Poseł po aferze hazardowej częściej gryzie się w język
2009-10-15
, aktualizacja: 15.10.2009 12:44
Przekleństwo rzucone do słuchawki bardzo nieładnie wygląda w gazecie, więc politycy pilnują, by się im nic nie wyrwało. Ale nie ma co się martwić! Jak się przestaną pilnować, znów będziemy mieli używanie - pisze Przemysław Jedlecki
ZOBACZ TAKŻE
- Chcemy wiedzieć, podglądać i zaglądać innym do majtek (26-10-09, 13:20)
- Macierewicz: Minister Cichocki mógł popełnić przestępstwo (15-10-09, 15:39)
- Zachowujcie się tak, jakbyście byli podsłuchiwani - napomniał posłów swojej partii premier Donald Tusk. Zrobił to, rzecz jasna, po tym, jak do prasy przeciekły nagrania podsłuchanych przez Centralne Biuro Antykorupcyjne telefonicznych rozmów Zbigniewa Chlebowskiego. Cała Polska mogła dowiedzieć się z tych podsłuchów, kim są Miro, Grześ i Rysiu.
O udziale w tej sprawie polityków z naszego regionu, przynajmniej na razie, cicho, ale przecież wielu z nich od dawna papla jak najęta. Czy wyciągnęli jakieś wnioski z wpadki, która przytrafiła się Chlebowskiemu? Stali się bardziej ostrożni, mniej ufni i milczący? Żeby znaleźć odpowiedź na te pytania, sam złapałem za słuchawkę i obdzwoniłem kilku partyjnych kolegów Chlebowskiego. Grzegorz Dolniak, pierwszy z mojej listy, zapewnił, że nie zmienił sposobu rozmawiania przez telefon i zaręczył, że w rozmowach z kolegami nie używa wulgaryzmów i nie wstydzi się też żadnych innych wypowiedzi.
Danuta Pietraszewska zapewniła z kolei, że czujności nauczyła się już w komisji, która próbuje wyjaśnić okoliczności śmierci Barbary Blidy. Dodała też, że uważa na to, co mówi, bo ma dostęp do tajnych informacji. Co innego niektórzy z jej kolegów - dopiero słowa premiera potraktowali jako poważne ostrzeżenie. Są tacy - uchyliła rąbka tajemnicy pani poseł - którzy teraz boją się, że nawet prywatna rozmowa może kiedyś pojawić się w gazetach. - Ja na szczęście nie paplam przez telefon - zwierzyła się do słuchawki Pietraszewska.
Tomasz Tomczykiewicz powiedział mi, też przez telefon, że od kilku dni jego komórka odzywa się o wiele rzadziej. Rzadziej dzwonią ludzie obcy z prośbami, ale i w rozmowach z politykami zaszła zmiana - nie padają słowa, których publicznie się nie używa. Przekleństwo rzucone do słuchawki bardzo nieładnie wygląda potem w gazetach, a przecież poseł własnych słów wyprzeć się potem nie może.
Z kolei Jan Rzymełka na obecną sytuację już od dawna był przygotowany, bo w Sejmie to stary wyjadacz przeszkolony na okoliczność zachowania tajemnic, bezpieczeństwa i poufności. Wie, że każda rozmowa za pośrednictwem sieci komórkowej może zostać przechwycona. Według Rzymełki z afery z podsłuchem może wyniknąć coś dobrego - posłowie przestaną się zajmować załatwianiem rozmaitych spraw w swoich okręgach wyborczych, miastach i miasteczkach. Bo słowo "załatwiać" stało się podejrzane, prostą drogą zaprowadzić może do prokuratora.
Tyle usłyszałem od polityków oficjalnie, ale gdy już się pogodziłem, że ich język będzie odtąd nudny jak flaki z olejem, jeden z nich oddzwonił do mnie z pocieszeniem. - Dziś nikt już nie powie w Sejmie, że skoczy do Mira, bo mamy falę poprawności, ale to potrwa miesiąc, może dwa. Potem wszyscy o tym zapomną i zaczną znowu gadać głupoty i załatwiać różne rzeczy przez komórki - zapewnił mnie solennie.
O udziale w tej sprawie polityków z naszego regionu, przynajmniej na razie, cicho, ale przecież wielu z nich od dawna papla jak najęta. Czy wyciągnęli jakieś wnioski z wpadki, która przytrafiła się Chlebowskiemu? Stali się bardziej ostrożni, mniej ufni i milczący? Żeby znaleźć odpowiedź na te pytania, sam złapałem za słuchawkę i obdzwoniłem kilku partyjnych kolegów Chlebowskiego. Grzegorz Dolniak, pierwszy z mojej listy, zapewnił, że nie zmienił sposobu rozmawiania przez telefon i zaręczył, że w rozmowach z kolegami nie używa wulgaryzmów i nie wstydzi się też żadnych innych wypowiedzi.
Danuta Pietraszewska zapewniła z kolei, że czujności nauczyła się już w komisji, która próbuje wyjaśnić okoliczności śmierci Barbary Blidy. Dodała też, że uważa na to, co mówi, bo ma dostęp do tajnych informacji. Co innego niektórzy z jej kolegów - dopiero słowa premiera potraktowali jako poważne ostrzeżenie. Są tacy - uchyliła rąbka tajemnicy pani poseł - którzy teraz boją się, że nawet prywatna rozmowa może kiedyś pojawić się w gazetach. - Ja na szczęście nie paplam przez telefon - zwierzyła się do słuchawki Pietraszewska.
Tomasz Tomczykiewicz powiedział mi, też przez telefon, że od kilku dni jego komórka odzywa się o wiele rzadziej. Rzadziej dzwonią ludzie obcy z prośbami, ale i w rozmowach z politykami zaszła zmiana - nie padają słowa, których publicznie się nie używa. Przekleństwo rzucone do słuchawki bardzo nieładnie wygląda potem w gazetach, a przecież poseł własnych słów wyprzeć się potem nie może.
Z kolei Jan Rzymełka na obecną sytuację już od dawna był przygotowany, bo w Sejmie to stary wyjadacz przeszkolony na okoliczność zachowania tajemnic, bezpieczeństwa i poufności. Wie, że każda rozmowa za pośrednictwem sieci komórkowej może zostać przechwycona. Według Rzymełki z afery z podsłuchem może wyniknąć coś dobrego - posłowie przestaną się zajmować załatwianiem rozmaitych spraw w swoich okręgach wyborczych, miastach i miasteczkach. Bo słowo "załatwiać" stało się podejrzane, prostą drogą zaprowadzić może do prokuratora.
Tyle usłyszałem od polityków oficjalnie, ale gdy już się pogodziłem, że ich język będzie odtąd nudny jak flaki z olejem, jeden z nich oddzwonił do mnie z pocieszeniem. - Dziś nikt już nie powie w Sejmie, że skoczy do Mira, bo mamy falę poprawności, ale to potrwa miesiąc, może dwa. Potem wszyscy o tym zapomną i zaczną znowu gadać głupoty i załatwiać różne rzeczy przez komórki - zapewnił mnie solennie.
Polecamy: Politycy mają w nosie kobiety. Posłanki też
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter



