Pierwsi sprzedawcy karpi pojawili się już na bielskich ulicach parę dni temu. Sprzedawcy - inaczej niż jeszcze kilka lat temu - nie zabijają karpi na oczach przechodniów, ale robią to za parawanami.
- Do głowy by mi nie przyszło kupować żywego karpia. Pamiętam z dzieciństwa karpie pływające w wodzie. Otwierały szeroko pyski, myśleliśmy z bratem, że są głodne, a one męczyły się w chlorowanej wodzie - mówi Jan Wolny, który kupił na jednym ze stoisk trzy karpie. - Mam je w reklamówce, nieżywe. Na kolację wigilijną poczekają w zamrażalniku - dodaje.
W bielskim hipermarkecie Tesco kupić można specjalne wiaderka do przenoszenia zakupionych na stoisku rybnym żywych karpi. Można też poprosić o zabicie ryb na miejscu. - Nasi pracownicy zostali przeszkoleni w Instytucie Rybactwa Śródlądowego - wiedzą, jak zabić rybę, nie zadając jej przy tym dodatkowych cierpień - zapewnia Przemysław Skory, rzecznik Tesco.
Zmiany obyczajów zauważa także Mirosław Duda, prezes stadniny koni w podskoczowskich Ochabach, która zajmuje się także hodowlą ryb. - Od sprzedawców wiem, że klienci najczęściej proszą o uśmiercenie ryby na miejscu. Mało komu już przychodzi do głowy, żeby trzymać ją w wannie, a potem, nie zawsze fachowo, zabijać ją w domu - mówi Duda.
Co roku na wigilijne stoły trafia w Polsce 17 milionów karpi. Jacek Bożek, prezes Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego "Klub Gaja" mówi, że bardzo trudno kontrolować handel tymi rybami. Powód: choć karp to zwierzę, ryby hodowlane nie podlegają ustawie o ochronie zwierząt.
- Przepisy są niejasne, więc nie można karać za okrutne obchodzenie się z karpiami - tłumaczy Bożek. - Tak naprawdę wszystko zależy od dobrej woli hodowców, sprzedawców, kupujących - dodaje.
Jednak dobra wola nie zawsze wystarczy. Sprzedawcy ryb tłumaczą: jeśli klient się uprze, że będzie niósł duszącą się z powodu braku tlenu żywą rybę w reklamówce, nic nie można zrobić. Od momentu zakupu to on odpowiada za rybę.
- Możemy tylko namawiać do zakupu wiaderka czy fachowego uśmiercenia ryby na miejscu. Na to, co dzieje się dalej, nie mamy wpływu - przyznaje Skory.
Ekolodzy przygotowali list do ministra rolnictwa, prosząc, by rozpoczął prace nad zmianą przepisów. Przypominają, że ryby hodowlane, choć nie ma o nich mowy w polskiej ustawie, mają zapewnione - choć minimalne - standardy ochrony w prawie unijnym.
- Prawo krajowe musi zostać dostosowane do prawa wspólnotowego - uważa Bożek. - Póki co bardzo cieszy nas, że zmienia się mentalność ludzi. To oznacza, że nasza wieloletnia praca nie poszła na marne - dodaje.
Ekolodzy nie mają nic przeciwko hodowli karpia - przypominają, że to w Polsce wielowiekowa tradycja. - Tym bardziej powinniśmy wspólnie doprowadzić do tego, aby zaoszczędzić rybom wielu cierpień w okresie przedświątecznym. Najlepiej w ogóle byłoby zrezygnować ze sprzedaży żywych ryb - uważają ekolodzy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice