Spaliła dziecko, była sama. Ludzie winią siebie

Małgorzata Goślińska
11.02.2012 , aktualizacja: 11.02.2012 15:49
A A A Drukuj
Jeszcze nie ucichła sprawa Magdy z Sosnowca, a w Gorzycach matka spaliła noworodka. Ale ludzie nie odsądzają Magdaleny P. od czci i wiary jak Katarzynę W. sosnowiczanie. Bo pamiętają matkę sprzed tragedii i winią siebie, że nie dali jej wsparcia

Fot. Grazyna Makara / AG
Magdalenę P. z ul. Raciborskiej sąsiedzi widzieli codziennie ze swoich okien, jak prowadziła dzieci do przedszkola i do szkoły: pierwsze, drugie, trzecie i z powrotem. Raciborska jest przelotowa, ruchliwa i chodnik tylko po jednej stronie, a do szkoły od pani Magdaleny 2 km. Czy zauważyli, że była w odmiennym stanie? - Z daleka tego nie widać - mówią. - A zimą dodatkowo każdy grubo ubrany.

W sklepie spożywczym, gdzie pani Magdalena lubiła codziennie robić zakupy, też się nie zorientowali. Tylko jedna mieszkanka Raciborskiej, ta, która we wtorek zawiadomiła Ośrodek Pomocy Społecznej w Gorzycach o tajemniczym zniknięciu noworodka, przyznaje bez ogródek: - Była w wysokiej ciąży.

Już w czerwcu było widać: pani Magdalenie, zawsze chudej, policzki się ładnie zaokrągliły i w biodrach przybrała. Nie chwaliła się, że będzie miała kolejne dziecko, ba, starała się ukryć brzuch i nie zgłosiła się do lekarza, a jej dzieci rozpowiadały, że mama przytyła, bo się najadła. - Nie widziałam jej dziesięć dni. A potem wyglądała jak trup. Dlatego zadzwoniłam do ośrodka - z troski, bałam się, że z nią źle. Blada, oczy podkrążone, usta spierzchnięte, przygarbiona.

I nie miała brzucha. - Spytałam: "Chłopiec czy dziewczynka?". Powiedziała, że krwawiła i że dziecka już nie ma. "A pogrzeb pani urządziła?" "Pomodliłam się - mówi - w piwnicy".

Z ustaleń policji wynika, że Magdalena P. pod koniec stycznia sama w domu urodziła dziewczynkę. Zeznała, że przecięła pępowinę, obmyła dziecko, potem poszła się wykąpać, a gdy wróciła, dziecko nie żyło. Więc spaliła ciało w kotłowni w piwnicy. Policja zabezpieczyła na miejscu ślady krwi i popiół. - Matka nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego to zrobiła. Twierdzi, że zamierzała oddać dziecko do okna życia - mówi Joanna Paszenda, rzeczniczka policji w Wodzisławiu.

Ludzie z Gorzyc są wstrząśnięci, że jeszcze nie ucichła sprawa półrocznej Magdy z Sosnowca, a tu taka makabra za płotem. O dziwo jednak, jak matkę Magdy sosnowiczanie odsądzili od czci i wiary, nazywając morderczynią, chociaż Katarzyna W. ma zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci, który może się jeszcze zmienić na nieszczęśliwy wypadek, tak Magdaleny P. gorzyczanie bronią. - To musiał być szok - mówią o zbezczeszczeniu zwłok. Są w stanie ją zrozumieć, nawet jeśli zabiła dziecko, bo pamiętają ją sprzed tragedii.

Wspinam się powoli na wysokie piętro domu Magdaleny. Strome, betonowe schody nie są odśnieżone i nie mają barierki. Dom nie doczekał się tynku. Pod schodami porzucony samochód - zabawka, wózek spacerowy i kot. Mały kundel szczeka, uwiązany na łańcuchu do rudery obok. Całe gospodarstwo sprawia wrażenie, jakby dawno tu nie było człowieka. Brama pewnie osiadła i zardzewiała otwarta na oścież. Śnieg przykrył grubo huśtawkę na drzewie, piaskownicę i auto dostawcze. Ale z komina leci dym i słychać dzieci w sieni. Widzę przez szybkę ich cienie. - Nie wpuścimy cię - krzyczą do mnie i uciekają ze śmiechem.

Od policji wiem, że matka po przesłuchaniu wróciła w czwartek do domu (ma taki sam zarzut jak Katarzyna W., która wciąż przebywa w areszcie). Od sąsiadów - że wrócił mąż pani Magdaleny. Rzadko bywa w domu, z dwa razy w roku. Pracuje w Holandii. Potężny chłop - tyle mogą o nim powiedzieć sąsiedzi. Nie, że dba o dom czy zajmuje się dziećmi. Natomiast o pani Magdalenie przeciwnie. W sklepie spożywczym: - Nie zdarzyło się, żeby odmówiła czegoś dzieciom. Inne matki krzyczą na dzieci, szturchają, szarpią, a ona zawsze kupiła, co chciały.

Wszyscy podziwiają ją za to odprowadzanie do szkoły. - Mogła mieć dość - mówią. Nie pracuje, mieszka z teściami (teść ma górniczą emeryturę), pewnie ją utrzymują, ale chorzy, przy domu i dzieciach nie pomogą, nawet oni mieli nie wiedzieć o czwartej ciąży synowej. W kotłowni musiała palić sama.

- Czemu nie zostawiła tego dziecka w szpitalu? - pytam troskliwą sąsiadkę. - Jeszcze by ją obgadali na wsi, że oddała własne dziecko - odpowiada.

- Teraz żałuję - mówi dalej. - Żałuję, że nie zadzwoniłam do ośrodka wcześniej. Kobieta w ciąży potrzebuje wsparcia, a Magda była sama. Mogłoby do tego nie dojść, gdyby ludzie bardziej zwracali na siebie uwagę. Mam nadzieję, że jej nie zamkną, nie odbiorą dzieci, że mąż jej nie zaszczuje. Ona taka jest, że się nie poskarży.

- Odebranie dzieci absolutnie nie wchodzi w rachubę - mówi Janina Dąbrowa, kierowniczka Ośrodka Pomocy Społecznej w Gorzycach. - Matka nigdy nie była naszą podopieczną. Pracownicy socjalni sprawdzą, czy jest jej potrzebne wsparcie materialne. Teraz przede wszystkim potrzebuje psychologa, który już się nią zajął.

Podziel się

  • 45 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

  • Re: Spaliła dziecko, była sama. Ludzie winią sieb feurig59 11.02.12, 18:24

    a ja uważam, że z samego potępienia nie wynika nic poza lękiem i kolejnymi tragediami, natomiast z refleksji i autorefleksji ludzi mogą wyniknąć istotne zmiany. brawo sąsiadom za prawdziwie »

  • Spaliła dziecko, była sama. Ludzie winią siebie poborowy102 11.02.12, 21:05

    Pierwsi pod sąd to powinni iść ministrowie, reformatorzy ze słynnym Balcerowiczem na czele, który to jednostki chciał poświęcach na ołtarzu reform w imię lepszego jutra dla nielicznych...»

  • Kolejna z dyplomem lekarza! ateofi 12.02.12, 10:30

    Po prostu stwierdziła, że dziecko nie żyje i szybciutko sru dzieciaka do pieca. A policja ot tak sobie wierzy matce - już jedna taka w Sosnowcu pokazała jak bardzo można jej wierzyć i jak »