Kazimierz Kutz: Lampeduza, czyli chmury wolności nad nami
06.02.2012
, aktualizacja: 06.02.2012 23:36
W dniach minionych wstrząsem były dwie sprawy i dawno mnie żadne inne tak nie zbulwersowały jak te właśnie, choć obie z przyczyn skrajnie odmiennych. Jedna nosi w sobie zarzewie bezkrwawej rewolucji, a druga jest trenem nad grobem bliskiej mi osoby.
ZOBACZ TAKŻE
- Kazimierz Kutz: Brawo panie Michale (10-04-12, 07:44)
- Kazimierz Kutz: Nowa siła (13-02-12, 17:14)
- Kazimierz Kutz: Tak to leci (31-01-12, 00:21)
- Kazimierz Kutz: Iwacho (27-01-12, 16:24)
- Kazimierz Kutz: Factum est fatum (17-01-12, 17:30)
Pierwszym źródłem emocji stał się protest internautów przeciwko ACTA, czyli projektowi objęcia kosmosu internetowego prawem o ochronie dóbr własności intelektualnej. Przestrzenie internetowe są we władaniu ludzi młodych, dla których są rajem wolności. To ich całkowicie niezależna rzeczywistość, odrębna od tej poza klawiaturą, gdzie rządzą polityka, hipokryzja, biznes i wyścig szczurów. Świat popsutych wartości.
Ich akcja protestacyjna (spontaniczna i największa w ostatnim dwudziestoleciu!) ujawniła, że w Polsce żyją obok siebie dwa światy i dwie cywilizacje; młodych i starych, brudnych i czystych, cynicznych i prawych, internetowych i długopisowych. Laptop stał się swoistym Mount Everestem, który rozdziela dwa zbiory ludzkie: jeden skażony historią, władzą i ideologią, a drugi jeszcze naturalny. ACTA stała się dla nich zamachem na ich wolność, a ta jest dla nich sprawą świętą, bo to najważniejsza wartość, jaką przyniosło im ich dorastanie w demokracji i erupcji technicznej świata wirtualnego.
To pierwszy przejaw buntu tych 50 procent najmłodszych obywateli, którzy nie chodzą ani do urn wyborczych, ani do konfesjonału. Jednego dnia wyszli na ulice i doszczętnie obnażyli świat rządzących w Polsce, a zwłaszcza wyhodowaną przez Jarosława Kaczyńskiego "drugą Polskę". Ten katolicko-narodowy butafor, który podzielił obywateli na dwie zwalczające się nacje w imię wyimaginowanej ojczyzny osadzonej na cmentarnych prochach. A także empiryczną samolubność, safandulstwo i intelektualną jałowość Platformy Obywatelskiej. Ta nowa opozycja pozbawiona motywów religijnych czy narodowych jest laicka i obywatelska.
Nagle ta tajemnicza przestrzeń społeczna, zawsze poza penetracją politycznych partii (poza Ruchem Palikota, który jej dotknął), ujawniła się na skalę przez nikogo nieprzewidzianą. Oto objawiła się autentyczna opozycja i pomniejszyła partyjniackie Prawo i Sprawiedliwość do sekty krasnoludków. Jeszcze nie tak dawno PiS majstrowało nad ustawą, która miała karać więzieniem tych, co w mediach nieładnie mówili o Kaczyńskich i Ziobrze. To oni wytaczają mi procesy karne, bo publicznie powiedziałem, że są "mordercami" Barbary Blidy. To oni - premier rządu i prokurator generalny - bez podstaw prawnych zezwolili na wejście policji o świcie do jej domu, by w obecności kamer pokazać jej aresztowanie na cały kraj. A dziś usiłują podpiąć się pod wolnościowy ruch internautów, a mnie wsadzić na dwa lata w kazamaty za Barbarę Blidę. W tym kontraście (przypadkowo osobistym) widać całą parszywość pisowskiej opozycji, która powinna wylądować na śmietniku. Wyznawcy Kaczyńskiego, te jego babo-chłopy, urządzają w Sejmie burdy o to, by do Rydzyka nie odnosić się per "pan", a w tym samym czasie jego odszczepieńcy stają przed dziennikarzami z zaklejonymi ustami i udają poszkodowanych przez premiera Tuska.
W buncie internautów odnajduję szlachetne światło dawnej "Solidarności" - bezkrwawej rewolucji bez policjanta - wołanie o elementarne wartości, wolność i prawdę. Tym atrybutom sprostać musi PO, bo inaczej zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. Narodziła się opozycja obywatelska.
* * *
Sprawa druga. "Elka" - taki tytuł nosi wspomnieniowa książka o Elżbiecie Czyżewskiej, którą stworzyła pani Iza Komendołowicz. Z Elżbietą łączyło mnie dużo więcej niż przyjaźń, ale z opowieści przyjaciół wyłania się Ela jeszcze niezwyklejsza od tej, którą pamiętam - osoba oryginalna, piękna i tragiczna, utalentowana, o niepowtarzalnej inteligencji i intelektualizmie, także o niespotykanej wibracji wewnętrznej. I cudownie złośliwej. Tkwiła równie głęboko w elitach intelektualnych Warszawy co Nowego Jorku. Nikt takiego statusu poza nią nie osiągnął, dlatego czyta się książkę z zapartym tchem. W Eli siedziała nieokrzesana tygrysica z sierocińca. Jest to opowieść o wielkiej nieszczęśnicy i męczennicy egzystencjalnej, która nie umiała założyć rodziny i zrobić kariery na miarę swoich talentów. Wszyscy ją kiwali. W dodatku miała wadę (też ją mam) - lubiła mówić prawdę swoim językiem, zwłaszcza po spożyciu alkoholu, a więc prawie nieustannie. Za to ją kochano i nienawidzono. Dlatego książka o Eli odbiega daleko od standardów wspomnieniowych. Mówi o jej niebanalnym życiu, a przy okazji o całym środowisku artystów po obu stronach oceanu, z bezwstydem godnym podziwu. W wielu miejscach jest cudnie niecenzuralna. Np. to, co poniektóre kobiety wygadują o Czyżewskiej, zmienia ciśnienie czytającego, bo książka zrywa z utartym z głupoty mniemaniem, że "o nieżyjącym nie mówi się źle, albo wcale". Tu jest sporo fajerwerku!
Książka jest Eli wielkim pośmiertnym zwycięstwem. Czy nieudane życie Elżbiety Czyżewskiej może być tak nazwane? Może, bo dowodzi, jak głęboko odcisnęła się w pamięć wszystkich, którzy ją wspominają. Nie! Oni mówią z podziwem o niepospolitym bogactwie jej osobowości. Była jedyna, miała boski dar ogrywania samej siebie, bo chciała być zawsze podziwiana. Chciała istnieć - była jakimś słowiańskim safari, do którego nas hojnie dopuszczała.
Kiedy dobrnąłem do ostatniej kropki książki - a nie sposób było się od niej na chwilę oderwać - zacząłem za Elą tęsknić, jak wtedy, kiedy była moim marzeniem.
Była jak koń, którego nie sposób było osiodłać.
Ich akcja protestacyjna (spontaniczna i największa w ostatnim dwudziestoleciu!) ujawniła, że w Polsce żyją obok siebie dwa światy i dwie cywilizacje; młodych i starych, brudnych i czystych, cynicznych i prawych, internetowych i długopisowych. Laptop stał się swoistym Mount Everestem, który rozdziela dwa zbiory ludzkie: jeden skażony historią, władzą i ideologią, a drugi jeszcze naturalny. ACTA stała się dla nich zamachem na ich wolność, a ta jest dla nich sprawą świętą, bo to najważniejsza wartość, jaką przyniosło im ich dorastanie w demokracji i erupcji technicznej świata wirtualnego.
To pierwszy przejaw buntu tych 50 procent najmłodszych obywateli, którzy nie chodzą ani do urn wyborczych, ani do konfesjonału. Jednego dnia wyszli na ulice i doszczętnie obnażyli świat rządzących w Polsce, a zwłaszcza wyhodowaną przez Jarosława Kaczyńskiego "drugą Polskę". Ten katolicko-narodowy butafor, który podzielił obywateli na dwie zwalczające się nacje w imię wyimaginowanej ojczyzny osadzonej na cmentarnych prochach. A także empiryczną samolubność, safandulstwo i intelektualną jałowość Platformy Obywatelskiej. Ta nowa opozycja pozbawiona motywów religijnych czy narodowych jest laicka i obywatelska.
Nagle ta tajemnicza przestrzeń społeczna, zawsze poza penetracją politycznych partii (poza Ruchem Palikota, który jej dotknął), ujawniła się na skalę przez nikogo nieprzewidzianą. Oto objawiła się autentyczna opozycja i pomniejszyła partyjniackie Prawo i Sprawiedliwość do sekty krasnoludków. Jeszcze nie tak dawno PiS majstrowało nad ustawą, która miała karać więzieniem tych, co w mediach nieładnie mówili o Kaczyńskich i Ziobrze. To oni wytaczają mi procesy karne, bo publicznie powiedziałem, że są "mordercami" Barbary Blidy. To oni - premier rządu i prokurator generalny - bez podstaw prawnych zezwolili na wejście policji o świcie do jej domu, by w obecności kamer pokazać jej aresztowanie na cały kraj. A dziś usiłują podpiąć się pod wolnościowy ruch internautów, a mnie wsadzić na dwa lata w kazamaty za Barbarę Blidę. W tym kontraście (przypadkowo osobistym) widać całą parszywość pisowskiej opozycji, która powinna wylądować na śmietniku. Wyznawcy Kaczyńskiego, te jego babo-chłopy, urządzają w Sejmie burdy o to, by do Rydzyka nie odnosić się per "pan", a w tym samym czasie jego odszczepieńcy stają przed dziennikarzami z zaklejonymi ustami i udają poszkodowanych przez premiera Tuska.
W buncie internautów odnajduję szlachetne światło dawnej "Solidarności" - bezkrwawej rewolucji bez policjanta - wołanie o elementarne wartości, wolność i prawdę. Tym atrybutom sprostać musi PO, bo inaczej zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. Narodziła się opozycja obywatelska.
* * *
Sprawa druga. "Elka" - taki tytuł nosi wspomnieniowa książka o Elżbiecie Czyżewskiej, którą stworzyła pani Iza Komendołowicz. Z Elżbietą łączyło mnie dużo więcej niż przyjaźń, ale z opowieści przyjaciół wyłania się Ela jeszcze niezwyklejsza od tej, którą pamiętam - osoba oryginalna, piękna i tragiczna, utalentowana, o niepowtarzalnej inteligencji i intelektualizmie, także o niespotykanej wibracji wewnętrznej. I cudownie złośliwej. Tkwiła równie głęboko w elitach intelektualnych Warszawy co Nowego Jorku. Nikt takiego statusu poza nią nie osiągnął, dlatego czyta się książkę z zapartym tchem. W Eli siedziała nieokrzesana tygrysica z sierocińca. Jest to opowieść o wielkiej nieszczęśnicy i męczennicy egzystencjalnej, która nie umiała założyć rodziny i zrobić kariery na miarę swoich talentów. Wszyscy ją kiwali. W dodatku miała wadę (też ją mam) - lubiła mówić prawdę swoim językiem, zwłaszcza po spożyciu alkoholu, a więc prawie nieustannie. Za to ją kochano i nienawidzono. Dlatego książka o Eli odbiega daleko od standardów wspomnieniowych. Mówi o jej niebanalnym życiu, a przy okazji o całym środowisku artystów po obu stronach oceanu, z bezwstydem godnym podziwu. W wielu miejscach jest cudnie niecenzuralna. Np. to, co poniektóre kobiety wygadują o Czyżewskiej, zmienia ciśnienie czytającego, bo książka zrywa z utartym z głupoty mniemaniem, że "o nieżyjącym nie mówi się źle, albo wcale". Tu jest sporo fajerwerku!
Książka jest Eli wielkim pośmiertnym zwycięstwem. Czy nieudane życie Elżbiety Czyżewskiej może być tak nazwane? Może, bo dowodzi, jak głęboko odcisnęła się w pamięć wszystkich, którzy ją wspominają. Nie! Oni mówią z podziwem o niepospolitym bogactwie jej osobowości. Była jedyna, miała boski dar ogrywania samej siebie, bo chciała być zawsze podziwiana. Chciała istnieć - była jakimś słowiańskim safari, do którego nas hojnie dopuszczała.
Kiedy dobrnąłem do ostatniej kropki książki - a nie sposób było się od niej na chwilę oderwać - zacząłem za Elą tęsknić, jak wtedy, kiedy była moim marzeniem.
Była jak koń, którego nie sposób było osiodłać.
- 6 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


