Walczący z korkami
05.09.2008
, aktualizacja: 22.09.2008 12:08
Michał Markiewicz, doktorant Wydziału Matematyczno-Informatycznego UJ, z zapałem walczy z ulicznymi korkami
Przez korki tracimy rocznie jedno Euro. Nie monetę, a piłkarskie mistrzostwa Europy! Ale są śmiałkowie, którzy ruszyli na wojnę z korkami
Polecamy: Rower jest wielce okej, rower to jest świat! - zobacz przegląd piosenek rowerowych
Czy zastanawialiście się, ile tracimy, stojąc w korku? Nie tylko czasu i nerwów, ale pieniędzy. Zacznijmy od tego, ile traci na korkach Bułgaria - miliard euro rocznie. Takie są wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie rządowej Agencji Efektywności Energetycznej. Ile Polacy tracą przez stanie w gigantycznych ciągach aut - można łatwo oszacować. Według danych Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego SAMAR w Unii Europejskiej przypada 450 aut na każdy tysiąc mieszkańców. W Bułgarii jest zarejestrowanych około 3,5 mln aut. W Polsce - niemal 16 mln (dane Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego z maja 2008 roku), a więc ponad cztery razy więcej. Jeśli więc Bułgaria traci miliard, my - zachowując proporcje - możemy pożegnać się nawet z 4 mld euro. Tyle wydała Portugalia na organizację Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2004 roku.- Nie musimy tyle tracić. Rozładowanie korków nie jest walką z wiatrakami - przekonują ci, którzy odważyli się podjąć wyzwanie.
Portal Supermózg poleca: Lepiej bez samochodu. Czym go zastąpić?
Patent z satelity
Michał Markiewicz, informatyk z Krakowa, walkę z korkami zaczął od tego, że sprzedał samochód. Musiał. Po to, żeby opłacić koszty europejskiego patentu dla swojego systemu informatycznego. System ma wyszukiwać dla kierowców najszybsze trasy przejazdu między wybranymi punktami miasta i na bieżąco informować o korkach. Bo korki to straty, ale można spróbować też na nich zarobić.
Skąd pomysł stworzenia systemu? - Zrobiłem aplikację do swojego GPS-a, która mierzyła czas przejazdu i średnią prędkość poruszania się samochodu na wybranych odcinkach w mieście - opowiada badacz. - Jeździłem różnymi trasami, próbując ominąć korki. I zauważyłem, że nawet dwukrotnie dłuższa droga była szybsza, jeśli nie była zakorkowana.
Skąd jednak mamy wiedzieć, że akurat na wybranej przez nas trasie nie ma korków? Markiewicz znalazł na to odpowiedź: - Wpadłem na pomysł, żeby GPS-y z moją aplikacją zamontować w większej liczbie aut i zdobyte dane opracować. Komputer może to robić na bieżąco, i na bieżąco wskazywać najszybszą możliwą trasę - opisuje z grubsza ideę swojego pomysłu.
Program ma spore szanse się rozwinąć. Już teraz oszczędnością czasu zainteresowani są krakowscy taksówkarze. Aplikacja Markiewicza ma ułatwiać wskazanie taksówki, która najszybciej dojedzie do klienta, a potem wyszukać najszybszy możliwy dojazd do wybranego przez niego miejsca. - Korporacja, która się do mnie zgłosiła, chce zainwestować w sprzęt i zamontować go we wszystkich swoich 200 taksówkach - cieszy się Markiewicz. Jeszcze bardziej raduje go co innego: - Mój program nie będzie działał bez bazy danych. Jeśli zaś 200 samochodów z czujnikami będzie jeździć po Krakowie przez całą dobę, to po jakimś czasie na podstawie danych przesłanych z tych aut powstanie mapa miasta z punktu widzenia korka. Im więcej takich w programie, tym lepsze będzie dawał rady kierowcom z niego korzystającym - wyjaśnia Markiewicz.
Do wdrożenia systemu w życie sporo jeszcze zostało. Jednak jego poszczególne elementy już znajdują klientów, jak choćby wspomnianą sieć taksówkarską. Zainteresowany pracą Markiewicza jest też krakowski magistrat. - Szukam grantów. Na razie pojawiły się tylko propozycje z zagranicy, a ja bym wolał pracować tutaj. Przyznaję, że teraz trochę przymieram głodem, bo zbieram na drugi samochód - śmieje się doktorant. - Bez auta jak bez jednej nogi. Nawet w korku porządnie nie mogę postać.
Patent z autostrady (ale niemieckiej)
Zaczęło się od tego, że Wojciech Gańcza z Wrocławia o mało nie osiwiał. - Jechałem w Niemczech po autostradzie. Korek był niemiłosierny i ciągnął się przez wiele kilometrów. Wie pan, jaką prędkość rozwijaliśmy w tym korku? 130 km/godz. Mało nie osiwiałem, tak grzaliśmy! Jak z przodu robiło się zwężenie na jezdni i ktoś musiał przyhamować, to włączał na długo przedtem światła awaryjne. Dzięki temu jechaliśmy płynnie, i to cała tajemnica szybkiego przemieszczania się w korkach. Pomyślałem: czemu u nas nie da się tak jeździć?
Gańcza jest doktorem Instytutu Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Po swoim doświadczeniu na autostradzie postanowił bliżej przyjrzeć się korkom we Wrocławiu.
Doszedł do wniosku, że za pomocą tzw. automatów komórkowych można by przewidzieć korki w mieście z wyprzedzeniem, a co więcej - ostrzec o nich kierowców. Ostatecznie jednak systemu ostrzegania nie zainstalowano. - Wszystko rozbiło się o indolencję urzędników - macha ręką Gańcza. - Nie było z kim rozmawiać o konkretach.
Zespół Gańczy doszedł do ciekawych wniosków, które można by wykorzystać w praktyce. - Udało nam się ustalić, jak na zwiększenie zatłoczenia na drodze wpływają drobne, zdawałoby się, zmiany. Np. zagęszczenie ruchu o 5 proc. powoduje spadek przepustowości na drodze o 90 proc.!
Pomysł na rozwiązanie korków w Polsce? - Jazda "na suwak" sprawdzi się w 100 proc. Mówię to jako teoretyk badający korki, ale i jako praktyk. Do tego płynna jazda. No i dodatkowy pas dla jednośladów. Wiele osób - skuszonych możliwością szybszego przemieszczania się - zrezygnuje ze stania w tasiemcowych korkach i przesiądzie się na skutery, rowery czy jeszcze coś innego. I tak korek rozładuje się samoczynnie.
Gańcza sam niedawno przesiadł się na skuter. Teraz dojeżdża do pracy szybciej niż gdy jeździł autem.
Patent z kosmosu
Prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej nigdy nie badał kosmosu, ale zna sposób na rozładowanie korków z innej galaktyki.
Profesor jest głównym autorem polityki transportowej stolicy. Kolejne ekipy w ratuszu od 13 lat mozolnie wprowadzają ją w życie: - Na pytanie, kiedy korki będą mniejsze, powtarzam, że mniejsze już były. Teraz będą tylko coraz dłuższe, na coraz większych obszarach. Nie da się zbudować tylu ulic, żeby je rozładować. Choć każda obwodnica miasta jest na wagę złota.
Prof. Suchorzewski proponuje przenieść z Zachodu do Polski coraz bardziej powszechny, a w dodatku skuteczny sposób walki z korkami: to opłaty za wjazd do centrów miast. - Dziś to rozwiązanie z innej galaktyki, ale prędzej czy później trzeba będzie po nie sięgnąć - mówi profesor. - A na razie oswajać z nim kierowców i polityków.
Jego zespół już dwa lata temu przygotował odpowiedni projekt dla Warszawy. Kierowcy płaciliby w godz. 7-17 za wjazd w 33 miejscach do obszaru odpowiadającego przedwojennemu śródmieściu (od Wisłostrady po Towarową i Okopową oraz od Trasy Łazienkowskiej po rondo Babka i Dworzec Gdański). Pobieranie opłat i kontrole odbywałyby się automatycznie, żeby nie utrudniać ruchu. Gdyby dzienna stawka wynosiła 4,5 zł, system byłby samowystarczalny, zyski można by przeznaczać na rozwój komunikacji publicznej. A co najważniejsze - liczba samochodów w centrum spadłaby aż o 30 proc.
O ten pomysł spytano 680 kierowców, przewidując jego realizację w ciągu 5-10 lat. Spodobało się tylko 26 proc., 67 proc. było przeciw, a 7 proc. nie miało zdania. Zdaniem prof. Suchorzewskiego protesty są nieuniknione. - W Londynie w 2003 roku ówczesny burmistrz przeforsował opłaty za wjazd do centrum (wtedy pięć, dziś osiem funtów) mimo zmasowanej krytyki mediów i wstrzemięźliwej postawy partyjnych kolegów z rządu. Zrobił to w ciągu jednego weekendu. Po trzech miesiącach korki zmniejszyły się o 20 proc. Z czasem zaczęły się sypać pochwały.
Pytano w Edynburgu, gdzie ratusz przeprowadził przed referendum kosztowną kampanię i przegrał. Władze Sztokholmu umówiły się z mieszkańcami na kilkumiesięczny eksperyment z opłatami dla wjeżdżających do śródmieścia. Opinia publiczna była niezadowolona, ale kiedy opłaty zniesiono, na ulice wróciło piekło korków. W referendum większość opowiedziała się za płaceniem.
- Nie da się zlikwidować korków, można ten problem tylko złagodzić. Przykład Londynu pokazuje też konkretne oszczędności - mówi prof. Suchorzewski, podając dane: prędkość w centralnej części miasta wzrosła z 14,3 do 17,1 km na godz., a każdy funt wpłacony przez wjeżdżającego do centrum przynosi redukcję kosztów transportu w całej aglomeracji o 2,5 funta (chodzi m.in. o wartość zużywanego paliwa czy zaoszczędzony czas).
Patent z syrenki
- Rozładowanie korków musimy rozpocząć od zmiany swojej jazdy - przekonuje Ryszard Jakubowski, warszawski dziennikarz i autor książki "Dekalog myślącego kierowcy". I dodaje: - Wszystko zależy od nas.
Na pomysł, jak poradzić sobie z korkami w miastach, Jakubowski wpadł przypadkiem: - To było kilkanaście lat temu. Wyszedłem z teatru, skierowałem się do swojej syrenki. Ruszyłem i już po chwili zorientowałem się, że poszła mi linka od sprzęgła. Zamiast panikować, postanowiłem jechać dalej. Płynnie i tak, żeby się nie zatrzymać ani razu. I to jest odpowiedź na pytanie, jak zlikwidować korki. Gdyby każdy z nas jeździł płynnie, czterdziestką-pięćdziesiątką, miasto by się nie korkowało. Ale my jeździmy nerwowo, zrywami. I stąd zatory.
- Czy to możliwe, żeby w mieście jechać bez zatrzymania się?
- Ależ oczywiście! Tylko trzeba przewidywać, co się zaraz stanie na drodze. Moją syreną bez sprzęgła jechałem z prędkością 30-40 km/godz., ale gdy widziałem z daleka zielone światło, przyspieszałem, żeby zdążyć przejechać. Da się radę, tylko trzeba wprawy. I nagłego cudu. Czyli zmiany nawyków wszystkich kierowców w Polsce.
W swojej książce Jakubowski opisuje to bardziej poetycko: "Wyobraź sobie, że tę trudną sztukę płynnej jazdy w mieście opanowali wszyscy kierowcy. Ulicami suną falami bez zatrzymywania się sznury samochodów, nikt się nie denerwuje, nikt nie traci paliwa, stojąc "pod światłami"... Ach, jak byłoby przyjemnie jeździć w takich warunkach! Niestety, to tylko utopia. Zawsze znajdzie się paru niewyżytych "rajdowców", którzy muszą się spieszyć, sami nie wiedząc po co i dokąd. Zmieniają nerwowo pasy, jadą poboczem, wciskając się na siłę. Oni też powodują zakłócenia w ciągłości ruchu miejskiego. Ich niezaprzeczalną "zasługą" są liczne korki, tworzące się bez powodu na ulicach naszych miast. I dzięki ich "dynamicznej" jeździe funkcjonują liczne zakłady blacharskie, o pogrzebowych nie wspominając".
Jakubowski proponuje walkę z korkami sprowadzić też do zmiany innych nawyków jazdy: - Kiedy zanosi nam się na dłuższe stanie, zawsze należy wyłączyć silnik. To ograniczy spalanie benzyny i emisję spalin do atmosfery. Kiedy korek już ruszy - startować delikatnie, lekko puszczając sprzęgło i dodając gazu. Nie skakać nerwowo z pasa na pas, nie pchać się poboczem.
Patent z zamka
W pierwszym programie dla TVP3 o jeździe na "zamek błyskawiczny" (czy jak kto woli "suwak" lub "zakładkę") Marek Dworak, zastępca dyrektora Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego i jednocześnie sekretarz Wojewódzkiej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, pokazał pewien znak. Jakby mimochodem dodał, że stoi na zakopiance. I że się sprawdza. Przyspiesza ruch, rozładowuje korki. Oczywiście, jeśli kierowcy go przestrzegają. Bo większość traktuje go jak dziwaczny piktogram bez znaczenia. - Jak tam się sprawdza, może i w całej Polsce się przyjmie? - pytam. - Naturalnie! I należy go czym prędzej wprowadzić - entuzjazmuje się.
Po tym pierwszym programie Dworak źle spał, dostał mnóstwo telefonów i maili z pytaniem, dlaczego pokazuje w telewizji cudaczny znak, którego przecież nie ma w polskim kodeksie drogowym.
Znak jest prosty, ale skuteczny. - Stosują go państwa wyżej rozwinięte komunikacyjnie niż my. Na przykład Niemcy, u nich to jest zdaje się siódmy artykuł kodeksu drogowego. I Austria, tam nakaz jazdy na "zamek błyskawiczny" jest ujęty bodaj w dziewiątym artykule - recytuje z pamięci. - Aż prosi się, żeby wprowadzić go u nas.
Na czym polega jazda "na zamek"? - Wyobraźmy sobie dwupasmową jezdnię, zwężającą się stopniowo, by przejść w jeden pas. Mamy wówczas dwa pasy ruchu: prawy, bardziej obstawiony autami, i lewy - w Polsce praktycznie niewykorzystywany. Lewym przemykają kierowcy, żeby wepchnąć się na czoło kolumny po prawej. Pomysł polega na tym, żeby jechać dwoma pasami do zwężenia, a potem naprzemiennie - jak zazębiające się ogniwa w zamku błyskawicznym. Wtedy można rozładować korek, płynnie wjechać, gdy pas się kończy, rozładować zablokowane skrzyżowanie itd. - wylicza.
Dworak napisał w sprawie wprowadzenia znaku do ustawy o ruchu drogowym do Ministerstwa Infrastruktury. Ale na razie list pozostał bez echa. - To może teraz się uda? - pyta retorycznie.
To przez korek mamy alergię!
Japończycy dowiedli, że korki są jedną z poważnych przyczyn powstawania alergii. Prof. Krzysztof Buczyłko z Centrum Alergologii w Łodzi: - Wszystkiemu winne stężone spaliny. Stężone związki chemiczne zawarte w smogu obniżają odporność organizmu na uczulenia. W dodatku cząsteczki spalin osadzają się na wirujących w powietrzu pyłkach roślin, oblepiają je - mówiąc obrazowo - i w postaci takiej stężonej "bomby" dostają się do organizmu. Jest jeszcze trzeci kłopot: drzewa stojące na trasie tworzenia się miejskich korków ulegają zatruciu stężonymi spalinami i rodzą coraz gorsze, coraz bardziej zmutowane pyłki, które w coraz perfidniejszy sposób atakują nasze organizmy.
Jego zespół już dwa lata temu przygotował odpowiedni projekt dla Warszawy. Kierowcy płaciliby w godz. 7-17 za wjazd w 33 miejscach do obszaru odpowiadającego przedwojennemu śródmieściu (od Wisłostrady po Towarową i Okopową oraz od Trasy Łazienkowskiej po rondo Babka i Dworzec Gdański). Pobieranie opłat i kontrole odbywałyby się automatycznie, żeby nie utrudniać ruchu. Gdyby dzienna stawka wynosiła 4,5 zł, system byłby samowystarczalny, zyski można by przeznaczać na rozwój komunikacji publicznej. A co najważniejsze - liczba samochodów w centrum spadłaby aż o 30 proc.
O ten pomysł spytano 680 kierowców, przewidując jego realizację w ciągu 5-10 lat. Spodobało się tylko 26 proc., 67 proc. było przeciw, a 7 proc. nie miało zdania. Zdaniem prof. Suchorzewskiego protesty są nieuniknione. - W Londynie w 2003 roku ówczesny burmistrz przeforsował opłaty za wjazd do centrum (wtedy pięć, dziś osiem funtów) mimo zmasowanej krytyki mediów i wstrzemięźliwej postawy partyjnych kolegów z rządu. Zrobił to w ciągu jednego weekendu. Po trzech miesiącach korki zmniejszyły się o 20 proc. Z czasem zaczęły się sypać pochwały.
Pytano w Edynburgu, gdzie ratusz przeprowadził przed referendum kosztowną kampanię i przegrał. Władze Sztokholmu umówiły się z mieszkańcami na kilkumiesięczny eksperyment z opłatami dla wjeżdżających do śródmieścia. Opinia publiczna była niezadowolona, ale kiedy opłaty zniesiono, na ulice wróciło piekło korków. W referendum większość opowiedziała się za płaceniem.
- Nie da się zlikwidować korków, można ten problem tylko złagodzić. Przykład Londynu pokazuje też konkretne oszczędności - mówi prof. Suchorzewski, podając dane: prędkość w centralnej części miasta wzrosła z 14,3 do 17,1 km na godz., a każdy funt wpłacony przez wjeżdżającego do centrum przynosi redukcję kosztów transportu w całej aglomeracji o 2,5 funta (chodzi m.in. o wartość zużywanego paliwa czy zaoszczędzony czas).
Patent z syrenki
- Rozładowanie korków musimy rozpocząć od zmiany swojej jazdy - przekonuje Ryszard Jakubowski, warszawski dziennikarz i autor książki "Dekalog myślącego kierowcy". I dodaje: - Wszystko zależy od nas.
Na pomysł, jak poradzić sobie z korkami w miastach, Jakubowski wpadł przypadkiem: - To było kilkanaście lat temu. Wyszedłem z teatru, skierowałem się do swojej syrenki. Ruszyłem i już po chwili zorientowałem się, że poszła mi linka od sprzęgła. Zamiast panikować, postanowiłem jechać dalej. Płynnie i tak, żeby się nie zatrzymać ani razu. I to jest odpowiedź na pytanie, jak zlikwidować korki. Gdyby każdy z nas jeździł płynnie, czterdziestką-pięćdziesiątką, miasto by się nie korkowało. Ale my jeździmy nerwowo, zrywami. I stąd zatory.
- Czy to możliwe, żeby w mieście jechać bez zatrzymania się?
- Ależ oczywiście! Tylko trzeba przewidywać, co się zaraz stanie na drodze. Moją syreną bez sprzęgła jechałem z prędkością 30-40 km/godz., ale gdy widziałem z daleka zielone światło, przyspieszałem, żeby zdążyć przejechać. Da się radę, tylko trzeba wprawy. I nagłego cudu. Czyli zmiany nawyków wszystkich kierowców w Polsce.
W swojej książce Jakubowski opisuje to bardziej poetycko: "Wyobraź sobie, że tę trudną sztukę płynnej jazdy w mieście opanowali wszyscy kierowcy. Ulicami suną falami bez zatrzymywania się sznury samochodów, nikt się nie denerwuje, nikt nie traci paliwa, stojąc "pod światłami"... Ach, jak byłoby przyjemnie jeździć w takich warunkach! Niestety, to tylko utopia. Zawsze znajdzie się paru niewyżytych "rajdowców", którzy muszą się spieszyć, sami nie wiedząc po co i dokąd. Zmieniają nerwowo pasy, jadą poboczem, wciskając się na siłę. Oni też powodują zakłócenia w ciągłości ruchu miejskiego. Ich niezaprzeczalną "zasługą" są liczne korki, tworzące się bez powodu na ulicach naszych miast. I dzięki ich "dynamicznej" jeździe funkcjonują liczne zakłady blacharskie, o pogrzebowych nie wspominając".
Jakubowski proponuje walkę z korkami sprowadzić też do zmiany innych nawyków jazdy: - Kiedy zanosi nam się na dłuższe stanie, zawsze należy wyłączyć silnik. To ograniczy spalanie benzyny i emisję spalin do atmosfery. Kiedy korek już ruszy - startować delikatnie, lekko puszczając sprzęgło i dodając gazu. Nie skakać nerwowo z pasa na pas, nie pchać się poboczem.
Patent z zamka
W pierwszym programie dla TVP3 o jeździe na "zamek błyskawiczny" (czy jak kto woli "suwak" lub "zakładkę") Marek Dworak, zastępca dyrektora Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego i jednocześnie sekretarz Wojewódzkiej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, pokazał pewien znak. Jakby mimochodem dodał, że stoi na zakopiance. I że się sprawdza. Przyspiesza ruch, rozładowuje korki. Oczywiście, jeśli kierowcy go przestrzegają. Bo większość traktuje go jak dziwaczny piktogram bez znaczenia. - Jak tam się sprawdza, może i w całej Polsce się przyjmie? - pytam. - Naturalnie! I należy go czym prędzej wprowadzić - entuzjazmuje się.
Po tym pierwszym programie Dworak źle spał, dostał mnóstwo telefonów i maili z pytaniem, dlaczego pokazuje w telewizji cudaczny znak, którego przecież nie ma w polskim kodeksie drogowym.
Znak jest prosty, ale skuteczny. - Stosują go państwa wyżej rozwinięte komunikacyjnie niż my. Na przykład Niemcy, u nich to jest zdaje się siódmy artykuł kodeksu drogowego. I Austria, tam nakaz jazdy na "zamek błyskawiczny" jest ujęty bodaj w dziewiątym artykule - recytuje z pamięci. - Aż prosi się, żeby wprowadzić go u nas.
Na czym polega jazda "na zamek"? - Wyobraźmy sobie dwupasmową jezdnię, zwężającą się stopniowo, by przejść w jeden pas. Mamy wówczas dwa pasy ruchu: prawy, bardziej obstawiony autami, i lewy - w Polsce praktycznie niewykorzystywany. Lewym przemykają kierowcy, żeby wepchnąć się na czoło kolumny po prawej. Pomysł polega na tym, żeby jechać dwoma pasami do zwężenia, a potem naprzemiennie - jak zazębiające się ogniwa w zamku błyskawicznym. Wtedy można rozładować korek, płynnie wjechać, gdy pas się kończy, rozładować zablokowane skrzyżowanie itd. - wylicza.
Dworak napisał w sprawie wprowadzenia znaku do ustawy o ruchu drogowym do Ministerstwa Infrastruktury. Ale na razie list pozostał bez echa. - To może teraz się uda? - pyta retorycznie.
To przez korek mamy alergię!
Japończycy dowiedli, że korki są jedną z poważnych przyczyn powstawania alergii. Prof. Krzysztof Buczyłko z Centrum Alergologii w Łodzi: - Wszystkiemu winne stężone spaliny. Stężone związki chemiczne zawarte w smogu obniżają odporność organizmu na uczulenia. W dodatku cząsteczki spalin osadzają się na wirujących w powietrzu pyłkach roślin, oblepiają je - mówiąc obrazowo - i w postaci takiej stężonej "bomby" dostają się do organizmu. Jest jeszcze trzeci kłopot: drzewa stojące na trasie tworzenia się miejskich korków ulegają zatruciu stężonymi spalinami i rodzą coraz gorsze, coraz bardziej zmutowane pyłki, które w coraz perfidniejszy sposób atakują nasze organizmy.
Najgorsze są silniki Diesla, emitują najgorsze spaliny. Oczywiście z punktu widzenia alergika. - I nic nie daje zamknięcie okien w aucie i włączenie klimatyzacji. Klimatyzacja obniża zawartość pyłków w powietrzu wewnątrz auta, ale zdaniem japońskich badaczy zaledwie o 18 proc. - mówi Buczyłko.
Co nam jeszcze robi korek?
Tadeusz Bratos, szef Stowarzyszenia Psychologów Transportu, zbadał, co dzieje się z kierowcą uwięzionym w korku. - Korek to przeszkoda, z którą sobie nie możemy poradzić. A to nas frustruje.
U sfrustrowanego kierowcy wzrasta ciśnienie krwi i pojawia się nadpobudliwość. Te reakcje potęgują dodatkowo czynniki fizjologiczne: wysokie stężenie tlenku i dwutlenku węgla w unoszących się dookoła spalinach, a latem upał. No i zaczyna się trąbienie, poganianie się, obraźliwe gesty. - Bo są dwie metody reagowania na korkową frustrację: bierna i czynna. Bierna, kiedy kierowca racjonalizuje. Tłumaczy sobie: "jakoś tam wreszcie dojadę, a moje nerwy tu na nic". A czynna objawia się właśnie trąbieniem i wygrażaniem pięściami.
Co nam jeszcze robi korek?
Tadeusz Bratos, szef Stowarzyszenia Psychologów Transportu, zbadał, co dzieje się z kierowcą uwięzionym w korku. - Korek to przeszkoda, z którą sobie nie możemy poradzić. A to nas frustruje.
U sfrustrowanego kierowcy wzrasta ciśnienie krwi i pojawia się nadpobudliwość. Te reakcje potęgują dodatkowo czynniki fizjologiczne: wysokie stężenie tlenku i dwutlenku węgla w unoszących się dookoła spalinach, a latem upał. No i zaczyna się trąbienie, poganianie się, obraźliwe gesty. - Bo są dwie metody reagowania na korkową frustrację: bierna i czynna. Bierna, kiedy kierowca racjonalizuje. Tłumaczy sobie: "jakoś tam wreszcie dojadę, a moje nerwy tu na nic". A czynna objawia się właśnie trąbieniem i wygrażaniem pięściami.
- 23 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Walczący z korkami
man_sapiens
06.09.08, 18:29
"Prof. Suchorzewski proponuje przenieść z Zachodu do Polski coraz bardziejpowszechny, a w dodatku skuteczny sposób walki z korkami: to opłaty za wjazd docentrów miast. "Świetny pomysł ;) »

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter
