuję.

Na prośbę bohaterów zmieniłam niektóre imiona podopiecznych i przyjaciół Aniołów

Podziel się

  • 4 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów