Basia Trzetrzelewska: Jaworzno to mój drugi dom
30.09.2009
, aktualizacja: 30.09.2009 14:00
Miała być rozmowa o muzyce, a wyszła o Jaworznie. Z Basią Trzetrzelewską, która już 5 października da u nas pierwszy po 14 latach koncert, o jej rodzinnym mieście (ale nie tylko) rozmawia Marcin Babko
ZOBACZ TAKŻE
- Basia Trzetrzelewska wystąpi w rodzinnym Jaworznie (09-02-11, 12:33)
- Scorpions wystąpi w Zabrzu dwa razy. Dzień po dniu (12-11-09, 10:30)
- Szykuje się palenie gitary w Spodku (02-10-09, 16:27)
SERWISY
Marcin Babko: - Jak często przyjeżdża Pani do Jaworzna?
Basia Trzetrzelewska: - Czasem nawet co kilka tygodni. Dom w Jaworznie to właściwie mój dom numer jeden. W Jaworznie się urodziłam i wychowałam, tu mieszka cała moja rodzina. W Anglii nie mam nikogo. Dom w Jaworznie to centrum moich myśli i najważniejsze miejsce na świecie, wkładam w niego całą moją energię. Mamy tu swoje miejsce. Nikt nam nie musi oddawać swojego pokoju, bo mamy swoją część domu.
Mieszka Pani razem z siostrą?
- Mój dom rodzinny zburzono, gdy byłam nastolatką. Na jego miejscu postawiono osiedle. Dostaliśmy plac, na którym mogliśmy się wybudować. I odszkodowanie. Ojciec wybudował dom, w którym teraz mieszkamy, dokładnie 35 lat temu. Zmarł, zanim zdążył go dokończyć. Dopiero gdy moja sytuacja pozwoliła na dokończenie budowy, zrobiliśmy to. Może przez to moje serce i wszystkie myśli są skoncentrowane na tym domu, bo tam zawsze jest coś do zrobienia. Mam jeszcze dwóch braci, ale domem dzielimy się z siostrą. Tyle że ona mieszka tam cały czas, a ja dojeżdżam.
Czy Pani życie tutaj jest inne niż tam, w Anglii?
- Jaworzno kojarzy mi się z odpoczynkiem. Rzadko wyjeżdżam na wczasy. Każdą wolną chwilę wolę spędzać właśnie w moim jaworznickim domu. Ale to tylko odpoczynek od pracy zawodowej, nie kompletny. Zawsze ustalamy z bratem, co tu jeszcze trzeba zrobić, co pomalować, naprawić. Właściwie, gdy przyjeżdżam do Polski, to spędzam czas pomiędzy Castoramą a Praktikerem i innymi takimi sklepami. Już mnie tam znają, nikt się nie dziwi, gdy przyjeżdżam z bratem.
Dużo czasu spędzam z przyjaciółmi. U nich, albo u nas. W Jaworznie wciąż nie ma jeszcze miejsca, w którym można jakoś miło spędzić czas. Jest teatr, ale nie działa cały czas. Zdarzają się koncerty, ale nigdy nie mam szczęścia przyjechać, gdy akurat ktoś występuje. Raz zdarzyło mi się być na lokalnym przedstawieniu, ale generalnie kulturalne wydarzenia w Jaworznie, niestety, mnie omijają.
Zauważyłam, że Jaworzno przechodzi teraz ogromną przebudowę. Ostatnio, gdy przyjechałam, nie mogłam się połapać, gdzie jestem. Drogi pozmieniały kierunek jazdy i trudno było mi się poruszać. Ale jest coraz ładniej. Wkrótce transport i komunikacja w mieście będą sprawniejsze. Cieszę się też, że to wszystko jest ładnie zaprojektowane, np. lampy uliczne. Dobrze zorganizowano objazdy, nie trzeba już wjeżdżać do centrum, żeby gdzieś dojechać. Ale brakuje nam w Jaworznie centrum kulturalnego. Zburzono kopalnię, która była centralnym punktem w mieście. Był szyb Kościuszki, a teraz jest wielkie pole. I na tym terenie ma być coś zbudowane. Wszyscy czekamy niecierpliwie na jakiś dobry pomysł. Mieliśmy nadzieję, że będą jakieś kawiarenki, restauracje, galerie, kino, żeby ludzie mogli się tu spotykać, a nie jeździć do Katowic czy Sosnowca. To jest konieczne. Przynajmniej mamy bardzo fajną bibliotekę. Organizuje się tam spotkania z pisarzami, wystawy malarstwa lokalnych artystów. Udało mi się być na jednej z nich! Są bardzo dobre widoki na rozwój kulturalny miasta, ale jeszcze brakuje mu centrum.
Strasznie się rozgadałam, ale Jaworzno dla nas wszystkich, którzy tu mieszkamy, jest ważne. Każdy z nas mocno to przeżywa. Każdy by chciał, żeby miasto wyszło ze swojej prowincjonalności. Znalazłam w internecie fajny pomysł przebudowy tego terenu pokopalnianego. Powysyłałam wszystkim znajomych, ale okazało się, że ten projekt był za drogi. I upadł.
Nie wiedziałem, że aż tak bardzo utożsamia się Pani z Jaworznem.
- O, tak! Wprawdzie mieszkam pod Londynem, ale głównie z powodów zawodowych. Mój partner, Kevin Robinson [trębacz, który współpracował m.in. Rayem Charlesem, Paulem McCartneyem, Annie Lennox, Simply Red, Lauryn Hill czy Pet Shop Boys, i stały członek zespołu Basi - przyp. aut.], jest Anglikiem. Od ponad 20 lat pracujemy razem. W Polsce chyba w ogóle nie mogłabym się skoncentrować na muzyce. W Anglii mam kompletną ciszę i skupiam się na pracy. Cztery lata temu wyprowadziliśmy się z miasta. Mieliśmy małe mieszkanie w centrum Londynu, blisko studia nagraniowego. Ale teraz mam studio w moim domu pod Londynem. Jest spokojnie, zielono, w nocy przychodzą do ogrodu lisy i borsuki. Jest prawie jak na wsi. Czasem tylko przeleci samolot.
Czy Kevinowi podoba się w Polsce?
- Tak. Bardzo często przyjeżdżamy razem, on się tu znakomicie czuje. Wszyscy go bardzo lubią i dobrze znają. Młodzież teraz bardzo dobrze mówi po angielsku, więc nie ma kłopotu z porozumieniem. Starsi zaś jakoś tam zawsze się na migi dogadają. Jemu pasuje tu wszystko: atmosfera, kuchnia. On nawet bardzo emocjonalnie przeżywa te wszystkie pozytywne zmiany w naszym mieście. Ostatnio byliśmy tu miesiąc temu i bardzo mu się podobały nowe drogi. On też czuje się tu jak u siebie, bo wychował się trochę jak Cygan. Jego ojciec służył w RAF-ie i często go gdzieś przerzucano. Mieszkali więc na Cyprze, w Hong Kongu, Singapurze, Anglii, itd. Przez to właściwie nie ma miejsca, które jest jego domem rodzinnym. Może dlatego zaadoptował sobie Jaworzno. Jesteśmy już razem 19 lat, więc to nasz wspólny dom.
Myślała Pani o całkowitym powrocie?
- To już chyba moment, kiedy trzeba zacząć o tym myśleć. Sytuacja jest skomplikowana, bo w Anglii mieszka mój syn. On się tam wychował. Kevin zaś jest Anglikiem, w Anglii mieszkają jego mama i siostra. A ja jestem rozdarta. Moglibyśmy się przenieść na stałe i dolatywać do Anglii, ale to nie jest proste. Myślę o tym, żeby spędzać więcej czasu w Polsce, dzielić rok na pół. Tym bardziej że mój długoletni muzyczny partner Danny White nie ma nic przeciwko. Nad muzyką zawsze pracujemy oddzielnie, spotykamy się raz na dwa tygodnie. A jemu podróż do mnie z północnego Londynu zabiera dwie godziny - tyle, ile trwa lot do Polski. Oczywiście lot to bardziej skomplikowana sprawa, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Do Jaworzna przyjeżdżam też samochodem i bardzo mi się podoba, że nie ma już granic, że nie muszę pokazywać paszportu, że Europa jest w zasadzie jednym wielkim krajem. A wjeżdżając do Polski z Niemiec, prawie nie zauważa się różnicy - jest jedna autostrada.
Jaworzno to dla Pani przede wszystkim dzień dzisiejszy, czy wspomnienia?
- Dopadają mnie wspomnienia, gdy przejeżdżam koło szkoły podstawowej, gdy wspominam pierwszy występ w klubie na osiedlu Stałym czy próby w domu kultury na Matejki. Ale nie koncentruję się na przeszłości. Może dlatego nie lubię słuchać radiostacji, które grają stare przeboje. Wolę nową muzykę. W Jaworznie też wolę zwracać uwagę na zmiany.
W domu w Jaworznie mam fortepian i być może właśnie tu przygotuję piosenki na nową płytę. Ostatnio coraz bardziej myślę o tym, żeby być w Polsce jak najczęściej. Moje rodzeństwo ma swoje dzieci, te dzieci mają już swoje dzieci. Już mamy dwa malutkie dodatki do naszej rodziny w wieku roku i 2,5 lat. I one są już wielkim magnesem, który nas ciągle przyciąga. Teraz życie całej rodziny kręci się wokół tych dzieci, a one traktują nas bardzo naturalnie, bez żadnych uprzedzeń. A ja właśnie tego potrzebuję.
Czy Amelka, o której śpiewa Pani na ostatniej płycie, jest jednym z tych dzieci?
- Tak, to wnuczka mojej siostry. Gdy pisałam „Amelki śmiech”, to była jeszcze małym dzidziusiem, który sobie leżał w łóżku. A teraz chodzi, biega, zadaje pytania - i to mądre! Bardzo wcześnie nauczyła się mówić. Robi się coraz bardziej dorosła. Dzieci są jakieś inne teraz (śmiech).
Basia Trzetrzelewska: - Czasem nawet co kilka tygodni. Dom w Jaworznie to właściwie mój dom numer jeden. W Jaworznie się urodziłam i wychowałam, tu mieszka cała moja rodzina. W Anglii nie mam nikogo. Dom w Jaworznie to centrum moich myśli i najważniejsze miejsce na świecie, wkładam w niego całą moją energię. Mamy tu swoje miejsce. Nikt nam nie musi oddawać swojego pokoju, bo mamy swoją część domu.
Mieszka Pani razem z siostrą?
- Mój dom rodzinny zburzono, gdy byłam nastolatką. Na jego miejscu postawiono osiedle. Dostaliśmy plac, na którym mogliśmy się wybudować. I odszkodowanie. Ojciec wybudował dom, w którym teraz mieszkamy, dokładnie 35 lat temu. Zmarł, zanim zdążył go dokończyć. Dopiero gdy moja sytuacja pozwoliła na dokończenie budowy, zrobiliśmy to. Może przez to moje serce i wszystkie myśli są skoncentrowane na tym domu, bo tam zawsze jest coś do zrobienia. Mam jeszcze dwóch braci, ale domem dzielimy się z siostrą. Tyle że ona mieszka tam cały czas, a ja dojeżdżam.
Czy Pani życie tutaj jest inne niż tam, w Anglii?
- Jaworzno kojarzy mi się z odpoczynkiem. Rzadko wyjeżdżam na wczasy. Każdą wolną chwilę wolę spędzać właśnie w moim jaworznickim domu. Ale to tylko odpoczynek od pracy zawodowej, nie kompletny. Zawsze ustalamy z bratem, co tu jeszcze trzeba zrobić, co pomalować, naprawić. Właściwie, gdy przyjeżdżam do Polski, to spędzam czas pomiędzy Castoramą a Praktikerem i innymi takimi sklepami. Już mnie tam znają, nikt się nie dziwi, gdy przyjeżdżam z bratem.
Dużo czasu spędzam z przyjaciółmi. U nich, albo u nas. W Jaworznie wciąż nie ma jeszcze miejsca, w którym można jakoś miło spędzić czas. Jest teatr, ale nie działa cały czas. Zdarzają się koncerty, ale nigdy nie mam szczęścia przyjechać, gdy akurat ktoś występuje. Raz zdarzyło mi się być na lokalnym przedstawieniu, ale generalnie kulturalne wydarzenia w Jaworznie, niestety, mnie omijają.
Zauważyłam, że Jaworzno przechodzi teraz ogromną przebudowę. Ostatnio, gdy przyjechałam, nie mogłam się połapać, gdzie jestem. Drogi pozmieniały kierunek jazdy i trudno było mi się poruszać. Ale jest coraz ładniej. Wkrótce transport i komunikacja w mieście będą sprawniejsze. Cieszę się też, że to wszystko jest ładnie zaprojektowane, np. lampy uliczne. Dobrze zorganizowano objazdy, nie trzeba już wjeżdżać do centrum, żeby gdzieś dojechać. Ale brakuje nam w Jaworznie centrum kulturalnego. Zburzono kopalnię, która była centralnym punktem w mieście. Był szyb Kościuszki, a teraz jest wielkie pole. I na tym terenie ma być coś zbudowane. Wszyscy czekamy niecierpliwie na jakiś dobry pomysł. Mieliśmy nadzieję, że będą jakieś kawiarenki, restauracje, galerie, kino, żeby ludzie mogli się tu spotykać, a nie jeździć do Katowic czy Sosnowca. To jest konieczne. Przynajmniej mamy bardzo fajną bibliotekę. Organizuje się tam spotkania z pisarzami, wystawy malarstwa lokalnych artystów. Udało mi się być na jednej z nich! Są bardzo dobre widoki na rozwój kulturalny miasta, ale jeszcze brakuje mu centrum.
Strasznie się rozgadałam, ale Jaworzno dla nas wszystkich, którzy tu mieszkamy, jest ważne. Każdy z nas mocno to przeżywa. Każdy by chciał, żeby miasto wyszło ze swojej prowincjonalności. Znalazłam w internecie fajny pomysł przebudowy tego terenu pokopalnianego. Powysyłałam wszystkim znajomych, ale okazało się, że ten projekt był za drogi. I upadł.
Nie wiedziałem, że aż tak bardzo utożsamia się Pani z Jaworznem.
- O, tak! Wprawdzie mieszkam pod Londynem, ale głównie z powodów zawodowych. Mój partner, Kevin Robinson [trębacz, który współpracował m.in. Rayem Charlesem, Paulem McCartneyem, Annie Lennox, Simply Red, Lauryn Hill czy Pet Shop Boys, i stały członek zespołu Basi - przyp. aut.], jest Anglikiem. Od ponad 20 lat pracujemy razem. W Polsce chyba w ogóle nie mogłabym się skoncentrować na muzyce. W Anglii mam kompletną ciszę i skupiam się na pracy. Cztery lata temu wyprowadziliśmy się z miasta. Mieliśmy małe mieszkanie w centrum Londynu, blisko studia nagraniowego. Ale teraz mam studio w moim domu pod Londynem. Jest spokojnie, zielono, w nocy przychodzą do ogrodu lisy i borsuki. Jest prawie jak na wsi. Czasem tylko przeleci samolot.
Czy Kevinowi podoba się w Polsce?
- Tak. Bardzo często przyjeżdżamy razem, on się tu znakomicie czuje. Wszyscy go bardzo lubią i dobrze znają. Młodzież teraz bardzo dobrze mówi po angielsku, więc nie ma kłopotu z porozumieniem. Starsi zaś jakoś tam zawsze się na migi dogadają. Jemu pasuje tu wszystko: atmosfera, kuchnia. On nawet bardzo emocjonalnie przeżywa te wszystkie pozytywne zmiany w naszym mieście. Ostatnio byliśmy tu miesiąc temu i bardzo mu się podobały nowe drogi. On też czuje się tu jak u siebie, bo wychował się trochę jak Cygan. Jego ojciec służył w RAF-ie i często go gdzieś przerzucano. Mieszkali więc na Cyprze, w Hong Kongu, Singapurze, Anglii, itd. Przez to właściwie nie ma miejsca, które jest jego domem rodzinnym. Może dlatego zaadoptował sobie Jaworzno. Jesteśmy już razem 19 lat, więc to nasz wspólny dom.
Myślała Pani o całkowitym powrocie?
- To już chyba moment, kiedy trzeba zacząć o tym myśleć. Sytuacja jest skomplikowana, bo w Anglii mieszka mój syn. On się tam wychował. Kevin zaś jest Anglikiem, w Anglii mieszkają jego mama i siostra. A ja jestem rozdarta. Moglibyśmy się przenieść na stałe i dolatywać do Anglii, ale to nie jest proste. Myślę o tym, żeby spędzać więcej czasu w Polsce, dzielić rok na pół. Tym bardziej że mój długoletni muzyczny partner Danny White nie ma nic przeciwko. Nad muzyką zawsze pracujemy oddzielnie, spotykamy się raz na dwa tygodnie. A jemu podróż do mnie z północnego Londynu zabiera dwie godziny - tyle, ile trwa lot do Polski. Oczywiście lot to bardziej skomplikowana sprawa, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Do Jaworzna przyjeżdżam też samochodem i bardzo mi się podoba, że nie ma już granic, że nie muszę pokazywać paszportu, że Europa jest w zasadzie jednym wielkim krajem. A wjeżdżając do Polski z Niemiec, prawie nie zauważa się różnicy - jest jedna autostrada.
Jaworzno to dla Pani przede wszystkim dzień dzisiejszy, czy wspomnienia?
- Dopadają mnie wspomnienia, gdy przejeżdżam koło szkoły podstawowej, gdy wspominam pierwszy występ w klubie na osiedlu Stałym czy próby w domu kultury na Matejki. Ale nie koncentruję się na przeszłości. Może dlatego nie lubię słuchać radiostacji, które grają stare przeboje. Wolę nową muzykę. W Jaworznie też wolę zwracać uwagę na zmiany.
W domu w Jaworznie mam fortepian i być może właśnie tu przygotuję piosenki na nową płytę. Ostatnio coraz bardziej myślę o tym, żeby być w Polsce jak najczęściej. Moje rodzeństwo ma swoje dzieci, te dzieci mają już swoje dzieci. Już mamy dwa malutkie dodatki do naszej rodziny w wieku roku i 2,5 lat. I one są już wielkim magnesem, który nas ciągle przyciąga. Teraz życie całej rodziny kręci się wokół tych dzieci, a one traktują nas bardzo naturalnie, bez żadnych uprzedzeń. A ja właśnie tego potrzebuję.
Czy Amelka, o której śpiewa Pani na ostatniej płycie, jest jednym z tych dzieci?
- Tak, to wnuczka mojej siostry. Gdy pisałam „Amelki śmiech”, to była jeszcze małym dzidziusiem, który sobie leżał w łóżku. A teraz chodzi, biega, zadaje pytania - i to mądre! Bardzo wcześnie nauczyła się mówić. Robi się coraz bardziej dorosła. Dzieci są jakieś inne teraz (śmiech).
1
2
następne »
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Basia Trzetrzelewska: Jaworzno to mój drugi dom
norton2
30.09.09, 15:12
Basiu a kiedy będą znowu lody na ul.Moniszki w Jaworznierznie u Ciebie???, były takie dobre i blisko bo mieszkam na Zegadłowicza!!!!»

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter




