Nie ma winnych śmierci chorego, który wił się z bólu

Judyta Watoła
2009-11-09 , aktualizacja: 09.11.2009 18:39
A A A Drukuj
Prokuratura w Zawierciu umorzyła śledztwo w sprawie śmierci pacjenta, który leżąc na jednym z oddziałów Szpitala Powiatowego, przez kilka godzin czekał na pomoc lekarza.
Sprawę śmierci Zbigniewa B. nagłośniła przed rokiem "Gazeta" za sprawą państwa Barbary i Piotra Łuczyków. Zmarły nie był ich krewnym ani znajomym, nie mogli się jednak pogodzić z tym, jak został potraktowany przez personel oddziału I wewnętrznego, na którym leżał.

Bolesław Łuczyk, ojciec Piotra, leżał na tej sali. Byli u niego z odwiedzinami 22 września, kiedy Zbigniew B. zaczął wzywać pomocy. Tak bardzo wił się z bólu, że omal nie spadł z łóżka. Lekarz przyszedł dopiero po godzinie od wezwania. Leki, które zlecił, nie pomogły. Wezwana do chorego pielęgniarka miała go jedynie ofuknąć: 'Co się pan tak wierci".

- Kolejne godziny wił się, kopał pościel, zrzucał ją i pytał, czy byłam już po lekarza. Powiedział też "Nie wie pani, jak ciężko jest umierać" - mówiła "Gazecie" Barbara Łuczyk. W końcu wezwała lekarkę z sąsiedniego oddziału, to ona wezwała dyżurnego lekarza z I wewnętrznego. Wkrótce jednak u Zbigniewa B. doszło do zatrzymania krążenia. Po nieudanej próbie reanimacji lekarze stwierdzili zgon. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Łuczykowie złożyli doniesienie na policję.

Prokuratura wszczęło śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci pacjenta. Zleciła najpierw sekcję zwłok, potem dodatkowe badania, a następnie poprosiła o opinię biegłych. Właśnie ona przesądziła o umorzeniu postępowania.

- W opinii biegłych postępowanie lekarzy z oddziału wewnętrznego należy uznać za prawidłowe. Pacjent zmarł na zawał serca. Według biegłych nie był on możliwy do zdiagnozowania w oparciu o badania, jakie przeprowadzono w szpitalu. Uznali działania lekarzy z Zawiercia za adekwatne do stanu chorego - mówi Adam Nowak, szef Prokuratury Rejonowej w Zawierciu.

Sprawa została zamknięta także w Izbach Lekarskiej i Pielęgniarskiej. W pierwszej wszczęto postępowanie z urzędu po doniesieniach prasowych. Ponieważ dr Andrzej Podolecki, ordynator oddziału, na którym leżał Zbigniew B., jest jednym z zastępców rzeczniczka odpowiedzialności zawodowej przy Naczelnej Izbie Lekarskiej, zgodnie z prawem sprawa była rozpatrywana w Warszawie. Rzecznik sprawę umorzył, ale jego przedstawiciele odmówili nam udzielenia jakichkolwiek informacji o powodach tej decyzji.

W Okręgowej Izbie Pielęgniarek i Położnych w Katowicach historia była inna. Tu doniesienie złożyli sami Łuczykowie. Jarosław Panek, rzecznik odpowiedzialności zawodowej przy OIPiP, sprawę jednak zawiesił. Uznał, że państwo Łuczykowie, w tym pan Bolesław, to osoby, które zgłaszają wiele roszczeń do personelu szpitalnego. Ich zeznań nie potwierdziły pielęgniarki pracujące na oddziale ani jeden z pacjentów. Rzecznik ocenił je więc jako niewiarygodne i uznał, że w oddziale nie doszło do żadnego przewinienia zawodowego.

- Przesłuchiwano nas niedbale zarówno w jednej, jak w drugiej Izbie. Wielu rzeczy nie ujęto w protokołach. Można było się spodziewać takiego finału. Smutne jednak, że do niego doszło. Człowiek wił się z bólu, żaden lekarz czy pielęgniarka do niego nie podchodzili, on zmarł i wszystko jest OK!? Jeszcze raz spytam, jak to możliwe? - mówi Barbara Łuczyk.

Przeczytaj: Nie ma pieniędzy. Nawet na zabiegi ratujące życie



Podziel się

  • 119 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    40 głosów