UŚ wysyła komornika, bo uczelnia potrzebuje przecież pieniędzy

Judyta Watoła
16.02.2012 , aktualizacja: 16.02.2012 14:25
A A A Drukuj
Rektorat Uniwersytetu Śląskiego Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta Rektorat Uniwersytetu Śląskiego
Uniwersytet Śląski nie potrafił ustalić, jakiego terminu nie dotrzymał jego doktorant, ale i tak skreślił go z listy studentów i zażądał pieniędzy za obronę. Sprawa trafiła do sądu. Wczoraj był finał: uczelnia wygrała, ale nie dlatego, że legalnie dokonała skreślenia z listy studentów, tylko dlatego, że "potrzebuje pieniędzy"
Grzegorz jest funkcjonariuszem służby więziennej, prosi o nieujawnianie jego nazwiska. Na nieodpłatne studia doktoranckie zapisał się w 2000 roku na Wydziale Nauk Społecznych UŚ. Ponieważ wziął roczny, urlop ukończył je w roku 2004/2005. Kiedy Grzegorz zaczynał studia, żaden przepis nie regulował terminu oddania pracy doktorskiej. A jednak 7 marca 2006 roku kierownik studiów doktoranckich na WNS-ie zdecydował, że skreśla go z listy studentów za to, że nie złożył pracy doktorskiej w terminie.

Grzegorz się odwołał. Odpowiedź przyszła po ponad pół roku. "Skreślam Pana z listy studentów z powodu braku wykazania postępów w pracy naukowej lub braku zaliczeń i złożenia egzaminów w określonych terminach, (...) lub niezłożenia rozprawy doktorskiej w terminie". - Ktoś po prostu zrobił wytnij wklej i nawet się nie pofatygował, żeby wybrać jakiś jeden powód, zresztą żaden mnie nie dotyczył - mówi Grzegorz.

Ponieważ przysługiwało mu jeszcze odwołanie do rektora, od razu je napisał. Odpowiedź przyszła po kilku miesiącach, ale nie od rektora tylko od kierownika studiów. Pismo nie ma daty ani sygnatury. Jest w nim informacja, że Grzegorz nie może przedłużyć studiów. - Osłupiałem, bo przecież wcale o to nie prosiłem - mówi.

Co ciekawe, przyznaje to także rzecznik uniwersytetu. - Pan Grzegorz nie złożył prośby o przywrócenie na studia doktoranckie, poza tym na tego typu studiach nie było i nie ma takiej możliwości - mówi Jacek Szymik-Kozaczko.

- W tej sytuacji nie wiedzieliśmy w końcu, czy został skreślony, czy nie - mówi Dorota, żona Grzegorza.

We wrześniu 2008 roku doktorant złożył pracę u promotora, jak sądził w terminie. Uczelnia zażądała jednak od niego opłaty, jaką pobiera się od doktorantów z zewnątrz za przewód doktorski - 8 tys. zł w dwóch ratach, jedna przed otwarciem przewodu, druga po obronie. Taki "haracz za doktorat" krytykowała wprawdzie minister nauki, uczelnie jednak wciąż znajdowały sposoby na ich pobieranie (np. na Śląskim Uniwersytecie Medycznym doktoranci z zewnątrz musieli wpłacać pieniądze na fundację prowadzoną przez uczelnię).

Grzegorz bał się, że przepadnie wiele lat nauki i wyrzeczeń, wpłacił więc pierwszą ratę. Obronił pracę 7 kwietnia 2009 roku. Potem wysłał uczelni pismo z prośbą o anulowanie drugiej raty. UŚ odmówił. Grzegorz za radą prawnika napisał więc oświadczenie o uchyleniu się od skutków prawnych poprzedniego oświadczenia woli, czyli zgody na zapłacenie za przewód doktorski.

Nie pomogło - Uniwersytet zgłosił sprawę do komornika, a ten zajął mu pensję. Po skardze Grzegorza zajęcie komornicze cofnięto. Tak sprawa w końcu trafiła do sądu. Uniwersytet złożył pozew o drugą ratę za przewód doktorski.

- Przeprowadzenie przewodu doktorskiego zakończonego uzyskaniem stopnia doktora było wynikiem zawartej z Uniwersytetem Śląskim umowy, w której doktorant zobowiązał się do pokrycia kosztów tego przewodu - tłumaczy rzecznik UŚ.

Ale Grzegorz złożył tak zwany pozew wzajemny o zwrot raty pierwszej.

Jakby całego zamieszania było mało, w Sądzie Rejowym Katowice-Wschód zrobiono z tego dwie sprawy, w których rozstrzygało dwóch różnych sędziów. W styczniu zapadł wyrok o zwrot pierwszej raty - korzystny dla UŚ. Wczoraj drugi - także korzystny dla uczelni. Sąd w ogóle nie rozstrzygał, czy Grzegorz został legalnie skreślony z listy studentów. Uznał tylko, że skoro zapłacił pierwszą ratę, powinien uiścić i drugą, bo podpisał taką umowę i późniejsze oświadczenie niczego tu nie zmienia. Poza tym uczelnia "potrzebuje przecież pieniędzy".

- Czy tak powinno być w państwie prawa? - pyta rozgoryczona Dorota.

Zapytaliśmy w UŚ o to, o co nie zapytał się sąd: jaki konkretnie termin został przekroczony przez doktoranta, za co potem został skreślony z listy studentów? I kiedy to się stało?

- Tego nie da się ustalić. To była ustna umowa doktoranta z promotorem, a on już nie żyje - odpowiedział Szymik-Kozaczko.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 29 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy