Szkoły nie chcą latających po klasach marchewek
2009-10-07
, aktualizacja: 07.10.2009 12:53
Już w tym miesiącu uczniowie z ponad połowy śląskich podstawówek zaczną jadać na przerwach jabłka, gruszki i marchew oraz pić soki owocowo-warzywne. Darmowe witaminy mogłyby trafić do wszystkich szkół, ale niestety, wielu dyrektorów nie było zainteresowanych akcją.
ZOBACZ TAKŻE
- Szkoły chcą radosnych toalet zamiast placów zabaw (27-10-09, 12:12)
Przekąski z owoców i warzyw dla uczniów klas I-III to pomysł Unii Europejskiej, która w ramach akcji "Owoce w szkole" obiecała pokryć 85 proc. wydatków związanych z dostarczaniem dzieciom zdrowych drugich śniadań. Będą dostawać je dwa-cztery razy w tygodniu za darmo, ponieważ resztę pieniędzy dorzuci Ministerstwo Rolnictwa.
Cel akcji: wpoić dzieciom zdrowe nawyki żywieniowe. To ważne, bo lekarze od dawna alarmują, że coraz więcej maluchów cierpi na nadwagę. - Wpływ na to mają głównie wysokokaloryczne przekąski, jak chipsy i batony, jadane na przerwach zamiast kanapek czy jabłek - wyjaśnia Urszula Paździorek-Pawlik, lekarka i tyska radna.
W zeszłym roku uchwała jej pomysłu o zastąpieniu w sklepikach szkolnych tuczących przekąsek zdrowymi przysmakami została przyjęta przez radę miejską w Tychach. W innych miastach dzieci nadal bez problemu kupują jednak na przerwach bomby kaloryczne.
Darmowe porcje owoców i warzyw jadane w klasowym gronie miały stać się dla nich alternatywą. Aby zapewnić sobie dostawy owoców i warzyw, szkoły musiały tylko wypełnić wniosek i złożyć go w wymaganym terminie do Agencji Rynku Rolnego, koordynującej przedsięwzięcie. Spośród ponad 1,2 tys. podstawówek w województwie śląskim zrobiły to jednak zaledwie 732 placówki. Dlaczego dyrektorzy nie chcą, żeby ich uczniowie jadali owoce i warzywa? - Nie udzielę odpowiedzi na to pytanie - ucina Danuta Nabagło, wicedyrektorka SP nr 1 im. Korczaka w Chorzowie. Przyznaje jednak, że o akcji wiedziała.
Felicja Janota, dyrektorka chorzowskiej SP nr 37, wyjaśnia: - To nie tak, że nie chcieliśmy owoców dla naszych uczniów, ale program jest nowością i po prostu nie wiedzieliśmy, jak się za wszystko zabrać. Owoce przywożą rano rolnicy, ale gdzieś trzeba je składować. Nie chcemy, żeby sanepid zarzucił nam, że trzymamy je w złych warunkach. Zobaczymy, jak poradzą sobie inne szkoły, i przystąpimy do akcji od drugiego semestru - zapewnia dyrektor Janota. Podkreśla, że jej uczniowie nie są skazani na niezdrową żywność, bo w szkole działa sklepik ze świeżymi kanapkami, jabłkami i bananami. Niestety, dzieci muszą za nie płacić.
Nauczycielka z małej podbędzińskiej miejscowości podaje inny powód niechęci szkół do owoców. - Pytałam dyrektorkę, czy przystąpimy do akcji, ale odpowiedziała mi, że nie. Wcześniej uczestniczyliśmy "Szklance mleka" i dzieci nie chciały go pić. Wyrzucały pełne kartoniki, rozlewały mleko w korytarzu. "Nie chcę latających po klasie marchewek" usłyszałam od dyrektorki - zdradza nauczycielka.
Paździorek-Pawlik: - Wierzę, że szkoły, które teraz się nie zgłosiły, postarają się o owoce w przyszłym semestrze. W wielu domach nie ma zwyczaju jadania owoców i warzyw, więc przynajmniej nauczyciele powinni kształtować go w dzieciach, zwłaszcza że jest ku temu świetna okazja.
Cel akcji: wpoić dzieciom zdrowe nawyki żywieniowe. To ważne, bo lekarze od dawna alarmują, że coraz więcej maluchów cierpi na nadwagę. - Wpływ na to mają głównie wysokokaloryczne przekąski, jak chipsy i batony, jadane na przerwach zamiast kanapek czy jabłek - wyjaśnia Urszula Paździorek-Pawlik, lekarka i tyska radna.
W zeszłym roku uchwała jej pomysłu o zastąpieniu w sklepikach szkolnych tuczących przekąsek zdrowymi przysmakami została przyjęta przez radę miejską w Tychach. W innych miastach dzieci nadal bez problemu kupują jednak na przerwach bomby kaloryczne.
Darmowe porcje owoców i warzyw jadane w klasowym gronie miały stać się dla nich alternatywą. Aby zapewnić sobie dostawy owoców i warzyw, szkoły musiały tylko wypełnić wniosek i złożyć go w wymaganym terminie do Agencji Rynku Rolnego, koordynującej przedsięwzięcie. Spośród ponad 1,2 tys. podstawówek w województwie śląskim zrobiły to jednak zaledwie 732 placówki. Dlaczego dyrektorzy nie chcą, żeby ich uczniowie jadali owoce i warzywa? - Nie udzielę odpowiedzi na to pytanie - ucina Danuta Nabagło, wicedyrektorka SP nr 1 im. Korczaka w Chorzowie. Przyznaje jednak, że o akcji wiedziała.
Felicja Janota, dyrektorka chorzowskiej SP nr 37, wyjaśnia: - To nie tak, że nie chcieliśmy owoców dla naszych uczniów, ale program jest nowością i po prostu nie wiedzieliśmy, jak się za wszystko zabrać. Owoce przywożą rano rolnicy, ale gdzieś trzeba je składować. Nie chcemy, żeby sanepid zarzucił nam, że trzymamy je w złych warunkach. Zobaczymy, jak poradzą sobie inne szkoły, i przystąpimy do akcji od drugiego semestru - zapewnia dyrektor Janota. Podkreśla, że jej uczniowie nie są skazani na niezdrową żywność, bo w szkole działa sklepik ze świeżymi kanapkami, jabłkami i bananami. Niestety, dzieci muszą za nie płacić.
Nauczycielka z małej podbędzińskiej miejscowości podaje inny powód niechęci szkół do owoców. - Pytałam dyrektorkę, czy przystąpimy do akcji, ale odpowiedziała mi, że nie. Wcześniej uczestniczyliśmy "Szklance mleka" i dzieci nie chciały go pić. Wyrzucały pełne kartoniki, rozlewały mleko w korytarzu. "Nie chcę latających po klasie marchewek" usłyszałam od dyrektorki - zdradza nauczycielka.
Paździorek-Pawlik: - Wierzę, że szkoły, które teraz się nie zgłosiły, postarają się o owoce w przyszłym semestrze. W wielu domach nie ma zwyczaju jadania owoców i warzyw, więc przynajmniej nauczyciele powinni kształtować go w dzieciach, zwłaszcza że jest ku temu świetna okazja.
Przeczytaj: Hannah Montana krzywi uczniowskie kręgosłupy
- 42 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
Szkoły nie chcą latających po klasach marchewek
erin32
08.10.09, 07:47
No cóż, pani nuczycielka ma typowo polską mentalność - brać kasę i mieć wszystko w ... Po co się wysilać :/»
-
Szkoły nie chcą latających po klasach marchewek
benkenobik
08.10.09, 08:27
Niestety 25% nauczycieli to durnie i nieudacznicy,którzy powinni mieć zakaz pracy z dziećmi.Po takich głosach jak "a co mi tam marchewki beda latac"widac ich kulturę i poziom umysłowy.Benek»






