Wiślanie z Serbii przyjechali do Wisły
2007-10-07
, aktualizacja: 07.10.2007 00:00
Mimo upływu dwóch wieków w małej wiosce w Serbii do dzisiaj rozbrzmiewa wiślańska gwara. Teraz potomkowie góralskich emigrantów przyjechali zobaczyć ziemię przodków.
Od pięciu pokoleń mieszkają w Ostojicevie niedaleko granicy z Węgrami i Rumunią. Choć od Beskidów dzieli tę miejscowość prawie pół kontynentu, to co rusz można tam spotkać Pilchów, Cieślarów, Szturców czy Bujoków - nazwiska, od których aż roi się w Wiśle. To potomkowie górali, którzy zaczęli emigrować do Serbii na początku XIX wieku.
- Ciężkie warunki życia w górach sprawiały, że szli za chlebem. Pracowali tam najczęściej przy warzeniu saletry. Wędrówka w jedną stronę zajmowała im nawet pięć tygodni - mówi Danuta Szczypka, wiślańska radna, która zaangażowała się w nawiązanie kontaktów z krajanami w Ostojicevie.
Początkowo Wiślanie wyruszali do pracy na wiosnę, a wracali jesienią. Z czasem zaczęli się w Serbii osiedlać, uprawiać żyzną ziemię. Jak ustalił prof. Dusan Drljaca, badający tamtejszą polską społeczność, w 1864 roku w Ostojicevie żyło już 86 Wiślan. Potem ta liczba zaczęła się zwiększać. Dzisiaj 302 osoby spośród 2470 mieszkańców wsi to potomkowie góralskich emigrantów.
Pierwsze kontakty z Wiślanami w Serbii nawiązano w 1966 roku, gdy nieżyjący już ewangelicki biskup Andrzej Wantuła ze Śląska Cieszyńskiego opublikował w "Zwiastunie" relację ze swojego pobytu w serbskiej wiosce. Więzi zostały przerwane, gdy w byłej Jugosławii wybuchła wojna. Przed kilkoma miesiącami Wisła postanowiła je odnowić i po wstępnych, oficjalnych wizytach zaprosiła do siebie grupkę Wiślan z Serbii.
Autobus z 45 osobami przyjechał w piątek wieczorem. Potomkowie emigrantów nie kryli wzruszenia. - W domu opowiadało się o Wiśle, oglądaliśmy stare zdjęcia. Ale zawsze marzyłem, żeby ją zobaczyć i udało się. Mogłem stanąć na Stożku, skąd wyruszył w świat mój pradziadek. Tam najbardziej brakuje mi gór za oknem - opowiadał Gustaw Cieślar, piąte pokolenie po emigrantach. Na wycieczkę zabrał dorosłe już dzieci. W sobotę, spacerując po centrum miasta, nie kryli zachwytu. - Pięknie tu jest. I dziewczyny takie ładne. Chętnie znalazłbym sobie tutaj żonę - śmiał się Josip (Józef) Cieślar.
Mimo upływu wielu lat potomkowie emigrantów mówią językiem przodków, kultywują wiślańskie obyczaje i choć nie mają we wsi księdza, co tydzień chodzą do wybudowanego przez siebie w 1930 roku ewangelickiego kościoła. - Żyjemy tam we wspólnocie, odwiedzamy się, pomagamy sobie - mówi Renata Pilch, z pochodzenia wrocławianka, którą mąż, Wiślanin, zabrał przed laty do Serbii.
W Ostojicevie pamięć o wiślańskich przodkach jest święta. - Gdy tam byłem, zaprosili mnie do jednego domu i pokazali najcenniejszą rzecz, którą posiadają: drewniane krzesełko, z którym ich babcia przeszła całą drogę z Wisły - opowiadał ze wzruszeniem ksiądz Waldemar Szajthauer, proboszcz parafii ewangelickiej z Wisły.
Przez weekend goście z Serbii zwiedzili miasto, uczestniczyli w spotkaniu i integracyjnym ognisku. Poznawali się też z mieszkańcami Wisły. Kontakty będą rozwijane. W planach jest już zaproszenie kolejnej grupy. Z kolei wiślańscy księża ewangeliccy postanowili, że co jakiś czas będą na zmianę jeździć do Ostojiceva, aby przewodzić nabożeństwom w tamtejszym kościele.
- Ciężkie warunki życia w górach sprawiały, że szli za chlebem. Pracowali tam najczęściej przy warzeniu saletry. Wędrówka w jedną stronę zajmowała im nawet pięć tygodni - mówi Danuta Szczypka, wiślańska radna, która zaangażowała się w nawiązanie kontaktów z krajanami w Ostojicevie.
Początkowo Wiślanie wyruszali do pracy na wiosnę, a wracali jesienią. Z czasem zaczęli się w Serbii osiedlać, uprawiać żyzną ziemię. Jak ustalił prof. Dusan Drljaca, badający tamtejszą polską społeczność, w 1864 roku w Ostojicevie żyło już 86 Wiślan. Potem ta liczba zaczęła się zwiększać. Dzisiaj 302 osoby spośród 2470 mieszkańców wsi to potomkowie góralskich emigrantów.
Pierwsze kontakty z Wiślanami w Serbii nawiązano w 1966 roku, gdy nieżyjący już ewangelicki biskup Andrzej Wantuła ze Śląska Cieszyńskiego opublikował w "Zwiastunie" relację ze swojego pobytu w serbskiej wiosce. Więzi zostały przerwane, gdy w byłej Jugosławii wybuchła wojna. Przed kilkoma miesiącami Wisła postanowiła je odnowić i po wstępnych, oficjalnych wizytach zaprosiła do siebie grupkę Wiślan z Serbii.
Autobus z 45 osobami przyjechał w piątek wieczorem. Potomkowie emigrantów nie kryli wzruszenia. - W domu opowiadało się o Wiśle, oglądaliśmy stare zdjęcia. Ale zawsze marzyłem, żeby ją zobaczyć i udało się. Mogłem stanąć na Stożku, skąd wyruszył w świat mój pradziadek. Tam najbardziej brakuje mi gór za oknem - opowiadał Gustaw Cieślar, piąte pokolenie po emigrantach. Na wycieczkę zabrał dorosłe już dzieci. W sobotę, spacerując po centrum miasta, nie kryli zachwytu. - Pięknie tu jest. I dziewczyny takie ładne. Chętnie znalazłbym sobie tutaj żonę - śmiał się Josip (Józef) Cieślar.
Mimo upływu wielu lat potomkowie emigrantów mówią językiem przodków, kultywują wiślańskie obyczaje i choć nie mają we wsi księdza, co tydzień chodzą do wybudowanego przez siebie w 1930 roku ewangelickiego kościoła. - Żyjemy tam we wspólnocie, odwiedzamy się, pomagamy sobie - mówi Renata Pilch, z pochodzenia wrocławianka, którą mąż, Wiślanin, zabrał przed laty do Serbii.
W Ostojicevie pamięć o wiślańskich przodkach jest święta. - Gdy tam byłem, zaprosili mnie do jednego domu i pokazali najcenniejszą rzecz, którą posiadają: drewniane krzesełko, z którym ich babcia przeszła całą drogę z Wisły - opowiadał ze wzruszeniem ksiądz Waldemar Szajthauer, proboszcz parafii ewangelickiej z Wisły.
Przez weekend goście z Serbii zwiedzili miasto, uczestniczyli w spotkaniu i integracyjnym ognisku. Poznawali się też z mieszkańcami Wisły. Kontakty będą rozwijane. W planach jest już zaproszenie kolejnej grupy. Z kolei wiślańscy księża ewangeliccy postanowili, że co jakiś czas będą na zmianę jeździć do Ostojiceva, aby przewodzić nabożeństwom w tamtejszym kościele.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów





