Komunikacja posypie się nam, jak domek z kart?
2009-09-03
, aktualizacja: 03.09.2009 12:36
Gliwice, symboliczny pogrzeb likwidowanych tramwajów. Z przystrojonego czarną zasłoną tramwaju wysiedli pasażerowie a trębacz zagrał marsza żałobnego
Decyzja gliwickich samorządowców o likwidacji w tym mieście linii tramwajowych jest kolejnym dowodem na to, że metropolia śląska istnieje tylko na papierze. Plan budowy wspólnej komunikacji publicznej zaczyna się bowiem sypać jak domek z kart
ZOBACZ TAKŻE
- Gliwiczanie żałują zamiany tramwajów na autobusy (18-01-10, 21:38)
- Rząd daje zielone światło tylko dla metropolii Silesia (03-01-10, 19:56)
- Referendum, czyli Hunowie u wrót nieomylnych Gliwic (05-11-09, 20:33)
- Niech pociągi na Śląsku kursują stałym taktem (01-09-09, 19:53)
- Gliwickim tramwajom zagrali marsz żałobny (01-09-09, 08:06)
- Wreszcie mówią o Silesii, a nie tylko o miastach (22-06-09, 22:18)
- Kryzys uderza w miasta naszej metropolii (22-06-09, 13:41)
Powstanie Górnośląskiego Związku Metropolitarnego było gigantycznym kompromisem. Większość prezydentów śląskich i zagłębiowskich miast schowała do kieszeni własne ambicje i pogodziła się z tym, że sami nie poradzą sobie z wieloma problemami dotyczącymi komunikacji, likwidowania odpadów komunalnych czy promocji. Osobno nie są też w stanie przyciągnąć dużych, zmieniających region inwestycji, na miarę Della, IBM, czy Intela.
Od samego początku trzeba było jednak pogodzić interesy największych graczy, czyli Katowic i Gliwic. Stąd szefem GZM-u został prezydent Katowic, a najważniejsze stanowiska w biurze objęli ludzie związani z prezydentem Gliwic. Ich współpraca z Piotrem Uszokiem układa się jak na razie w miarę dobrze, tylko czasem tu i ówdzie pojawiają się plotki o koniecznych zmianach w biurze metropolii.
Ale o wiele ważniejsza od personalnych roszad i rozkładu sił jest rzeczywista współpraca miast. Tymczasem Gliwice z tutejszymi władzami na czele - świadomie lub nie - oddalają się od metropolii. Wydaje się, że przeświadczone o własnej wielkości postawiły na sprawdzoną pod koniec XIX wieku brytyjską metodę "wspaniałego odosobnienia".
Na taką politykę ma na pewno wpływ polityczna izolacja Zygmunta Frankiewicza, który popadł w konflikt z Platformą Obywatelską. Winę za to ponosi zarówno prezydent Gliwic, jak i politycy rządzącej regionem PO.
To jednak niejedyna przyczyna izolacji miasta. Do poważnego rozdźwięku między prezydentami największych miast doszło za kadencji marszałka Janusza Moszyńskiego, bliskiego współpracownika Frankiewicza. Trafił na to stanowisko w wyniku krótkotrwałego kompromisu podczas wewnętrznych rozgrywek w śląskiej PO, kiedy toczył się bój o przywództwo tzw. grupy gliwickiej z ekipą posła Tomasza Tomczykiewicza.
Niektórzy samorządowcy zarzucali wówczas marszałkowi, że foruje swoje Gliwice, niesprawiedliwie rozdziela unijne dotacje, niepotrzebnie wzmacnia konkurencję wewnątrz regionu. Moszyński mówił bowiem o swoich wątpliwościach co do budowy Muzeum Śląskiego na terenie kopalni Katowice, niewiele też brakowało, by nie było unijnej dotacji na budowę centrum kongresowego w Katowicach. Wspierał również budowę konkurencyjnej dla Spodka hali widowiskowo-sportowej w Gliwicach. Kilka razy swoimi wypowiedziami dolał też oliwy do ognia. Stwierdził np., że katowiccy radni powinni mieć w Gliwicach swój pomnik, bo to dzięki ich decyzjom skrzyżowanie autostrad będzie w gliwickiej Sośnicy, a nie w Katowicach. Takie traktowanie musiało irytować prezydentów miast i nie zachęcało do współpracy.
Po odejściu Moszyńskiego wydawało się, że konflikt Gliwic z kilkoma innymi miastami ucichnie. Bez większych problemów udało się wspólnie przejąć akcje wiecznie niedoinwestowanych Tramwajów Śląskich. Miało to ułatwić zarządzanie firmą i pomóc w zdobywaniu pieniędzy na potrzebne remonty. Akcjonariuszem zostały także Gliwice.
I nagle okazało się, że pozbyły się tramwajów z miasta. Prezydent Frankiewicz wyjaśniał, że "aby wprowadzić na szyny nowoczesne, niskopodłogowe tramwaje, trzeba by przeprowadzić gruntowny i niezwykle kosztowny remont torowisk oraz kupić nowe wagony. Miasta nie stać na taki wydatek". W liście do mieszkańców zapewniał, że wie, iż niektórzy z nich lubią tramwaje i darzą je sentymentem, ale nie zmieniło to jego decyzji.
Tymczasem wyrzucenie tramwajów poza granice miasta, to nie tylko problem Frankiewicza i mieszkańców Gliwic. To problem całej metropolii. Gliwice na własne życzenie odcinają się na przyszłość od tego, co mogłoby by być symbolem nowoczesnej metropolii i jej spinaczem - sprawnej komunikacji tramwajowej. W dodatku za chwilę pewnie pojawią się problemy związane z akcjami TŚ. Czy Gliwice będą chciały w razie potrzeby dokładać do inwestycji firmy, której są współwłaścicielem, choć nie mają u siebie żadnej linii tramwajowej? Co zrobią ze swoimi akcjami? Może za jakiś czas Frankiewicz zapuka do Uszoka i zaproponuje mu kupno niepotrzebnych Gliwicom akcji?
Plan ratowania komunikacji publicznej w regionie może się przewrócić jak domek z kart przez krótkowzroczne kalkulacje finansowe jednego miasta. To może wyzwolić efekt kuli śniegowej i rozpocząć serię rezygnacji kolejnych miast z innych wspólnych inwestycji. Powód zawsze się znajdzie.
Od samego początku trzeba było jednak pogodzić interesy największych graczy, czyli Katowic i Gliwic. Stąd szefem GZM-u został prezydent Katowic, a najważniejsze stanowiska w biurze objęli ludzie związani z prezydentem Gliwic. Ich współpraca z Piotrem Uszokiem układa się jak na razie w miarę dobrze, tylko czasem tu i ówdzie pojawiają się plotki o koniecznych zmianach w biurze metropolii.
Ale o wiele ważniejsza od personalnych roszad i rozkładu sił jest rzeczywista współpraca miast. Tymczasem Gliwice z tutejszymi władzami na czele - świadomie lub nie - oddalają się od metropolii. Wydaje się, że przeświadczone o własnej wielkości postawiły na sprawdzoną pod koniec XIX wieku brytyjską metodę "wspaniałego odosobnienia".
Na taką politykę ma na pewno wpływ polityczna izolacja Zygmunta Frankiewicza, który popadł w konflikt z Platformą Obywatelską. Winę za to ponosi zarówno prezydent Gliwic, jak i politycy rządzącej regionem PO.
To jednak niejedyna przyczyna izolacji miasta. Do poważnego rozdźwięku między prezydentami największych miast doszło za kadencji marszałka Janusza Moszyńskiego, bliskiego współpracownika Frankiewicza. Trafił na to stanowisko w wyniku krótkotrwałego kompromisu podczas wewnętrznych rozgrywek w śląskiej PO, kiedy toczył się bój o przywództwo tzw. grupy gliwickiej z ekipą posła Tomasza Tomczykiewicza.
Niektórzy samorządowcy zarzucali wówczas marszałkowi, że foruje swoje Gliwice, niesprawiedliwie rozdziela unijne dotacje, niepotrzebnie wzmacnia konkurencję wewnątrz regionu. Moszyński mówił bowiem o swoich wątpliwościach co do budowy Muzeum Śląskiego na terenie kopalni Katowice, niewiele też brakowało, by nie było unijnej dotacji na budowę centrum kongresowego w Katowicach. Wspierał również budowę konkurencyjnej dla Spodka hali widowiskowo-sportowej w Gliwicach. Kilka razy swoimi wypowiedziami dolał też oliwy do ognia. Stwierdził np., że katowiccy radni powinni mieć w Gliwicach swój pomnik, bo to dzięki ich decyzjom skrzyżowanie autostrad będzie w gliwickiej Sośnicy, a nie w Katowicach. Takie traktowanie musiało irytować prezydentów miast i nie zachęcało do współpracy.
Po odejściu Moszyńskiego wydawało się, że konflikt Gliwic z kilkoma innymi miastami ucichnie. Bez większych problemów udało się wspólnie przejąć akcje wiecznie niedoinwestowanych Tramwajów Śląskich. Miało to ułatwić zarządzanie firmą i pomóc w zdobywaniu pieniędzy na potrzebne remonty. Akcjonariuszem zostały także Gliwice.
I nagle okazało się, że pozbyły się tramwajów z miasta. Prezydent Frankiewicz wyjaśniał, że "aby wprowadzić na szyny nowoczesne, niskopodłogowe tramwaje, trzeba by przeprowadzić gruntowny i niezwykle kosztowny remont torowisk oraz kupić nowe wagony. Miasta nie stać na taki wydatek". W liście do mieszkańców zapewniał, że wie, iż niektórzy z nich lubią tramwaje i darzą je sentymentem, ale nie zmieniło to jego decyzji.
Tymczasem wyrzucenie tramwajów poza granice miasta, to nie tylko problem Frankiewicza i mieszkańców Gliwic. To problem całej metropolii. Gliwice na własne życzenie odcinają się na przyszłość od tego, co mogłoby by być symbolem nowoczesnej metropolii i jej spinaczem - sprawnej komunikacji tramwajowej. W dodatku za chwilę pewnie pojawią się problemy związane z akcjami TŚ. Czy Gliwice będą chciały w razie potrzeby dokładać do inwestycji firmy, której są współwłaścicielem, choć nie mają u siebie żadnej linii tramwajowej? Co zrobią ze swoimi akcjami? Może za jakiś czas Frankiewicz zapuka do Uszoka i zaproponuje mu kupno niepotrzebnych Gliwicom akcji?
Plan ratowania komunikacji publicznej w regionie może się przewrócić jak domek z kart przez krótkowzroczne kalkulacje finansowe jednego miasta. To może wyzwolić efekt kuli śniegowej i rozpocząć serię rezygnacji kolejnych miast z innych wspólnych inwestycji. Powód zawsze się znajdzie.
Polecamy: Miasta Śląska są odwrócone do siebie plecami
- 114 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
Re: Komunikacja posypie się nam, jak domek z kart
excellenz
03.09.09, 13:23
"Decyzja gliwickich samorządowców o likwidacji w tym mieście linii tramwajowych jest kolejnym dowodem na to, że metropolia śląska istnieje tylko na papierze."Ewidentna bzdura. Co mają »




