Porzucony noworodek spał w torbie na przystanku

Anna Malinowska
2009-08-25 , aktualizacja: 26.08.2009 06:02
A A A Drukuj
Sławomir Koszczka i Adrian Broda Fot. Grzegorz Celejewski / Agenc Sławomir Koszczka i Adrian Broda
Pracownik tartaku znalazł na przystanku w Zabrzu torbę turystyczną z zawiniętym w kocyk noworodkiem. Dziewczynka przeżyła mimo chłodnej nocy. Policjanci szukają jej matki
Adrian Broda wczesnym rankiem jechał na rowerze do tartaku przy ul. Bytomskiej, gdzie pracuje. - W pewnym momencie droga jest pod górkę, więc jak zawsze zszedłem z roweru i maszerowałem na piechotę. Kiedy przechodziłem koło przystanku, zobaczyłem na ławce dużą torbę. Dookoła nie było żywej duszy. Podszedłem bliżej i myślałem, że zemdleję z wrażenia! Z torby zapiętej na suwak wystawała główka noworodka. Sam za trzy miesiące zostanę ojcem, więc myślałem, że zawału dostanę! - nawet kilka godzin później mężczyzna z trudem opanowuje emocje.

Broda nie miał przy sobie komórki. Bał się wieźć torbę z dzieckiem na rowerze, więc pognał do tartaku po kolegę.

- Adrian wpadł jak burza, krzycząc: "Sławek bierz samochód i telefon. O nic nie pytaj, bo musimy szybko jechać" - opowiada Sławomir Koszczka. Razem pojechali na przystanek. Była godzina 5.45. Broda sprawdził, czy dziecko oddycha, a Koszczka zadzwonił na policję.

- Na przystanku na Bytomskiej w torbie leży maleńkie dziecko. Co robić?! - dopytywał.

Oficer dyżurny: - Proszę zabrać torbę do jakiegoś pomieszczenia, już wzywam karetkę. Zaraz będziemy na miejscu.

Mężczyźni zabrali torbę z noworodkiem do biura tartaku. Od razu zbiegli się wszyscy pracownicy. Nikt nie mógł uwierzyć, że ktoś zostawił dziecko na przystanku. - Aż mi się serce krajało. Pół roku temu urodziło mi się drugie dziecko, syn Kacperek. W niedzielę cała rodzina się cieszyła, bo wyrósł mu pierwszy ząb. A tu taka samotna kruszynka leżała. Chyba została wcześniej nakarmiona, bo była bardzo spokojna - wzrusza się Koszczka.

Pogotowie zabrało noworodka do Szpitala Klinicznego nr 1. Okazało się, że dziewczynka urodziła się zaledwie kilka godzin wcześniej. Ktoś zawiązał jej pępowinę sznurówką. Dziewczynkę umieszczono w inkubatorze na oddziale patologii noworodka. - Rokowania co stanu zdrowia dziewczynki są niepewne. Nie wiemy, jak przebiegała ciąża ani sam poród - mówi Dariusz Budziński, naczelny lekarz szpitala.

Tymczasem policjanci zaczęli szukać matki noworodka. - Za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo osobie odpowiedzialnej za opiekę grozi do pięciu lat więzienia - mówi podkomisarz Dariusz Koniak.

Aby unikać podobnych sytuacji, od trzech lat w Polsce powstają tzw. okna życia, w których matka, zachowując anonimowość, może zostawić swoje dziecko, nie narażając go na niebezpieczeństwo. Idea tworzenia takich miejsc zrodziła się z inicjatywy Wydziału Rodziny Kurii Metropolitalnej i Caritas Archidiecezji Krakowskiej. W naszym województwie działają na razie dwa "okna życia" - w Katowicach i w Częstochowie.

- Mamy takie okno od marca tego roku i jeszcze nikt nie zostawił w nim dziecka. Jest cały czas otwarte, a na miejscu ciągle ktoś dyżuruje - mówi siostra Rafaela ze Zgromadzenia Sióstr Świętej Jadwigi, które w swojej katowickiej siedzibie przy ul. Leopolda czeka na niechciane dzieci.

W Częstochowie "okno życia" powstało w zeszłym roku i też nikt nie zostawił w nim dziecka. - W Krakowie dzięki oknu udało się pomóc 11 noworodkom - mówi siostra Barbara Kaczmarczyk ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP.

Pracownicy tartaku zastanawiają się, dlaczego matka dziewczynki nie wybrała takiego miejsca, tylko przystanek przy Bytomskiej. - To miejsce często uczęszczane, więc dobrze, że nie położyła dziecka w krzakach 200 metrów dalej. Ale w pobliżu jest szpital, więc dlaczego tam nie podrzuciła córki? Przecież ranki są już bardzo chłodne, no i kobieta nie miała żadnej gwarancji, że ktoś się zajmie dzieckiem - nie może się nadziwić Koszczka.

Podziel się

  • 19 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów