Wesołe miasteczko miało bardzo smutne urodziny

Małgorzata Goślińska
2009-09-06 , aktualizacja: 07.09.2009 10:23
A A A Drukuj
Wesołe Miasteczko Fot. Marta Błażejowska / AG Wesołe Miasteczko
Na 50. urodziny wesołego miasteczka przyszło tak mało ludzi, że gorzej już być nie może. Karuzelnicy liczą straty po sezonie i myślą, czy nie sprzedać urządzeń na złom.
Gdzie nie spojrzeć, pustki. Było chłodno, przed południem i wieczorem padał deszcz, na alejkach tworzyły się ogromne kałuże. W sercach karuzelników, którzy prowadzą tu interes już w drugim pokoleniu i wprowadzają trzecie, obudził się żal. - Raz kiepska pogoda, innym razem coś innego, zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby wytłumaczyć, dlaczego nie ma gości - narzekali na zarząd spółki Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, w skład której wchodzi lunapark. - A goście potykają się wciąż o te same dziury, bo alejki od lat nieremontowane. Czemu chociaż tych kałuż nie rozmietli? Na nas mówią, że nie inwestujemy w urządzenia. A kto by inwestował, skoro park podpisuje z nami umowę w kwietniu, na miesiąc przed rozpoczęciem sezonu? Kiedyś dawali dzierżawę na dziesięć lat. Wystarczyłoby na trzy lata, żeby ludzie nie bali się, że wyrzucają pieniądze w błoto. W każdej chwili na naszym miejscu może stanąć inna karuzela - tak nas straszą. I z czego tu inwestować? Park bierze połowę od każdej przejażdżki, na czysto.

Karuzelnicy mówią o podziale zysków z karnetu między nimi a spółką. Karta magnetyczna kosztuje 25 zł, każda złotówka to jeden impuls, sam wstęp kosztuje pięć, karuzele od 1 (beczka śmiechu) do 12 (nowy spływ wodny). - Jak klient wykorzysta u mnie 5 impulsów, to my mamy dwa i pół złotego i do tego musimy opłacić media i pracowników - wyliczają karuzelnicy. - A klientów co kot napłakał. Po co park zatrudnia tutaj tylu ludzi? Siedzą we czterech na bramie, w marketingu tłum. Gdyby chociaż w zamian za naszą pracę robili promocję... O 50. urodzinach słychać było dopiero na trzy dni przed. Dlaczego świętowane są we wrześniu? Najwięcej ludzi przychodzi w ostatni weekend sierpnia, kiedy wracają z wakacji, a dzieci jeszcze nie poszły do szkoły. Wie pani, skąd się biorą? Bo przychodzili jako dzieci. Nikt inny nie wie, że takie miejsce istnieje od pół wieku.

12-letnią Dominikę Patyńską przyprowadzili w sobotę ciocia i dziadek. - Siostrzenica jest zachwycona - mówi Dagmara Mokry. - Też się zachwycałam, póki nie byłam w Mirabilandii we Włoszech. Tam płacisz jeden bilet za wstęp, droższy niż w Chorzowie, za to potem bawisz się do woli za darmo. Do późnej nocy, a nie jak tutaj do 18!

Jerzy Mokry pamięta czasy, kiedy chorzowski lunapark był tani. - Mam 59 lat i byłem na otwarciu w 1959 roku. Państwowe zakłady wysyłały tu pracowników z dziećmi, całymi autokarami. Przyjeżdżałem z rodzicami, potem mnie wysyłali z Dagmarą i starszą córką. W kolejkach do karuzel stało się czasem półtorej godziny! Najdłuższe były do diabelskiego młyna, ześlizgu do wody, łańcuchowej i samolotów dużych. Latały z prędkością 90 km na godzinę. Naprawdę, nad konarami drzew!

Pan Jerzy nie zdążył posadzić wnuczki na łańcuchową. Pięć lat temu karuzela poszła na złom. Dominika nie trafiła na czynny ześlizg - awarie zdarzają się tu kilkakrotnie w każdym sezonie. Zdążyła za to polatać samolotami. Ale nie w sobotę. Na półwiecze lunaparku jego najstarsza atrakcja została rozebrana do remontu.

Pokolenia Mokrych połączył tylko diabelski młyn. Góruje nad lunaparkiem od 1985 roku, prędkością spadania przegoniły go rollercoaster i Silesia Tower, ale nigdy nie dał się przerosnąć. - Dzisiaj bałam się do niego wsiąść. Chyba nic się nie zmienił, odkąd jeździłam nim jako dziecko - mówiła 29-letnia Dagmara.

Młyn nigdy nie został oświetlony, chociaż od początku miał zamontowaną instalację. Zabrakło pieniędzy na odpowiednio trwałe żarówki. Jak na ironię ciemną karuzelę przechrzczono na gwiazdę dużą. Parę lat temu gondole pomalowały dzieci ze śląskich szkół. Więcej czynów społecznych w lunaparku nie było.

Znak czasów najbardziej widać na strzelnicach. - Takie pustki były tylko w stanie wojennym, kiedy nie wolno było strzelać. Dzisiaj dajemy nagrody pocieszenia, jak ktoś nie trafi. Młodzież ma inne rozrywki: multikina, centra handlowe, można wyjeżdżać za granicę.

Pytam karuzelników, co by mogło uratować śląski lunapark. Mówią bez nazwisk, ze strachu, że stracą pracę. Zastanawiają się, czy nie sprzedać urządzeń na złom. - Cieszymy się, jak w Dzień Dziecka jest dobra pogoda i jak weekend majowy nie jest za długi, bo wtedy ludzie wyjeżdżają ze Śląska. To jedyne dni, kiedy można zarobić.

Ci, co mają karuzele przy bramie, wypatrują, czy na parking za płotem zajechał autokar z wycieczką. Wieść się zaraz roznosi: przyjechało pięć autokarów! - Dzisiaj to już jest święto. A potem wycieczka idzie do ZOO i wraca do domu. Do nas nie zaglądają - mówią karuzelnicy.

W sobotę było święto: przyjechała wycieczka z Jędrzejowa w świętokrzyskim, na spóźniony Dzień Dziecka. Podobnie rodzina z Wrocławia i spod Poznania. Na miejscu dowiedzieli się, że trafili na 50. urodziny jedynego w Polsce wesołego miasteczka.

Polecamy: Wesołe miasteczko świętuje i wciąż się psuje



Podziel się

  • 24 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów