Kury chcą iść na stół
2008-05-05
, aktualizacja: 05.05.2008 14:02
Kura uczy się szybciej niż pies, ale wymaga koncentracji. Pies czy koń zrobi dla człowieka wszystko. Kura nie zrobi nic, gdy treser popełni błąd
Ludzie dzwonią i śmieją się do słuchawki: - Jaja pan sobie robisz? Tresowane kury?! Dwa lata temu Kuba Gołąb zainteresował się kurami - dla zabawy i żeby się czegoś nauczyć. Poczytał fachową literaturę anglojęzyczną (polskiej nie ma) i założył hodowlę kur ozdobnych: ma 16 samiczek, dwa koguty oraz inkubator. I rozpoczął warsztaty z tresury
Kura stoi na stole, przed nią karty do gry. Niezdecydowana. Przestępuje od jednej do drugiej, schyla się, kręci łbem: ta, nie ta, może tamta? Trzy króle, powinna dziobnąć w treflowego, wtedy dostanie nagrodę. Wie, bo próbowała już wcześniej, ale wtedy miała do wyboru króla i blotki.
Przy dwóch blotkach łapała w mig: dziobnę w króla, usłyszę klik i treserka podsunie chochlę z karmą. Ledwo zdąży skubnąć, więc znowu trzeba dziobnąć w króla, mimo że treserka poprzekładała karty. Cztery blotki zmuszają do dłuższego zastanowienia. A teraz myśli i myśli, bo nie ma blotek, tylko trzy króle, i wszystkie czarne... Gra jest warta ziarenka. Bo w chochli nie byle jaka tarta marchewka, ale same smakołyki: owies, proso, słonecznik, rozmoczony chleb.
Dlatego inne kury, które siedzą w klatkach, wiercą się i gdaczą. Chcą iść na stół. Na każdą przyjdzie kolej. Treserek z chochlą jest sześć, każda ma swoją kurę i specjalne zadanie dla niej.
Kwietniowy poniedziałek, czwarty, ostatni dzień warsztatów z tresowania kur. W kurniku panuje atmosfera skupienia. Treserki skupione są na kurach, a kury na kartach, pokrywkach z figurami geometrycznymi, kółkach, przez które muszą przejść, i pudełkach po maśle, które muszą pociągnąć za sznurek. Za parę minut zmiana kur. Szybko tracą uwagę, a gdy się najedzą, to koniec. Po co im ćwiczyć?
Od murów wieje chłodem, za oknem deszcz i zrobiło się błoto. Okno malutkie, światło daje żarówka. Przed południem w całej wsi wyłączyli prąd i trzeba było przerwać ćwiczenia. Włączyli po godzinie, ale zjechali dziennikarze. Weszli do kurnika z kamerami, aparatami, strzelili kurom fleszem po oczach, kury ze stresu stanęły jak wryte i znowu z ćwiczeń nici.
Drugich takich warsztatów nie ma w Polsce, a prawdopodobnie nawet w Europie.
Kury nie znoszą złotych jajek
Wieś Jarków w Kotlinie Kłodzkiej, 17 domów i 58 mieszkańców. Nie ma kościoła, baru i sklepu, ale za to aż trzy gospodarstwa agroturystyczne. Wioska jest urocza, leży w Górach Stołowych pod samą granicą z Czechami. Turyści ściągają tłumnie, głównie dla ogrodu japońskiego. To jeden z dwóch w Polsce (drugi jest we Wrocławiu) i jedyny prywatny. Edward Majcher urządził go na hektarze przed swoim domem i udostępnia do zwiedzania.
Pinieccy dają noclegi w niemal stuletnim najpiękniejszym w Jarkowie domu na wzgórzu. Lechowie częstują gości nalewką z aronii z własnej plantacji. Do rancza Stokrotka klienci przyjeżdżają na konie.
Kuba Gołąb założył to ranczo z Gosią Burzyńską w listopadzie zeszłego roku. Trzy hektary w Jarkowie kupili z całym gospodarstwem. Od ulicy stoi parterowy dom z wielkim spadzistym dachem i gankiem. Jeszcze nieotynkowany. Podwórko rozkopane, tu deski, tam gruz. Trzeba je ogrodzić, utwardzić, przekopać rów. Zdążyli uprzątnąć stajnię przyrośniętą do domu i kurnik (pokrywa z odchodów kur sięgała kilkunastu centymetrów i tak stwardniała, że trzeba było rąbać siekierą). Dopiero przed świętami wielkanocnymi wbili bramę z szyldem. Wszystko robią własnymi rękami. Nie chce mi się wierzyć: oboje drobni, a Gosia w warkoczyku wygląda jak gimnazjalistka.
Nie mają wyjścia, na kupno gospodarstwa wydali wszystkie oszczędności. Parę lat temu hektar w Kotlinie Kłodzkiej można było dostać za 500 zł. Dzisiaj kosztuje 20-30 tys.
Kuba jest lekarzem weterynarii, ale dorywczo, bo się nie opłaca. - Ludzie tutaj nie leczą zwierząt, nie stać ich - mówi.
Dwa lata temu Kuba zainteresował się kurami - dla zabawy i żeby się czegoś nauczyć. Poczytał fachową literaturę anglojęzyczną (polskiej nie ma). Założył hodowlę kur ozdobnych, ma 16 samiczek, dwa koguty oraz inkubator. I rozpoczął warsztaty z tresury.
Gdy Bob Bailey, legendarny treser zwierząt ze Stanów Zjednoczonych, który kury tresował pierwszy na świecie, dawał gościnnie w Szwecji lekcje, za jeden dzień brał od każdego kursanta po 1000 zł bez noclegu i wyżywienia. Miejsc zabrakło na trzy miesiące przed rozpoczęciem kursu.
A Kuba nie może zebrać jednej grupy warsztatowej, czyli ośmiu osób, chociaż chce tylko 360 zł za cztery dni z zakwaterowaniem.
- Może za mało się reklamujecie? - pytam.
Dziennikarze zwalili im się na tegoroczne warsztaty, bo brali w nich udział treserzy z ośrodka szkolenia psów Pastel w Zabrzu, który rozesłał zapowiedź do mediów. Wcześniej kursanci trafiali na ranczo w Jarkowie przypadkiem, przez stronę internetową, głównie właściciele koni albo ciekawscy. Telefonów było dużo i Kuba słyszał w słuchawce śmiech: - Tresura kur? Jaja pan sobie robisz?
- Ludzie nie traktują tego poważnie - mówi Kuba. Myśli, że w wiosce patrzą na niego jak na dziwaka.
A w wiosce mało kto wie. Rozpytuję Pinieckich, bo najstarsi w Jarkowie. Pani Stanisława ma 84 lata, pan Czesław 87, mieszkają tu od 1947 roku. - Sympatyczni - mówią o Kubie i Gosi. - Tresują konie.
- I kury - wtrącam.
Przy dwóch blotkach łapała w mig: dziobnę w króla, usłyszę klik i treserka podsunie chochlę z karmą. Ledwo zdąży skubnąć, więc znowu trzeba dziobnąć w króla, mimo że treserka poprzekładała karty. Cztery blotki zmuszają do dłuższego zastanowienia. A teraz myśli i myśli, bo nie ma blotek, tylko trzy króle, i wszystkie czarne... Gra jest warta ziarenka. Bo w chochli nie byle jaka tarta marchewka, ale same smakołyki: owies, proso, słonecznik, rozmoczony chleb.
Dlatego inne kury, które siedzą w klatkach, wiercą się i gdaczą. Chcą iść na stół. Na każdą przyjdzie kolej. Treserek z chochlą jest sześć, każda ma swoją kurę i specjalne zadanie dla niej.
Kwietniowy poniedziałek, czwarty, ostatni dzień warsztatów z tresowania kur. W kurniku panuje atmosfera skupienia. Treserki skupione są na kurach, a kury na kartach, pokrywkach z figurami geometrycznymi, kółkach, przez które muszą przejść, i pudełkach po maśle, które muszą pociągnąć za sznurek. Za parę minut zmiana kur. Szybko tracą uwagę, a gdy się najedzą, to koniec. Po co im ćwiczyć?
Od murów wieje chłodem, za oknem deszcz i zrobiło się błoto. Okno malutkie, światło daje żarówka. Przed południem w całej wsi wyłączyli prąd i trzeba było przerwać ćwiczenia. Włączyli po godzinie, ale zjechali dziennikarze. Weszli do kurnika z kamerami, aparatami, strzelili kurom fleszem po oczach, kury ze stresu stanęły jak wryte i znowu z ćwiczeń nici.
Drugich takich warsztatów nie ma w Polsce, a prawdopodobnie nawet w Europie.
Kury nie znoszą złotych jajek
Wieś Jarków w Kotlinie Kłodzkiej, 17 domów i 58 mieszkańców. Nie ma kościoła, baru i sklepu, ale za to aż trzy gospodarstwa agroturystyczne. Wioska jest urocza, leży w Górach Stołowych pod samą granicą z Czechami. Turyści ściągają tłumnie, głównie dla ogrodu japońskiego. To jeden z dwóch w Polsce (drugi jest we Wrocławiu) i jedyny prywatny. Edward Majcher urządził go na hektarze przed swoim domem i udostępnia do zwiedzania.
Pinieccy dają noclegi w niemal stuletnim najpiękniejszym w Jarkowie domu na wzgórzu. Lechowie częstują gości nalewką z aronii z własnej plantacji. Do rancza Stokrotka klienci przyjeżdżają na konie.
Kuba Gołąb założył to ranczo z Gosią Burzyńską w listopadzie zeszłego roku. Trzy hektary w Jarkowie kupili z całym gospodarstwem. Od ulicy stoi parterowy dom z wielkim spadzistym dachem i gankiem. Jeszcze nieotynkowany. Podwórko rozkopane, tu deski, tam gruz. Trzeba je ogrodzić, utwardzić, przekopać rów. Zdążyli uprzątnąć stajnię przyrośniętą do domu i kurnik (pokrywa z odchodów kur sięgała kilkunastu centymetrów i tak stwardniała, że trzeba było rąbać siekierą). Dopiero przed świętami wielkanocnymi wbili bramę z szyldem. Wszystko robią własnymi rękami. Nie chce mi się wierzyć: oboje drobni, a Gosia w warkoczyku wygląda jak gimnazjalistka.
Nie mają wyjścia, na kupno gospodarstwa wydali wszystkie oszczędności. Parę lat temu hektar w Kotlinie Kłodzkiej można było dostać za 500 zł. Dzisiaj kosztuje 20-30 tys.
Kuba jest lekarzem weterynarii, ale dorywczo, bo się nie opłaca. - Ludzie tutaj nie leczą zwierząt, nie stać ich - mówi.
Dwa lata temu Kuba zainteresował się kurami - dla zabawy i żeby się czegoś nauczyć. Poczytał fachową literaturę anglojęzyczną (polskiej nie ma). Założył hodowlę kur ozdobnych, ma 16 samiczek, dwa koguty oraz inkubator. I rozpoczął warsztaty z tresury.
Gdy Bob Bailey, legendarny treser zwierząt ze Stanów Zjednoczonych, który kury tresował pierwszy na świecie, dawał gościnnie w Szwecji lekcje, za jeden dzień brał od każdego kursanta po 1000 zł bez noclegu i wyżywienia. Miejsc zabrakło na trzy miesiące przed rozpoczęciem kursu.
A Kuba nie może zebrać jednej grupy warsztatowej, czyli ośmiu osób, chociaż chce tylko 360 zł za cztery dni z zakwaterowaniem.
- Może za mało się reklamujecie? - pytam.
Dziennikarze zwalili im się na tegoroczne warsztaty, bo brali w nich udział treserzy z ośrodka szkolenia psów Pastel w Zabrzu, który rozesłał zapowiedź do mediów. Wcześniej kursanci trafiali na ranczo w Jarkowie przypadkiem, przez stronę internetową, głównie właściciele koni albo ciekawscy. Telefonów było dużo i Kuba słyszał w słuchawce śmiech: - Tresura kur? Jaja pan sobie robisz?
- Ludzie nie traktują tego poważnie - mówi Kuba. Myśli, że w wiosce patrzą na niego jak na dziwaka.
A w wiosce mało kto wie. Rozpytuję Pinieckich, bo najstarsi w Jarkowie. Pani Stanisława ma 84 lata, pan Czesław 87, mieszkają tu od 1947 roku. - Sympatyczni - mówią o Kubie i Gosi. - Tresują konie.
- I kury - wtrącam.
Piniecccy patrzą na mnie z uśmiechem.
Karolinie zniosła jajko
Kursantki z ośrodka Pastel na co dzień tresują psy, również w schroniskach, żeby znajdy miały większe szanse na adopcję. I dla niepełnosprawnych - na wózkach, niewidomych. W Zabrzu prowadzą plac zabaw dla psów, gdzie nie obowiązuje smycz. W domach oprócz psów i kotów trzymają papugi, węże, tchórzofretki, szczury. Z kurami nigdy nie miały bliskiego kontaktu. Justyna do końca warsztatów się nie przełamała. Nie wyjmie kury z klatki, nie wsadzi tam rąk. Nie wie, skąd ten strach.
Kury z rancza są oswojone. Gosia i Kuba przesiadują z nimi godzinami, sprzątają po nich, karmią, głaszczą, żeby nie bały się ludzi. Jeśli któraś dziobnie, to boli jak uszczypnięcie. A dziobnie, jak się ją źle chwyci. Trzeba od tyłu objąć skrzydła, żeby nie trzepotała.
Kury dobiera się do kursantek losowo. - Moja była flegmatyczna - mówi kursantka Joasia. Dostała więc inną, bo każdy treser musi trafić na swoją kurę. Powinny pasować do siebie temperamentem. Na nową Joasia mówi "fizol". Doskonale opanowała ciągnięcie pudełka po maśle za sznurek.
Magda podejrzewa swoją o ADHD. Ma dziobnąć w denko z naklejonym trójkątem i uparcie dziobie w denko z kółkiem, coraz szybciej i szybciej. Dziób w kółko i na Magdę, dziób i na Magdę. Magda musi daleko trzymać chochlę ze słonecznikiem. To ulubiony smakołyk jej kury (koniecznie niełuskany). Kura próbuje dorwać się do chochli. Zanim wreszcie dziobnie w trójkąt, rozprawi się z kółkiem. Trąci dziobem, nogą, skrzydłem, aż denko poleci ze stołu, najlepiej tak, żeby trafiło w Magdę.
Kura Justyny nad słonecznik przedkłada chleb rozmoczony w wodzie. Mają kaprysy, kura Agnieszki przez pół dnia nie chciała przechodzić przez kółko. A Karolinie kura zniosła jajko w czasie ćwiczeń.
Joasia rozważa, czy nie zaprzestać jedzenia drobiu.
Uczniowie Kuby zaczynają inaczej patrzeć na kury, że potrafią nie tylko grzebać w ziemi za robactwem i robić gdzie popadnie. Każdy może zabrać do domu swoją kurę. Jeszcze żaden tego nie zrobił. - I nie będziemy za nimi tęsknić - oświadcza Tosia w imieniu treserek z Pastela. Nie zaczną też tresować kur. Ale dzięki nim będą lepiej tresować psy.
Od kury do jazdy na oklep
- Kura uczy się szybciej niż pies, ale wymaga koncentracji. Pies czy koń zrobi dla człowieka wszystko. Kura nie zrobi nic, gdy treser popełni błąd. Nie da jej się do niczego zmusić. Jest bardzo ruchliwa, trzeba ją uważnie obserwować i kontrolować emocje. Jak się treser denerwuje, to kura też i przestaje się ruszać - tłumaczy Kuba.
Legendarny Bob Bailey praktykował na kurach metodę klikierową (stąd ten klik w kurniku) stosowaną w tresurze psów, koni, delfinów. W dużym skrócie polega na tym, że zwierzę nie jest karane, ale nagradzane. Nagrodą jest jedzenie, ale wyprzedza ją kliknięcie. Z czasem jedzenie pojawia się coraz rzadziej, a kliknięcie zastępuje komenda słowna.
Kury na ranczu Stokrotka nigdy nie dochodzą do tego etapu. Służą do ulepszania tresury innych zwierząt. Czy to działa? Najlepiej widać to po koniach Kuby i Gosi. Treserki z Pastela jeździły na nich w przerwach ćwiczeń z kurami. Również te, które nigdy nie miały z końmi do czynienia. Nie bały się podejść, pogłaskać, wsiąść. Bez wędzideł, nawet bez siodła. Konie z rancza nie są bite, mają zaufanie do człowieka.
Kury tymczasem wróciły do kurnika na zwykłą marchewkę. Nigdy nie trafią na stół w postaci obiadu. W kurniku Gosi i Kuby za zasługi w tresurze innych zwierząt doczekają naturalnej śmierci.
Karolinie zniosła jajko
Kursantki z ośrodka Pastel na co dzień tresują psy, również w schroniskach, żeby znajdy miały większe szanse na adopcję. I dla niepełnosprawnych - na wózkach, niewidomych. W Zabrzu prowadzą plac zabaw dla psów, gdzie nie obowiązuje smycz. W domach oprócz psów i kotów trzymają papugi, węże, tchórzofretki, szczury. Z kurami nigdy nie miały bliskiego kontaktu. Justyna do końca warsztatów się nie przełamała. Nie wyjmie kury z klatki, nie wsadzi tam rąk. Nie wie, skąd ten strach.
Kury z rancza są oswojone. Gosia i Kuba przesiadują z nimi godzinami, sprzątają po nich, karmią, głaszczą, żeby nie bały się ludzi. Jeśli któraś dziobnie, to boli jak uszczypnięcie. A dziobnie, jak się ją źle chwyci. Trzeba od tyłu objąć skrzydła, żeby nie trzepotała.
Kury dobiera się do kursantek losowo. - Moja była flegmatyczna - mówi kursantka Joasia. Dostała więc inną, bo każdy treser musi trafić na swoją kurę. Powinny pasować do siebie temperamentem. Na nową Joasia mówi "fizol". Doskonale opanowała ciągnięcie pudełka po maśle za sznurek.
Magda podejrzewa swoją o ADHD. Ma dziobnąć w denko z naklejonym trójkątem i uparcie dziobie w denko z kółkiem, coraz szybciej i szybciej. Dziób w kółko i na Magdę, dziób i na Magdę. Magda musi daleko trzymać chochlę ze słonecznikiem. To ulubiony smakołyk jej kury (koniecznie niełuskany). Kura próbuje dorwać się do chochli. Zanim wreszcie dziobnie w trójkąt, rozprawi się z kółkiem. Trąci dziobem, nogą, skrzydłem, aż denko poleci ze stołu, najlepiej tak, żeby trafiło w Magdę.
Kura Justyny nad słonecznik przedkłada chleb rozmoczony w wodzie. Mają kaprysy, kura Agnieszki przez pół dnia nie chciała przechodzić przez kółko. A Karolinie kura zniosła jajko w czasie ćwiczeń.
Joasia rozważa, czy nie zaprzestać jedzenia drobiu.
Uczniowie Kuby zaczynają inaczej patrzeć na kury, że potrafią nie tylko grzebać w ziemi za robactwem i robić gdzie popadnie. Każdy może zabrać do domu swoją kurę. Jeszcze żaden tego nie zrobił. - I nie będziemy za nimi tęsknić - oświadcza Tosia w imieniu treserek z Pastela. Nie zaczną też tresować kur. Ale dzięki nim będą lepiej tresować psy.
Od kury do jazdy na oklep
- Kura uczy się szybciej niż pies, ale wymaga koncentracji. Pies czy koń zrobi dla człowieka wszystko. Kura nie zrobi nic, gdy treser popełni błąd. Nie da jej się do niczego zmusić. Jest bardzo ruchliwa, trzeba ją uważnie obserwować i kontrolować emocje. Jak się treser denerwuje, to kura też i przestaje się ruszać - tłumaczy Kuba.
Legendarny Bob Bailey praktykował na kurach metodę klikierową (stąd ten klik w kurniku) stosowaną w tresurze psów, koni, delfinów. W dużym skrócie polega na tym, że zwierzę nie jest karane, ale nagradzane. Nagrodą jest jedzenie, ale wyprzedza ją kliknięcie. Z czasem jedzenie pojawia się coraz rzadziej, a kliknięcie zastępuje komenda słowna.
Kury na ranczu Stokrotka nigdy nie dochodzą do tego etapu. Służą do ulepszania tresury innych zwierząt. Czy to działa? Najlepiej widać to po koniach Kuby i Gosi. Treserki z Pastela jeździły na nich w przerwach ćwiczeń z kurami. Również te, które nigdy nie miały z końmi do czynienia. Nie bały się podejść, pogłaskać, wsiąść. Bez wędzideł, nawet bez siodła. Konie z rancza nie są bite, mają zaufanie do człowieka.
Kury tymczasem wróciły do kurnika na zwykłą marchewkę. Nigdy nie trafią na stół w postaci obiadu. W kurniku Gosi i Kuby za zasługi w tresurze innych zwierząt doczekają naturalnej śmierci.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy






