Anna Matysek dowozi ośmioletnią córkę z domu w Piotrowicach do podstawówki w centrum Katowic. Wybrała dla Nikoli oddaloną od domu szkołę, bo w jej pobliżu mieszkają dziadkowie, którzy odbierają wnuczkę po lekcjach, gdy mamie przedłużają się spotkania służbowe (jest przedstawicielką handlową). Codziennie rano przeżywa jednak gehennę. - Czasami korki zaczynają się już na ul. Brynowskiej. Wychodzimy z domu prawie godzinę wcześniej, żeby się nie spóźnić. Nikolę budzę już o godz. 6 - mówi matka.
Tylko raz było inaczej. Kiedy dziewczynka jechała na szkolną wycieczkę, zbiórka była o godz. 10. - Trasę pokonałyśmy błyskawicznie, bo drogi były puste - mówi Matysek. Spodobał jej się pomysł na walkę z porannymi korkami, który przedstawiła w Gdańsku Elżbieta Zubrzycka, autorka książek z serii "Bezpieczne dziecko", a zarazem matka dwójki uczniów. Zubrzycka dziwi się, że lekcje we wszystkich szkołach zaczynają się o godz. 8, skoro równie dobrze niektóre mogłyby się rozpoczynać nawet o godz. 10. - Rodzice dowożący o tej samej porze dzieci do szkół powodują niepotrzebne korki - mówi Zubrzycka.
Matysek jest przekonana, że przesunięcie zajęć na późniejszą godzinę mogłoby rozładować poranny ruch także w Katowicach. Piotr Handwerker, dyrektor Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów, uważa pomysł za godny rozważenia. - Warto, by dyrektorzy poszczególnych szkół zrobili ankiety wśród rodziców i rozeznali, ilu z nich dowozi dzieci na lekcje. Jeśli rzeczywiście jest ich wielu, to różne godziny rozpoczynania zajęć mogłyby zmniejszyć korki - twierdzi Handwerker.
Do Kuratorium Oświaty w Katowicach nikt dotąd nie zgłaszał takiego pomysłu, ale jego rzeczniczka Anna Wietrzyk zapewnia, że urzędnicy nie będą mu przeciwni. - Godzina rozpoczęcia lekcji to umowa między rodzicami a dyrektorem szkoły. Dla nas ważne jest tylko, żeby dzieci nie kończyły zajęć zbyt późno, ale przesunięcie ich o godzinę czy dwie jest możliwe, jeśli w efekcie byłoby mniej korków - mówi Wietrzyk.
Jednak większość rodziców jest negatywnie nastawiona do pomysłu. - Niektóre klasy zaczynają lekcje o godz. 8.45 lub o 9.50, ale rodzice i tak przywożą dzieci na godz. 8 i zostawiają w świetlicy, bo spieszą się do pracy - wyjaśnia Alicja Mól, wicedyrektorka SP 12 z osiedla Paderewskiego.
Pani Agnieszka, mama drugoklasisty Marcina, mówi wprost: - Skoro jadę do biura na 8, mój syn musi jechać ze mną, bo później nikt nie podrzuci go do szkoły. Wolę więc, żeby zaczynał dzień od lekcji, a nie od zabaw w świetlicy, po których jest rozkojarzony.
Z kolei Magdalena Poloczek, dyrektorka katowickiej SP 10 przy ul. Stawowej, uważa, że najlepszą receptą na poranne korki jest... spacer. - Przecież w podstawówkach obowiązuje rejonizacja, co oznacza, że uczeń nie ma do niej dalej niż trzy kilometry. Taki odcinek można przejść na piechotę - mówi Poloczek.
Asp. sztab. Jacek Pytel z Komendy Miejskiej Policji w Katowicach też nie wierzy, by problem korków rozwiązało przesunięcie lekcji, bo rodzice i tak będą wozić dzieci do szkół po drodze do pracy. - Równie dobrze moglibyśmy nakazać im przychodzić do biura o różnych porach. Katowice są centralnym miastem w regionie i kierowcy muszą się pogodzić z tym, że rano i po południu natężenie ruchu jest większe. Radzę wyjść z domu kilka minut wcześniej, żeby dojechać spokojnie i bez nerwów - mówi Pytel.
Serwis komunikacja poleca: Scenariusz dla Katowic 2020: to będzie jeden wielki korek