Bierz zwierzaka ze schroniska od razu albo spadaj

Milena Nykiel
12.02.2012 , aktualizacja: 12.02.2012 17:49
A A A Drukuj
Dzień otwarty w katowickim schronisku dla zwierząt Fot. Przemysław Jendroska / Agencja Gazeta Dzień otwarty w katowickim schronisku dla zwierząt
Tak w opinii gdańszczanki działa katowickie schronisko dla zwierząt. Edycie Górskiej, której strasznie zależało na adopcji czteroletniego Xaviego, nie przeszkadzało, że po wypatrzonego pupila musi przejechać ponad 450 km.
GALERIA ZDJĘĆ
Zdjęcie czarnego, włochatego pieska (w typie cairn terriera) pani Edyta znalazła w lokalnej gazecie. - To był zwykły kundelek, żaden tam wzbudzający zachwyt pies. Ale jakoś zapadł mi w pamięć - wspomina z uśmiechem.

Pod zdjęciem czteroletniego Xaviego widniał numer telefonu komórkowego wolontariuszki odpowiedzialnej za adopcję. Pani Edyta zadzwoniła do Katowic. - Chciałam dowiedzieć się czegoś o Xavim. Czy jest łagodny, zdrowy, czy był szczepiony. Trzeba to wiedzieć, by zdecydować się na przygarnięcie zwierzaka. Nie bierze się psa pod wpływem impulsu. To żywe stworzenie, nie mebel - uważa.

Telefonicznie i mailowo wolontariuszka opisywała psa, załączała jego zdjęcia, zaręczała, że będzie czekał w Katowicach na panią Edytę, która w grudniu przyjechała służbowo do Katowic. Znalazła wtedy chwilę na wizytę w schronisku przy ul. Milowickiej. - Nie mogłam się doczekać, aż zobaczę Xaviego - wspomina gdańszczanka. Dodaje, że piesek w rzeczywistości okazał się jeszcze ładniejszy niż na zdjęciach.

Zanim pani Edyta wsiadła do pociągu, zostawiła jeszcze w schronisku trochę jedzenia dla Xaviego i innych czworonogów. Obiecała też załatwić dużą paczkę jednorazowych rękawiczek, których brakowało pracownikom, ale co dla niej najważniejsze - uzgodniła, że w drugim tygodniu stycznia odbierze psa.

- Wszystko przygotowałam: kupiłam legowisko, obrożę ze smyczą, miski, zabawki. Kupiłam też bilety na pociąg, a w pracy wzięłam tygodniowy urlop. Dwa dni przed przyjazdem do Katowic zadzwoniłam jeszcze do schroniska. Profilaktycznie, by się przypomnieć - opowiada gdańszczanka.

Wtedy jednak okazało się, że Xaviego przy ul. Milowickiej już nie ma. - Byłam zrozpaczona i zdziwiona. Wydawało mi się, że sprawę adopcji dopięłam na ostatni guzik - mówi. Rozżalona jest tym bardziej, że piesek trafił do nowej rodziny dzień przed Wigilią. - Został zwykłym prezentem pod choinkę! - uważa.

O oddaniu psa nie wiedziała nawet opiekująca się nim wolontariuszka z fundacji SOS dla Zwierząt. - To nie moja wina, chciałam jak najlepiej - mówi.

Pracownicy schroniska nie mają sobie nic do zarzucenia. - My nie rezerwujemy psów, zależy nam, by oddać zwierzęta w nowe ręce jak najszybciej - mówi Tomasz Molnar z biura katowickiego schroniska. Wyjaśnia, że sprawę adopcji można załatwić nawet jednego dnia. Trzeba mieć tylko dowód tożsamości, obrożę, smycz i pieniądze, bo przygarnięcie psa kosztuje od 40 do 70 zł.

- Na stronie internetowej wypisują górnolotne hasła o tym, że nowy właściciel musi być przygotowany na przyjęcie zwierzaka i zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za niego. Tymczasem wydają je byle komu - uważa gdańszczanka.

Jarosław Motak, prezes fundacji SOS dla Zwierząt, uważa, że doszło do nieporozumienia. - Być może zawiódł kontakt między wolontariuszem a schroniskiem - mówi. Dodaje jednocześnie, że współpraca z kierownictwem przytuliska układa się bardzo dobrze, zaś szybki system wydawania zwierząt powoduje, że wyniki działalności placówki są wzorcowe. - W zeszłym roku z 300 psów, które trafiły do schroniska, dla 200 szybko znaleźliśmy nowych właścicieli. Jeśli ktoś obawia się, że pies może trafić w nieodpowiednie ręce, zawsze pozostaje jeszcze możliwość tzw. wizyty poadopcyjnej - mówi Motak.

- Czuję się potraktowana z buta. To tak, jakby ktoś powiedział: bierz psa od razu albo spadaj - podsumowuje pani Edyta.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 20 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów