Świetna impreza, świetni artyści. To Katowice!

Marcin Babko
2009-08-30 , aktualizacja: 31.08.2009 19:01
A A A Drukuj
Tereny po kopalni Katowice. 4. Tauron Nowa Muzyka Fot. Marta Błażejowska/AG Tereny po kopalni Katowice. 4. Tauron Nowa Muzyka
Oddanie postindustrialnych terenów KWK "Katowice" w kilkudniowe rządy popkultury było świetnym posunięciem organizatorów festiwalu 4. Tauron Nowa Muzyka. Najważniejsza była jednak muzyka.
Publiczność podczas występu Ebony Bones
Fot. Marta Błażejowska/AG
Publiczność podczas występu Ebony Bones
Publiczność podczas występu Ebony Bones
Fot. Marta Błażejowska/AG
Publiczność podczas występu Ebony Bones
Ebony Bones porwała publiczność klasykiem Pink Floyd ''Another Brick in the Wall''
Fot. Marta Błażejowska/AG
Ebony Bones porwała publiczność klasykiem Pink Floyd ''Another Brick in the Wall''
Jon Hopkins hipnotyzował ambientową mgłą
Fot. Marta Błażejowska/AG
Jon Hopkins hipnotyzował ambientową mgłą
Tim Exile
Fot. Marta Błażejowska/AG
Tim Exile
The Bug
Fot. Marta Błażejowska/AG
The Bug
Publiczność podczas występu trio Pivot
Fot. Marta Błażejowska/AG
Publiczność podczas występu trio Pivot
Trio Pivot zagrało kapitalny koncert
Fot. Marta Błażejowska/AG
Trio Pivot zagrało kapitalny koncert
Performance Planningtorock
Fot. Marta Błażejowska/AG
Performance Planningtorock

Polecamy: Kopalnia Katowice to niesamowite miejsce



Już w piątek na festiwalu zjawiło się prawie dwa tysiące ludzi. Dzień później, mimo deszczowej aury, dwa razy tyle. To może niewiele w porównaniu z innymi letnimi festiwalami, ale organizatorzy są zadowoleni. Słusznie, bo udało im się zamienić nieużywane tereny byłej KWK "Katowice", w niemal samym środku szarego, smutnego miasta, w kolorową muzyczną oazę. Ten miraż trwał trzy dni. Warto było w nim uczestniczyć.

Odkrycie tego miejsca dla popkultury jest największym osiągnięciem organizatorów tegorocznego festiwalu. Zachwycali się przyjezdni (na imprezę zjechali fani z całej Polski), ale przede wszystkim mieszkańcy Katowic i okolicznych miast. Nikt z nich nie spodziewał się, że w centrum Katowic będą mogli bawić się świetnie na plenerowej imprezie. I to na znakomitych koncertach artystów, którzy dyktują obecnie muzyczne trendy na całym świecie. Jeśli za rok spotkamy się na kolejnej edycji w tym samym miejscu, to po poprawieniu kilku organizacyjnych niedociągnięć (np. nieoświetlona i nieoznakowana droga na festiwal, autoreklamy na telebimach podczas wszystkich piątkowych koncertów), impreza nie powinna mieć słabych punktów.

Termin "nowa muzyka" jest niezwykle pojemny. Co łączy jej twórców, którzy w weekend zjawili się w Katowicach? Upodobanie do dźwięków o niskich częstotliwościach. Pulsujące basy i nieignorowalne rytmy wybijały puls festiwalu. Tak było w gorący piątek, lekko błotnistą sobotę i kończącą całość niedzielę, o której będziemy jeszcze pisać we wtorkowej "Gazecie".

Artyści grali na dwóch scenach: najczęściej gdy jeden kończył grać, drugi zaczynał. Pomiędzy nimi ustawiono też scenę na dachu autobusu, na której prezentowali się polscy didżeje. Rozpoczynające festiwal trio Pivot udowodniło, że choć nagrywa znakomite płyty, to na żywo jest jeszcze lepsze. Australijczycy w tym roku zagrali w Polsce dwa klubowe koncerty, ale dopiero tutaj mieli odpowiednie warunki techniczne. I pokazali wielką klasę.

Brytyjskiej raperce Speech Debelle towarzyszyło akustyczne trio, ale jej hiphopowo-jazzującej muzyce (z elementami reggae, bo był m.in. fragment "Stir It Up" Boba Marleya) nie brakowało mocy. Ona sama między utworami zagadywała publiczność, m.in. na temat walorów polskiej wódki.

Kolejni artyści pokazali, że nie trzeba mieć wielkiego składu, by rozruszać publiczność. Czasem wystarczy jeden DJ. Jak King Cannibal, który zaserwował wstrząsający taneczny miks, a generowane przez niego basowe dźwięki i rytmy wwiercały się w organizm i szalały we wnętrznościach. Świetny show dał też duet Dan le Sac vs Scroobius Pip. Nerwowy electro-beat pierwszego i nieustanny słowotok drugiego, znane przeboje "Thou Shalt Always Kill" i "Letter from God to Man" oraz zupełnie premierowy materiał.

Piosenki Ebony Bones są proste, ale jej wzorowany na występach George'a Clintona show godnie zwieńczył piątkową noc. Nie mogło zabraknąć przeboju "The Muzik", lecz największy entuzjazm wzbudził zagrany na bis klasyk Pink Floyd "Another Brick in the Wall".

W sobotę podobać się mógł jednoosobowy performance Planningtorock, ale wokalizy do odgrywanej z płyty muzyki po dłuższej chwili przestawały robić wrażenie. Jak powinien wyglądać solowy koncert, pokazali za to tego wieczoru Jon Hopkins i Flying Lotus. Pierwszy zahipnotyzował ambientową mgłą, którą co jakiś czas rozbijał twardymi, samplerowymi solówkami. Drugi tańczył, czarował wielkim uśmiechem i na tle wielkich wizualizacji teleportował zebranych z Katowic do Afryki, a potem dalej w kosmos.

Na mnie największe wrażenie zrobił jednak mistyczny rytuał Fever Ray. W koncercie skandynawskiej wokalistki czuć było ducha The Residents, ale z kobiecą, czarodziejską wizją. Wizerunek muzyków, skromna, lecz sugestywna gra świateł (nastrój abażurowych lamp przełamywany laserami), mroczna muzyka i niesamowita frontmanka, która w każdym utworze zmieniała nie tylko głos, ale i wcielenie. Gdy zaśpiewała singlowy "When I Grow Up", w górę poszły dziesiątki rąk z włączonymi na nagrywanie telefonami i kamerkami. Fani, świadomi ulotności chwil takich jak ta, chcieli zatrzymać ją na dłużej. Nie tylko dla siebie. W internecie obejrzy je cały świat.



Więcej informacji wideo na www.tvs.pl

Polecamy: Patrycja Markowska gwiazdą urodzin Katowic



Podziel się

  • 40 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów