Nie ma winnych śmierci chorego, który wił się z bólu
2009-11-09
, aktualizacja: 09.11.2009 18:39
Prokuratura w Zawierciu umorzyła śledztwo w sprawie śmierci pacjenta, który leżąc na jednym z oddziałów Szpitala Powiatowego, przez kilka godzin czekał na pomoc lekarza.
ZOBACZ TAKŻE
- Chorzy zostaną bez opieki? NFZ czeka na ministerstwo (09-12-09, 13:00)
- Kto chce być szefem? Łapanka na dyrektorów szpitali (15-11-09, 21:08)
- Kolejki do lekarzy na 10 miesięcy. Będą jeszcze dłuższe (10-11-09, 14:00)
- Pięć nowych przypadków grypy A/H1N1 w Warszawie (07-11-09, 09:00)
- Specjaliści od ściemniania, dajcie choć trochę odpocząć (06-11-09, 22:53)
- Nowy poradnik: wszystko o czym powinna wiedzieć warszawska mama (05-11-09, 10:00)
- Śmierć i trup, czyli protest "S" w stolicy. Zobacz zdjęcia (04-11-09, 20:03)
- NFZ do lekarzy: nie przyjmujcie przyjezdnych, bo nie płacą (04-11-09, 10:00)
- Pielęgniarki: zmuszają nas do zmiany zasad zatrudnienia (02-11-09, 11:00)
- Byłam potrzebna, oni czekali - wyznania wolontariuszy w hospicjach (31-10-09, 18:00)
- Śląska służba zdrowia będzie pikietować w Warszawie (29-10-09, 20:01)
- Brakuje szczepionek dla niemowląt. Chyba że ktoś zapłaci (28-10-09, 21:08)
- Pracownicy piekarskiego szpitala chcą strajkować (28-10-09, 12:49)
- Prokuratura bada sprawę zgonu w szpitalu (09-10-08, 20:52)
- Pacjent wołał: "Jak ciężko jest umierać!" (02-10-08, 12:36)
Sprawę śmierci Zbigniewa B. nagłośniła przed rokiem "Gazeta" za sprawą państwa Barbary i Piotra Łuczyków. Zmarły nie był ich krewnym ani znajomym, nie mogli się jednak pogodzić z tym, jak został potraktowany przez personel oddziału I wewnętrznego, na którym leżał.
Bolesław Łuczyk, ojciec Piotra, leżał na tej sali. Byli u niego z odwiedzinami 22 września, kiedy Zbigniew B. zaczął wzywać pomocy. Tak bardzo wił się z bólu, że omal nie spadł z łóżka. Lekarz przyszedł dopiero po godzinie od wezwania. Leki, które zlecił, nie pomogły. Wezwana do chorego pielęgniarka miała go jedynie ofuknąć: 'Co się pan tak wierci".
- Kolejne godziny wił się, kopał pościel, zrzucał ją i pytał, czy byłam już po lekarza. Powiedział też "Nie wie pani, jak ciężko jest umierać" - mówiła "Gazecie" Barbara Łuczyk. W końcu wezwała lekarkę z sąsiedniego oddziału, to ona wezwała dyżurnego lekarza z I wewnętrznego. Wkrótce jednak u Zbigniewa B. doszło do zatrzymania krążenia. Po nieudanej próbie reanimacji lekarze stwierdzili zgon. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Łuczykowie złożyli doniesienie na policję.
Prokuratura wszczęło śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci pacjenta. Zleciła najpierw sekcję zwłok, potem dodatkowe badania, a następnie poprosiła o opinię biegłych. Właśnie ona przesądziła o umorzeniu postępowania.
- W opinii biegłych postępowanie lekarzy z oddziału wewnętrznego należy uznać za prawidłowe. Pacjent zmarł na zawał serca. Według biegłych nie był on możliwy do zdiagnozowania w oparciu o badania, jakie przeprowadzono w szpitalu. Uznali działania lekarzy z Zawiercia za adekwatne do stanu chorego - mówi Adam Nowak, szef Prokuratury Rejonowej w Zawierciu.
Sprawa została zamknięta także w Izbach Lekarskiej i Pielęgniarskiej. W pierwszej wszczęto postępowanie z urzędu po doniesieniach prasowych. Ponieważ dr Andrzej Podolecki, ordynator oddziału, na którym leżał Zbigniew B., jest jednym z zastępców rzeczniczka odpowiedzialności zawodowej przy Naczelnej Izbie Lekarskiej, zgodnie z prawem sprawa była rozpatrywana w Warszawie. Rzecznik sprawę umorzył, ale jego przedstawiciele odmówili nam udzielenia jakichkolwiek informacji o powodach tej decyzji.
W Okręgowej Izbie Pielęgniarek i Położnych w Katowicach historia była inna. Tu doniesienie złożyli sami Łuczykowie. Jarosław Panek, rzecznik odpowiedzialności zawodowej przy OIPiP, sprawę jednak zawiesił. Uznał, że państwo Łuczykowie, w tym pan Bolesław, to osoby, które zgłaszają wiele roszczeń do personelu szpitalnego. Ich zeznań nie potwierdziły pielęgniarki pracujące na oddziale ani jeden z pacjentów. Rzecznik ocenił je więc jako niewiarygodne i uznał, że w oddziale nie doszło do żadnego przewinienia zawodowego.
- Przesłuchiwano nas niedbale zarówno w jednej, jak w drugiej Izbie. Wielu rzeczy nie ujęto w protokołach. Można było się spodziewać takiego finału. Smutne jednak, że do niego doszło. Człowiek wił się z bólu, żaden lekarz czy pielęgniarka do niego nie podchodzili, on zmarł i wszystko jest OK!? Jeszcze raz spytam, jak to możliwe? - mówi Barbara Łuczyk.
Bolesław Łuczyk, ojciec Piotra, leżał na tej sali. Byli u niego z odwiedzinami 22 września, kiedy Zbigniew B. zaczął wzywać pomocy. Tak bardzo wił się z bólu, że omal nie spadł z łóżka. Lekarz przyszedł dopiero po godzinie od wezwania. Leki, które zlecił, nie pomogły. Wezwana do chorego pielęgniarka miała go jedynie ofuknąć: 'Co się pan tak wierci".
- Kolejne godziny wił się, kopał pościel, zrzucał ją i pytał, czy byłam już po lekarza. Powiedział też "Nie wie pani, jak ciężko jest umierać" - mówiła "Gazecie" Barbara Łuczyk. W końcu wezwała lekarkę z sąsiedniego oddziału, to ona wezwała dyżurnego lekarza z I wewnętrznego. Wkrótce jednak u Zbigniewa B. doszło do zatrzymania krążenia. Po nieudanej próbie reanimacji lekarze stwierdzili zgon. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Łuczykowie złożyli doniesienie na policję.
Prokuratura wszczęło śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci pacjenta. Zleciła najpierw sekcję zwłok, potem dodatkowe badania, a następnie poprosiła o opinię biegłych. Właśnie ona przesądziła o umorzeniu postępowania.
- W opinii biegłych postępowanie lekarzy z oddziału wewnętrznego należy uznać za prawidłowe. Pacjent zmarł na zawał serca. Według biegłych nie był on możliwy do zdiagnozowania w oparciu o badania, jakie przeprowadzono w szpitalu. Uznali działania lekarzy z Zawiercia za adekwatne do stanu chorego - mówi Adam Nowak, szef Prokuratury Rejonowej w Zawierciu.
Sprawa została zamknięta także w Izbach Lekarskiej i Pielęgniarskiej. W pierwszej wszczęto postępowanie z urzędu po doniesieniach prasowych. Ponieważ dr Andrzej Podolecki, ordynator oddziału, na którym leżał Zbigniew B., jest jednym z zastępców rzeczniczka odpowiedzialności zawodowej przy Naczelnej Izbie Lekarskiej, zgodnie z prawem sprawa była rozpatrywana w Warszawie. Rzecznik sprawę umorzył, ale jego przedstawiciele odmówili nam udzielenia jakichkolwiek informacji o powodach tej decyzji.
W Okręgowej Izbie Pielęgniarek i Położnych w Katowicach historia była inna. Tu doniesienie złożyli sami Łuczykowie. Jarosław Panek, rzecznik odpowiedzialności zawodowej przy OIPiP, sprawę jednak zawiesił. Uznał, że państwo Łuczykowie, w tym pan Bolesław, to osoby, które zgłaszają wiele roszczeń do personelu szpitalnego. Ich zeznań nie potwierdziły pielęgniarki pracujące na oddziale ani jeden z pacjentów. Rzecznik ocenił je więc jako niewiarygodne i uznał, że w oddziale nie doszło do żadnego przewinienia zawodowego.
- Przesłuchiwano nas niedbale zarówno w jednej, jak w drugiej Izbie. Wielu rzeczy nie ujęto w protokołach. Można było się spodziewać takiego finału. Smutne jednak, że do niego doszło. Człowiek wił się z bólu, żaden lekarz czy pielęgniarka do niego nie podchodzili, on zmarł i wszystko jest OK!? Jeszcze raz spytam, jak to możliwe? - mówi Barbara Łuczyk.
Przeczytaj: Nie ma pieniędzy. Nawet na zabiegi ratujące życie
- 119 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
40 głosów
-
Nie ma winnych śmierci chorego, który wił się z...
por1
09.11.09, 17:25
Przecież ten pacjent był w szpitalu, to gdzie mu mieli udzielic pomocy?Woparciu o badania nie wiedzieli co mu jest ,czemu nie zlecili nastepnych,czemunie przeniesiono na OIOM, czemu po »
-
Konowały - lekarze i konowalskie komisje
incipit
09.11.09, 17:31
Konowały - lekarze i konowalskie komisje.Dlaczego lekarz to brzmi coraz bardziej kiepsko.»
-
Nie ma winnych śmierci chorego, który wił się z...
kondorx
09.11.09, 18:48
Człowiek to brzmi dumnie? A lekarz też? Ludzie ludziom gotują ten los. Nie zrzucajmy winy za nasze dobrowolne zezwierzęcenie na ustroje, rządy, instytucje. One są takie, jacy my wszyscy.»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

