Johann Bros: dyżurny ratownik górnośląskich zabytków
2009-11-24
, aktualizacja: 24.11.2009 13:24
Johann Bros jest jedną z sześciu osób nominowanych w tym roku do Nagrody im. Janoscha "Cegła z Gazety". Jak sam mówi o sobie, jest hipisem wychowanym przez kobiety, który w Hamburgu nauczył się robić interesy. Wrócił do Katowic, by w stare przemysłowe mury tchnąć nowe życie.
ZOBACZ TAKŻE
- "Cegła z Gazety" dla poety, który miał budować maszyny? (30-11-09, 21:51)
- Cegła z Gazety dla najważniejszego Ślązaka w Brukseli? (29-11-09, 19:42)
- Magdalena Piekorz: Artystka, która nie strzela reklam (27-11-09, 15:11)
- Cegła dla rektora-hipisa, co słucha Rolling Stonesów? (25-11-09, 20:25)
- Robert Konieczny: sztygar kopalni świetnej architektury (25-11-09, 13:46)
- "Cegła z Gazety" dla budowniczego śląskiej tożsamości (14-11-09, 09:57)
"Gazeta" już po raz piąty przyzna w tym roku nagrodę dla osoby, która w największym stopniu przyczyniła się do budowania śląskiej tożsamości. Bros buduje śląską tożsamość dosłownie.
Najpierw zrewitalizował stary browar Petera Mokrskiego w Szopienicach - dzisiaj mieszczą się tam siedziby różnych firm. Potem zajął się szybem Wilson w Nikiszowcu. Zrobił tam galerię, która szczyci się posiadaniem jednej z największych na Śląsku kolekcji sztuki nowoczesnej.
Ostatnio zajął się 160-letnim budynkiem w Szopienicach. Nie szuka pod inwestycje miejsc prestiżowych, ale tych najbardziej zdegradowanych. - Nie ma mowy o prawdziwej rewitalizacji bez zaangażowania ludzi, którzy w takich miejscach mieszkają. Dlatego do pracy zatrudnia miejscowych, uczestniczy w działalności lokalnych stowarzyszeń, współpracuje ze społecznikami.
Bros urodził się w śląskiej rodzinie, dzieciństwo spędził w Wodzisławiu Śląskim. - Były lata 50. i na moich oczach do pięciotysięcznego starego miasteczka wkraczał wielki przemysł. Przybywało kopalń, budowano blokowiska, zjeżdżali ludzie z całej Polski. Wszystko co stare i tradycyjne odchodziło. Myślę, że to wtedy właśnie narodziło się we mnie pragnienie zachowania tego, co wiązało się z tym moim Śląskiem - przyznaje.
W jego rodzinnym domu się nie przelewało, ale Bros z tkliwością wspomina, że nigdy nie brakowało mu ciepła i miłości. - Wychowywały mnie kobiety: mama, babcia i tłum ciotek. Byłem ich oczkiem w głowie. To kobiece towarzystwo zdominowało moje przyszłe życie. Do tej pory lubię pracować z kobietami. Kiedyś one mnie wychowywały, dziś ja wychowuje je - śmieje się Bros.
Wyjechał do Katowic, do kolejnej kobiety - ciotki, która prowadziła pralnię i punkt gastronomiczny. Rozpoczął naukę w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych. - Szybko zaprzyjaźniłem się z ludźmi, którzy tak jak ja zafascynowani byli poszukiwaniem wolności. Przy ul. Kościuszki była kawiarnia Bambino i tam się spotykaliśmy. Kolorowe ciuchy, obowiązkowa książka "Skowyt" Allena Ginsberga i jazzowe płyty. Zazdrościłem tym, którzy mieli długie włosy. Ja nie zapuszczałem, bo bałem się reakcji nauczycieli. Choć nawet bez tego w szkole miałem kłopoty - wspomina.
Po maturze Bros zrozumiał, że upragniona wolność nadejdzie wraz z finansową niezależnością. Nie poszedł więc na studia, czego dziś bardzo żałuje, i zaczął pomagać ciotce w prowadzeniu usług. Zarabiane pieniądze nie przynosiły jednak szczęścia - zaczęła mu doskwierać polska szarzyzna. Pod koniec lat 70. postanowił wyjechać do Nowej Zelandii. W eskapadzie pomogła kolejna ciotka, która od lat mieszkała w Niemczech. Kiedy wysiadł na dworcu w Hamburgu, zobaczył młodego chłopaka, który sprzedawał gazety, śpiewał i grał na harmonijce. - Luz tego chłopaka przekonał mnie, że Hamburg da mi wreszcie to, czego tak bardzo poszukiwałem. To miasto było fascynujące. Zamiast jechać dalej, zapisałem się do Szkoły Kupieckiej. I zrozumiałem, że mam żyłkę do robienia pieniędzy. Handlowałem wszystkim: dżinsami, kawą, tekstyliami - wylicza. Dorobił się dużych pieniędzy.
Jednak pod koniec lat 80. wrócił do Katowic. Uruchomił sieć dyskontów, chciał mieć też fabrykę kawy. Dlatego kupił w Szopienicach stary browar. I wtedy wszystko się zmieniło. - Poznałem Monikę Pacę, która do dziś jest moim najbliższym współpracownikiem i życiową partnerką. Dyskonty nam padły, z kawy zrezygnowaliśmy świadomie. U Moniki zaimponowała mi znajomość sztuki. Zaczęliśmy kolekcjonować dzieła, skupiać wokół siebie artystów. Zamiast budować fabrykę, odnowiliśmy stary browar - wspomina Bros. O wszystkim, co prawie od 20 lat robi na Śląsku, mówi krótko: - Odnalazłem swoją wolność.
Najpierw zrewitalizował stary browar Petera Mokrskiego w Szopienicach - dzisiaj mieszczą się tam siedziby różnych firm. Potem zajął się szybem Wilson w Nikiszowcu. Zrobił tam galerię, która szczyci się posiadaniem jednej z największych na Śląsku kolekcji sztuki nowoczesnej.
Ostatnio zajął się 160-letnim budynkiem w Szopienicach. Nie szuka pod inwestycje miejsc prestiżowych, ale tych najbardziej zdegradowanych. - Nie ma mowy o prawdziwej rewitalizacji bez zaangażowania ludzi, którzy w takich miejscach mieszkają. Dlatego do pracy zatrudnia miejscowych, uczestniczy w działalności lokalnych stowarzyszeń, współpracuje ze społecznikami.
Bros urodził się w śląskiej rodzinie, dzieciństwo spędził w Wodzisławiu Śląskim. - Były lata 50. i na moich oczach do pięciotysięcznego starego miasteczka wkraczał wielki przemysł. Przybywało kopalń, budowano blokowiska, zjeżdżali ludzie z całej Polski. Wszystko co stare i tradycyjne odchodziło. Myślę, że to wtedy właśnie narodziło się we mnie pragnienie zachowania tego, co wiązało się z tym moim Śląskiem - przyznaje.
W jego rodzinnym domu się nie przelewało, ale Bros z tkliwością wspomina, że nigdy nie brakowało mu ciepła i miłości. - Wychowywały mnie kobiety: mama, babcia i tłum ciotek. Byłem ich oczkiem w głowie. To kobiece towarzystwo zdominowało moje przyszłe życie. Do tej pory lubię pracować z kobietami. Kiedyś one mnie wychowywały, dziś ja wychowuje je - śmieje się Bros.
Wyjechał do Katowic, do kolejnej kobiety - ciotki, która prowadziła pralnię i punkt gastronomiczny. Rozpoczął naukę w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych. - Szybko zaprzyjaźniłem się z ludźmi, którzy tak jak ja zafascynowani byli poszukiwaniem wolności. Przy ul. Kościuszki była kawiarnia Bambino i tam się spotykaliśmy. Kolorowe ciuchy, obowiązkowa książka "Skowyt" Allena Ginsberga i jazzowe płyty. Zazdrościłem tym, którzy mieli długie włosy. Ja nie zapuszczałem, bo bałem się reakcji nauczycieli. Choć nawet bez tego w szkole miałem kłopoty - wspomina.
Po maturze Bros zrozumiał, że upragniona wolność nadejdzie wraz z finansową niezależnością. Nie poszedł więc na studia, czego dziś bardzo żałuje, i zaczął pomagać ciotce w prowadzeniu usług. Zarabiane pieniądze nie przynosiły jednak szczęścia - zaczęła mu doskwierać polska szarzyzna. Pod koniec lat 70. postanowił wyjechać do Nowej Zelandii. W eskapadzie pomogła kolejna ciotka, która od lat mieszkała w Niemczech. Kiedy wysiadł na dworcu w Hamburgu, zobaczył młodego chłopaka, który sprzedawał gazety, śpiewał i grał na harmonijce. - Luz tego chłopaka przekonał mnie, że Hamburg da mi wreszcie to, czego tak bardzo poszukiwałem. To miasto było fascynujące. Zamiast jechać dalej, zapisałem się do Szkoły Kupieckiej. I zrozumiałem, że mam żyłkę do robienia pieniędzy. Handlowałem wszystkim: dżinsami, kawą, tekstyliami - wylicza. Dorobił się dużych pieniędzy.
Jednak pod koniec lat 80. wrócił do Katowic. Uruchomił sieć dyskontów, chciał mieć też fabrykę kawy. Dlatego kupił w Szopienicach stary browar. I wtedy wszystko się zmieniło. - Poznałem Monikę Pacę, która do dziś jest moim najbliższym współpracownikiem i życiową partnerką. Dyskonty nam padły, z kawy zrezygnowaliśmy świadomie. U Moniki zaimponowała mi znajomość sztuki. Zaczęliśmy kolekcjonować dzieła, skupiać wokół siebie artystów. Zamiast budować fabrykę, odnowiliśmy stary browar - wspomina Bros. O wszystkim, co prawie od 20 lat robi na Śląsku, mówi krótko: - Odnalazłem swoją wolność.
Brosa nominował do nagrody Kazimierz Kutz, wybitny reżyser, a obecnie poseł na Sejm. Ale to czytelnicy "Gazety" zdecydują ostatecznie (kupony do głosowania drukujemy w katowickim wydaniu "Gazety"), komu przypadnie cegła z autografem znanego pisarza Janoscha artystycznie ozdobiona przez Jerzego Becelę. Wyniki plebiscytu poznamy już 11 grudnia. W środę w "Gazecie" sylwetka kolejnej osoby nominowanej do "Cegły".
Polecamy: Komu Cegłę przyznaliby internauci? Zobacz wyniki głosowania
- 10 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
33 głosy







