Nie ma pieniędzy. Nawet za zabiegi ratujące życie
2009-11-08
, aktualizacja: 08.11.2009 21:50
Warszawa, 4 listopada 2009. Protest związkowców ze śląsko-dąbrowskiej Solidarności przed Ministerstwem Zdrowia
Szpitale w województwie śląskim nie dostaną pieniędzy nawet za pacjentów, którym ratowały życie, bo kasa NFZ-etu świeci pustkami. W tej sytuacji dziwią puste obietnice rzucane przez minister zdrowia - pisze Judyta Watoła.
"Uzgodniono, że Śląski Oddział Wojewódzki NFZ zapłaci szpitalom za świadczenia ponadlimitowe ratujące życie wykonane w roku 2009" - brzmi zdanie z oficjalnego komunikatu, jaki ukazał się po zeszłotygodniowym spotkaniu minister zdrowia Ewy Kopacz ze związkowcami ze śląsko-dąbrowskiej "Solidarności". Problem w tym, że minister i związkowcy uzgodnili coś, na co żadna ze stron nie ma bezpośredniego wpływu, bo pieniędzmi na leczenie dysponuje tylko NFZ, i na dodatek ma ich coraz mniej.
I tak, gdyby śląski oddział funduszu chciał zapłacić za wszystkich chorych przyjętych ponad limit w szpitalach i przychodniach, do końca roku potrzebowałby co najmniej pół miliarda złotych. Tymczasem kasa świeci pustkami. Coraz więcej z nas traci pracę, a przez to zmniejszają się wpływy ze składek zdrowotnych. W dodatku rosną z każdym miesiącem wydatki na leki i podstawową opiekę zdrowotną, a system finansowania leczenia tak jest skonstruowany, że fundusz musi je pokryć w pierwszej kolejności.
Efekt: w najgorszej sytuacji są szpitale, zwłaszcza te, w których przeprowadza się najwięcej zabiegów ratujących życie. Przykłady szpitali, które z tego powodu przekroczyły limit, można mnożyć. Pierwszy z brzegu to siemianowickie Centrum Leczenia Oparzeń. Ma 12 mln zł kontraktu. Ratując życie poparzonym, m.in. górnikom z Wujka, przekroczyło go już o 3 mln zł.
- Nie wszystkie szpitalne oddziały przyjmują pacjentów ponad limit, na niektórych jest ich mniej, niż przewiduje kontrakt. Jeśli nawet od nadwykonań odejmiemy niewykonania, i tak zostaje nam 270 mln zł do zapłacenia - mówi Jacek Kopocz, rzecznik sląskiego NFZ-etu.
Już wiadomo, że śląski NFZ dostanie dodatkowo tylko 67 mln zł. Między szpitalami i funduszem trwa więc "gra o świadczenia ratujące życie".
Chodzi o to, że zgodnie z prawem NFZ musi wcześniej czy później zapłacić także za pacjentów, którzy mieli zawał serca, ciężki wypadek, udar czy krwiaka mózgu albo nagłą operację wyrostka, nawet jeśli szpital leczył ich już po przekroczeniu przewidzianego w kontrakcie limitu. To samo dotyczy przyjmowania porodów i leczenia noworodków - absurdem byłoby je limitować (choć w przeszłości i takie próby już były).
Chcąc oszczędzić, NFZ w połowie roku zmienił program do pisania sprawozdań z leczenia. Świadczenia ratujące życie automatycznie wskakują w nim na początek sprawozdania - po to by mogły się zmieścić w miesięcznym limicie, jaki zapisano w kontrakcie. Na odpowiedź szpitali nie trzeba było długo czekać. - Co się tylko da opisują jako ratowanie życia - przyznaje Zygmunt Klosa, dyrektor śląskiego NFZ-etu.
Urzędnicy funduszu będą więc weryfikować sprawozdania ze szpitali i sprawdzać, czy rzeczywiście w każdym ze wskazanych przypadków chorych chodziło o ratowanie życia. I po tym jednak nie spodziewają się wielkich "oszczędności", bo wiedzą, że w bardzo wielu szpitalach rzeczywiście odsyła się planowych pacjentów.
Szacują, że suma, jaką bezwzględnie będą musieli zapłacić szpitalom, wyniesienie ok. 130 mln zł. Będzie więc dwukrotnie wyższa od tej, jaką śląski NFZ otrzyma z centrali.
Nietrudno to wszystko policzyć. Za to bardzo trudno zrozumieć, dlaczego minister zdrowia wciąż coś obiecuje. Na początku roku zrzuciła na barki funduszu płacenie za większość transplantacji oraz leczenie tzw. chorób sierocych, czyli bardzo rzadkich, ale i niezwykle drogich. Mimo to wiele razy obiecywała potem, że NFZ zapłaci wszystkim za wszystkie nadwykonania. Teraz obiecuje pieniądze już tylko za nadwykonania ratujące życie. Dalej jednak składa obietnice bez pokrycia, zamiast rozpocząć poważne starania o dodatkowe pieniądze na leczenie.
I tak, gdyby śląski oddział funduszu chciał zapłacić za wszystkich chorych przyjętych ponad limit w szpitalach i przychodniach, do końca roku potrzebowałby co najmniej pół miliarda złotych. Tymczasem kasa świeci pustkami. Coraz więcej z nas traci pracę, a przez to zmniejszają się wpływy ze składek zdrowotnych. W dodatku rosną z każdym miesiącem wydatki na leki i podstawową opiekę zdrowotną, a system finansowania leczenia tak jest skonstruowany, że fundusz musi je pokryć w pierwszej kolejności.
Efekt: w najgorszej sytuacji są szpitale, zwłaszcza te, w których przeprowadza się najwięcej zabiegów ratujących życie. Przykłady szpitali, które z tego powodu przekroczyły limit, można mnożyć. Pierwszy z brzegu to siemianowickie Centrum Leczenia Oparzeń. Ma 12 mln zł kontraktu. Ratując życie poparzonym, m.in. górnikom z Wujka, przekroczyło go już o 3 mln zł.
- Nie wszystkie szpitalne oddziały przyjmują pacjentów ponad limit, na niektórych jest ich mniej, niż przewiduje kontrakt. Jeśli nawet od nadwykonań odejmiemy niewykonania, i tak zostaje nam 270 mln zł do zapłacenia - mówi Jacek Kopocz, rzecznik sląskiego NFZ-etu.
Już wiadomo, że śląski NFZ dostanie dodatkowo tylko 67 mln zł. Między szpitalami i funduszem trwa więc "gra o świadczenia ratujące życie".
Chodzi o to, że zgodnie z prawem NFZ musi wcześniej czy później zapłacić także za pacjentów, którzy mieli zawał serca, ciężki wypadek, udar czy krwiaka mózgu albo nagłą operację wyrostka, nawet jeśli szpital leczył ich już po przekroczeniu przewidzianego w kontrakcie limitu. To samo dotyczy przyjmowania porodów i leczenia noworodków - absurdem byłoby je limitować (choć w przeszłości i takie próby już były).
Chcąc oszczędzić, NFZ w połowie roku zmienił program do pisania sprawozdań z leczenia. Świadczenia ratujące życie automatycznie wskakują w nim na początek sprawozdania - po to by mogły się zmieścić w miesięcznym limicie, jaki zapisano w kontrakcie. Na odpowiedź szpitali nie trzeba było długo czekać. - Co się tylko da opisują jako ratowanie życia - przyznaje Zygmunt Klosa, dyrektor śląskiego NFZ-etu.
Urzędnicy funduszu będą więc weryfikować sprawozdania ze szpitali i sprawdzać, czy rzeczywiście w każdym ze wskazanych przypadków chorych chodziło o ratowanie życia. I po tym jednak nie spodziewają się wielkich "oszczędności", bo wiedzą, że w bardzo wielu szpitalach rzeczywiście odsyła się planowych pacjentów.
Szacują, że suma, jaką bezwzględnie będą musieli zapłacić szpitalom, wyniesienie ok. 130 mln zł. Będzie więc dwukrotnie wyższa od tej, jaką śląski NFZ otrzyma z centrali.
Nietrudno to wszystko policzyć. Za to bardzo trudno zrozumieć, dlaczego minister zdrowia wciąż coś obiecuje. Na początku roku zrzuciła na barki funduszu płacenie za większość transplantacji oraz leczenie tzw. chorób sierocych, czyli bardzo rzadkich, ale i niezwykle drogich. Mimo to wiele razy obiecywała potem, że NFZ zapłaci wszystkim za wszystkie nadwykonania. Teraz obiecuje pieniądze już tylko za nadwykonania ratujące życie. Dalej jednak składa obietnice bez pokrycia, zamiast rozpocząć poważne starania o dodatkowe pieniądze na leczenie.
Przeczytaj: Śmierć i trup, czyli protest Solidarności w stolicy
- 70 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Nie ma pieniędzy. Nawet za zabiegi ratujące życie
vonjakob
08.11.09, 22:55
taaaaknapiszmy biznesplankazdy szpital powinien byc do tego zobowiazanymysle ze to ile osob moze potrzebowac pomocy powinno byc centralnierozdysponowane, w ramach budzetu, oczywiscieani sie »
-
Tak sobie radzą "państwowe" szpitale
laptop-zera
09.11.09, 09:51
nad którymi nie ma kontroli »
-
Nie ma pieniędzy. Nawet za zabiegi ratujące życie
jakeww
09.11.09, 10:25
by żyło się lepiej...»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

