Matematyk znalazł sposób na przypadki beznadziejne

Magdalena Warchala
2009-12-17 , aktualizacja: 17.12.2009 13:10
A A A Drukuj
Krzysztof Cywiński Fot. Marta Błażejowska/Agencja Gazeta Krzysztof Cywiński
Krzysztof Cywiński twierdzi, że znalazł sposób na nauczenie matematyki każdego. I chyba coś w tym jest, bo jego podręcznik "Matematyka dla humanistów, dyslektyków i... innych przypadków beznadziejnych" sprzedaje się jak świeże bułeczki.
SERWISY
W pierwszych klasach podstawówki Krzyś nie przykładał się specjalnie do matematyki. Po prostu ją rozumiał, więc zamiast wkuwać wzory, zwyczajnie je... wyprowadzał. Uczył się wtedy w Szkole Podstawowej nr 9 w Cieszynie i w IV klasie był najlepszy z matematyki w roczniku.

W V klasie nowa nauczycielka lekcje prowadziła nudno, więc Krzyś namiętnie czytywał pod ławką powieści o przygodach Tomka Wilmowskiego. Zaległości z matematyki były coraz większe. W VI klasie rodzina przeprowadziła się do Zabrza. Zamiast piątek z matematyki były czwórki i trójki. - Geometrię jeszcze przyswajałem, ale algebra była dla mnie czarną magią - wspomina po latach Cywiński.

W liceum pasja odżyła. Dzięki profesor Joannie Dudowej: - Nie krępowałem się do niej iść z żadnym pytaniem. Niestety, wiele innych nauczycielek reagowało na pytania oburzeniem: "Tego, durniu, nie wiesz?!".

Matematyka już go nie nudziła i nie straszyła, ale nadal sprawiała mu trudności. Była jedynym przedmiotem na maturze, z którego Krzysztof dostał tróję. Wyłożył się na rachunku prawdopodobieństwa.

Równie upiorna była dla niego indukcja matematyczna. Braki w wiedzy nadrabiał jednak wyobraźnią i samozaparciem. Gdy fizyk zadawał pracę domową, w której trzeba było obliczyć natężenie światła padającego z danego punktu na pomieszczenie w kształcie walca, Krzysztof przez dwa dni nie był w szkole. Udał chorobę i głowił się nad zadaniem. Rysował trójkąty prostokątne, zapisał maczkiem 30 stron, aż w końcu otrzymał wynik. Zdziwiony fizyk zapytał, dlaczego nie użył rachunku różniczkowego. - Nie wiem, co to jest, bo chorowałem, gdy były o tym lekcje - odpowiedział z rozbrajającą szczerością.

Wezwanie do marynarki wojennej

Po maturze w IV LO w Zabrzu Cywiński zgłosił się do pracy w kopalni Pstrowski. Chciał w ten sposób uniknąć wojska, bo kochał wolność: nosił długie włosy i słuchał Pink Floydów. Nie wyobrażał sobie siebie w mundurze. Ojciec, wykładowca kryminalistyki w szkole policyjnej w Słupsku, widział jednak w synie żołnierza. Wbrew jego woli więc, u znajomego szefa Wojskowej Komendy Uzupełnień "załatwił" mu wezwanie do marynarki wojennej. Krzysztof był zszokowany, dopiero po latach dowiedział się, że zawdzięcza to ojcu.

Sposobem na uniknięcie trzech lat na statku były studia w toruńskiej Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii. Krzysztof zdecydował się na dwa fakultety: nauki polityczne oraz kierunek dowódczo-inżynieryjny, na którym zgłębiał wyższą matematykę. Miał też zajęcia z przygotowania pedagogicznego. Ale na uczelni mu się nie podobało. Drażnił go wojskowy rygor i na rok przed dyplomem zrezygnował z nauki.

Cios za cios

Po powrocie z Torunia zaczął uczyć w szkole zawodowej w Zabrzu. Trzy miesiące po zatrudnieniu był świadkiem, jak jeden z uczniów podniósł rękę na nauczyciela, z którym się przyjaźnił. Ten na cios odpowiedział ciosem. Dyrektorka nakazała przeproszenie ucznia. Oburzony Krzysztof, w geście solidarności z kolegą, zwolnił się z pracy.

Marzył o wyjeździe do Holandii, ale nie znał języka. Starał się o stypendium Ministerstwa Spraw Zagranicznych na wyjazd do Moskwy, gdzie chciał uczyć się niderlandzkiego, niemieckiego i angielskiego. Już na miejscu dowiedział się, że będzie się uczył arabskiego.

Po pół roku wrócił do Polski, ale - zrażony wcześniejszymi doświadczeniami - nie chciał już uczyć w szkole. Zatrudnił się jako listonosz, potem - żeby dostać mieszkanie - na krótko wrócił do kopalni. W końcu zatrudnił się u kolegi w firmie budowlanej. Szef wiedział, że Krzysztof studiował inżynierię. Poprosił go więc, by pomógł jego synowi w matematyce.

W czasie korepetycji Krzysztof spostrzega, że wiele zadań rozwiązuje intuicyjnie, trudności sprawia mu natomiast wyjaśnianie, dlaczego trzeba zrobić tak, a nie inaczej. - Większość nauczycieli w takiej sytuacji odpowiada, że tak ma być i już. Chciałem jednak udzielać rzetelnych wyjaśnień - wspomina dzisiaj.

Co to jest piechur?

Kolejni znajomi podsyłali swoje dzieci na korki. Wśród nich były "przypadki beznadziejne". - Dzieciak za dwa dni ma klasówkę z ułamków i chce, żebym mu szybko je wytłumaczył. Ale gdy zaczynam, okazuje się, że nie zna tabliczki mnożenia. Coś muszę wymyślić. Teraz ułamki to mój popisowy numer, wyjaśniam je w kwadrans - chwali się Cywiński.

I wyjaśnia, jak to robi: - Mamy dodać 1/2 do 1/3. Stawiamy cztery "kropki lenistwa" czyli znaki mnożenia. 1*.../2*... + 1*.../3*..., a później dopisujemy trójki do ułamka o mianowniku 2 i dwójki do ułamka o mianowniku 3, czyli 1*3/2*3 + 1*2/3*2. I mamy: 3/6 + 2/6 = 5/6. Proste, prawda?

Zachęcony coraz większym zainteresowaniem Cywiński zarejestrował firmę korepetycyjną. Dał do gazety ogłoszenie: "Matematyka, fizyka i chemia. Także przypadki beznadziejne". Odpowiadali chętni z Tychów, Ornontowic, Katowic. Głównie młodzież, którą, jak mówi Krzysztof, trzeba za włosy przeciągać z klasy do klasy. Swoje dzieci Krzysztofowi powierzają też zabrzańskie elity. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Tadeusz Wita posyła do Cywińskiego swoje - Kamilę i Krzysia. Brat aktora Krzysztofa Hanke zapisuje na zajęcia córkę Sylwię.

Uczniowie potrafili zaskoczyć swego korepetytora. Oliwia, uczennica klasy z rozszerzoną matematyką w dobrym katowickim ogólniaku, nie potrafiła obliczyć prędkości piechura, który w danym czasie pokonał określony odcinek drogi. - Czego nie rozumiesz? - zapytał Cywiński. - Nie wiem, co to jest piechur - usłyszał w odpowiedzi.

Książka puchnie, więc trzeba ją odchudzić

Zadania z treścią to zmora uczniów, ponieważ nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Kłopot sprawiają im też podstawowe obliczenia, potęgowanie, wyciąganie pierwiastków. Powód? Uczą się metodą "trzech Z": zakuć, zdać, zapomnieć. Nie rozumieją, że matematyka to całość, nie można, jak na geografii, nauczyć się o Europie, nie wiedząc nic o Australii. - Po co mamy się uczyć, skoro są kalkulatory i komputery? - pytają.

Aby być lepszym nauczycielem, Krzysztof czytał podręczniki akademickie i książki popularnonaukowe. Im więcej czytał, tym mniej się dziwił niechęci uczniów do matematyki. Podręczniki są hermetyczne, pisane niezrozumiałym językiem, jakby profesorowie tworzyli je dla profesorów. Autorzy przyjmują ton wyższości: są oszczędni w słowach, używają przede wszystkim symboli, nie interesuje ich, że zwykły człowiek może się w tym pogubić.

Krzysztof postanowił więc sam napisać książkę, która będzie czymś w rodzaju przygrywki przygotowującej młodzież do odbioru bardziej skomplikowanych i "naukowych" lektur. Konsultantami byli uczniowie. Krzysztof pokazywał im rękopisy poszczególnych rozdziałów. Gdy czegoś nie rozumieli, rękopis lądował w koszu. - Skoro uczeń czegoś nie łapie, to znaczy, że to jest napisane zbyt ciężko, trzeba przemyśleć temat od nowa - uważa autor.

Prace trwały 11 lat. Książka spuchła do prawie 300 stron, więc trzeba było wyrzucić 80 proc. treści. Grube tomy odpychają przecież nastolatków samym wyglądem. W końcu "Matematyka dla humanistów, dyslektyków i... innych przypadków beznadziejnych" pojawiła w księgarniach. Właśnie zbliża się pierwsza od ćwierć wieku obowiązkowa matura z matematyki, więc przerażeni tą wizją licealiści, chętnie ją kupują.

Mieszanie mąki ze świeczką

W pierwszej lekcji Cywiński porównał równanie do wagi szalkowej: "Po lewej stronie wagi znajduje się wiaderko (...), w środku zaznaczono punkt podparcia wagi, a po prawej stronie - odważnik, np.: 3 kg. W równaniach matematycznych zamiast rysować wiaderko - piszemy literę "x" (...), zamiast rysunku wagi i jej punktu podparcia używamy symbolu równości, a zamiast rysować odważniki piszemy liczby zapisane za pomocą cyfr. (...) Jeżeli potraficie ważyć taką wagą, to równie łatwo będziecie rozwiązywać równania matematyczne".

- Chodzi o to, żeby - rozwiązując równanie - zaprowadzić porządek na wadze, na której ktoś narobił bałaganu. Ale trzeba to robić po kolei, według przepisu, takiego, jak na tort. Wielu uczniów, nie znając przepisu, miesza mąkę ze świeczką, zapieka, a na koniec dodaje jajka - wyjaśnia Cywiński.

Sugestywne porównania przypadły do gustu pracownikom Gdańskiej Wyższej Szkoły Administracji, którzy poprosili autora o poprowadzenie w połowie stycznia kursu przygotowawczego dla maturzystów. Krzysztof jest w swoim żywiole, więc przygotowuje prawdziwy show, który chce sfilmować i wydać na płytach CD. Zamierza sprowokować uczniów do myślenia, organizując polowanie na błędy. Obiecuje, że jeśli zostanie złapany na pomyłce, pokaja się i zrobi przed tablicą kilka przysiadów. Taka sama kara czeka jednak mylącego się ucznia. - Nauczyciel musi młodzież czymś uwieść - mówi.

- Dlaczego ludzie mają pokochać matematykę? Czy nie wystarczy dziś, że potrafią wypełnić deklarację podatkową? - pytam.

- Bzdura! Podatek może za nas policzyć wynajęty doradca. Sam korzystam z jego usług, bo szkoda mi czasu na takie rzeczy - odpowiada.

- Matematyka uczy wyławiania z szumu informacyjnego ważnych szczegółów, posługiwania się językiem symboli, co przydaje się przy korzystaniu z komputera. Jest niezbędnym treningiem dla mózgu, tak jak dla formy każdego sportowca, niezależnie od uprawianej dyscypliny, niezbędne jest bieganie - przekonuje Cywiński. Precyzuje jednak, że nie jest matematycznym fanatykiem. - Przeciętny człowiek nie musi być od razu omnibusem. Wystarczy, że opanuje matematykę na trójkę. Ważne, by w ogóle starał się ją zrozumieć.

Przeczytaj: Marcin ma akordeon i wielki talent



Podziel się

  • 143 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    72 głosy