W plakatach wszystko jest iluzją

Rozmawiał Tomasz Malkowski
2008-03-02 , aktualizacja: 02.03.2008 14:12
A A A Drukuj
Tomasz Opasiński od sześciu lat robi plakaty w Hollywood, m.in. do "Shreka", "Harry'ego Pottera" i "Transformersów". W rozmowie z Tomaszem Malkowskim opowiada o pracy w Fabryce Snów






Tomasz Opasiński
fot. archiwum prywatne
Tomasz Opasiński
Tomasz Malkowski: Urodziłeś się w Gdyni, ale większą część życia spędziłeś na Śląsku. Jak to się stało, że młody człowiek z Polski robi karierę plakacisty w Hollywood?

Tomasz Opasiński: Sam nie wiem, jak to się potoczyło. Jestem przecież technikiem żeglugi śródlądowej! W Katowicach ukończyłem policealną szkołę grafiki komputerowej i potem pracowałem dla różnych agencji reklamowych - najpierw w Katowicach, potem w Warszawie. Planowałem wyjazd do Australii, okazało się to trudniejsze niż zdobycie wizy do USA. W Stanach byłem kiedyś na wycieczce, zachłysnąłem się sposobem życia, kulturą pracy. Wtedy zmieniłem plany z Australii na USA. Rozpocząłem pracę w Milwaukee i po kilku miesiącach dostałem ofertę pracy przy projektowaniu plakatów w najstarszej - niestety, nieistniejącej już - agencji Seiniger Advertising Group. Pracowałem i nadal pracuję z legendami amerykańskiego plakatu.

W 2002 roku otrzymałeś główną nagrodę PhotoshopWorld - Guru Award - w kategorii kolaż. Czy zwycięstwo w prestiżowym konkursie pomogło Ci w karierze w Stanach?

- Tak, ale nie załatwiło wszystkiego. Tutaj liczy się nie tylko praca w Photoshopie, ale coś więcej: strategiczne myślenie, umiejętność sprzedaży oraz rozmowy z klientami, a to już nieco inna bajka.

Czyli plakat to nie tylko czysta grafika?

- Za plakatami kryje się cały świat polityki Hollywood, kruczków prawnych, obostrzeń ze strony aktorów, ich prawników oraz tony technicznych spraw, które wpływają na końcowy wygląd plakatu. Stąd też wiele - nazwijmy to po imieniu - strasznych plakatów jest zlepkiem elementów, które nie współgrają ze sobą na jednym kawałku papieru.

Czy to dlatego plakaty amerykańskich filmów wydają się często do siebie podobne?

- Plakat, jak i kinematografia amerykańska, ma swój charakterystyczny styl. Obecna sytuacja to walka pomiędzy wymagającym wielokulturowym widzem a ograniczeniami ze strony wytwórni. Moja praca polega właśnie na pogodzeniu tych wszystkich nakazów i zakazów. Efekt końcowy jest często daleki od oczekiwań, ale przecież klient nasz pan. Nie twierdzę, że nie staram się włożyć w każdy projekt kawałka serca, ale w pewnym momencie trudno z tym wszystkim dać sobie radę.

Plakat jest bardzo skomercjalizowany i pozostawia mało miejsca na pomysły - stawia raczej na szokujące kadry, agresywne kolory oraz formy. Musi po prostu przemówić do mas, a nie do kilkunastu uczonych z doktoratem z filozofii.

Więc praca grafika dla wielkich wytwórni to ciężki kawałek chleba?

- Pierwsze, na co trzeba zwrócić uwagę, to niesamowita presja czasu. Niewiele osób ją wytrzymuje. Mnie jakoś się udaje, bo od lat mam fioła na punkcie punktualności. Panuje też czysto amerykańska konkurencja i jej "gorący oddech na karku", który czuć wszędzie, gdzie się nie ruszę. Na twoje miejsce jest tu wielu innych z całego świata, każdego dnia składają swoje oferty, przysyłają projekty.

Czy można być w Hollywood niezależnym artystą?

- Tak, trzeba mieć tylko wielkie samozaparcie oraz samodyscyplinę. Jest kilka faz projektu, gdy nikt nie ingeruje w to, co robię. Jednak im bliżej końca kampanii oraz premiery, nowe fakty wychodzą na światło dzienne i jakkolwiek mój pomysł by nie był dobry, nie uniknie modyfikacji.

Mieszkasz w samym Hollywood?

- Od paru lat mieszkam na jego obrzeżach. Blask Hollywood powoli już przestaje mnie oślepiać, zresztą okolica nie jest piękna. Tylko w blaskach fleszy i w ładnie skrojonych kadrach wygląda zupełnie nieźle. Po wyjściu z domu widzę słynny napis "Hollywood", który niestety nie jest oświetlony w nocy. Jest w nim jakaś magia, szczególnie dla tych, którzy przyjechali tu z podobnym pomysłem na życie co ja.

Czy nad plakatem pracujesz samodzielnie? A może to dzieło sztabu ludzi?

- W agencji, w której pracuję jako Senior Art Director/Group Head (Crew Creative Advertising - jedna z trzech kluczowych agencji tego typu w Stanach Zjednoczonych) pracuje ponad 130 osób. Oczywiście nie wszyscy zajmują się projektowaniem, produkujemy również trailery do filmów, strony internetowe, plakaty dla telewizji i dla gier komputerowych. Za powstaniem każdego takiego dzieła stoi sztab ludzi, jestem tylko początkiem i końcem tego ogniwa.

Jak wygląda praca nad plakatem? Czy Twoje stanowisko pracy to tylko komputer?

- Prace nad wysokobudżetowym plakatem zaczynamy ponad rok przed premierą filmu! Często jest on jeszcze w fazie castingu, ale już wtedy szuka się drogi do wypromowania go, nadania mu charakterystycznego kształtu. W ciągu tego roku agencja jest w stanie wyprodukować ponad 400-500 propozycji plakatów, z czego wybranych projektów finalnych będzie zaledwie kilka.

Zaczynamy od przeczytania skryptu, czasem oglądamy to, co zostało rozpoczęte, jeszcze bez dźwięku, efektów specjalnych i obróbki komputerowej. Później spotykamy się, dyskutujemy, szukamy odpowiedzi na pytania: jak oraz dlaczego tak, a nie inaczej chcemy ten film wypromować.

Moje stanowisko pracy nie jest niczym magicznym, często spotyka się takie w agencjach reklamowych i u nas w kraju. Oczywiście Adobe Photoshop CS3 jest tu podstawą, dwa monitory oraz duży tablet, do tego lampka na biurku, telefon, słuchawki, zestaw mazaków i... tabletki przeciwbólowe. Jako jeden z niewielu włączam grafikę trójwymiarową w proces tworzenia plakatu, co daje mi przewagę nad konkurencją.

Czy zrobienie plakatu wyłącznie umiejętna obróbka zdjęć?

- Jak w kinie, tak i w plakatach wszystko jest iluzją. Specjalizuję się w skomplikowanych montażach. Każdy plakat to zlepek kilkudziesięciu kompletnie niezwiązanych ze sobą na pozór zdjęć. Z jednego bierze się trawę, z drugiego chmurę, a z kolejnych rękę, łokieć aktora, górną część twarzy, sam uśmiech czy perukę babci. Na wygenerowanie jednego plakatu mam najwyżej kilka godzin, a przeciętnie w ciągu dnia muszę opracować 10. Czasami idzie jak po grudzie: brakuje zdjęć źródłowych, licencji, nie ma miejsca na plakacie, zła jest perspektywa ujęcia, kolorystyka czy oświetlenie. Trudno jest z 30 zdjęć zrobić coś, co by dobrze wyglądało, a jednocześnie odpowiadało wymaganiom klienta oraz specom od marketingu.

"Wygenerować plakat" - to nie są słowa, których użyłby artysta ślęczący nad swoim dziełem w zaciszu pracowni.

- Bo Hollywood to wielka fabryka, a plakaty są jej częścią. I jak w produkcji przemysłowej liczy się tu również wydajność. Robię 10 zupełnie różnych plakatów dziennie, bo na tym właśnie ta sztuka polega, aby móc generować coś z niczego w mgnieniu oka. W ciągu dnia robię na przykład trzy plakaty do komedii przed lunchem, a po lunchu cztery do dramatu i później wieczorem jeszcze trzy do horroru.

Po tylu zdobytych nagrodach jesteś znanym człowiekiem w branży?

- Znają mnie w Hollywood od kilku lat, a także w kilku miejscach poza nim. Nie narzekam na swą obecną sytuację, oczywiście nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej. Ze zleceniami nie mam problemu, gorzej z czasem na ich wykonanie.

Ale chyba nie zbijasz takich kokosów jak gwiazdy filmowe?

- Jeżdżę mini cooperem i na motorze, nie mam willi, bo w tym rejonie kosztuje kilka milionów dolarów, ale stać mnie na to i owo. Niezłe zarobki przychodzą po kilku latach pracy, a do tego czasu nie jest za różowo. Trzeba się przebić. Później idzie już jak po maśle.

Pojawiasz się w napisach końcowych filmów?

- Dobre pytanie z tymi napisami, bo swoje nazwisko może tam zobaczyć nawet ktoś, kto rozwoził tylko jedzenie na planie, ale nie osoba, która zaprojektowała kampanię. Wiem, co mówię, bo dotychczas współpracowałem przy ponad 250 kampaniach.

Z którego plakatu jesteś najbardziej zadowolony?

- Chyba z "Zakochanego Paryża", za który dostałem branżowego Oscara, czyli nagrodę Key Art Awards oraz Golden Trailer Award. Teraz pracuję nad serią, której nazwy zdradzić nie mogę. Przy każdym filmie obowiązuje mnie umowa o "ciszy w eterze" aż do czasu premiery.

Na Twoje plakaty można się chyba natknąć na całym świecie.

- Mam ogromną frajdę, gdy widzę swoje prace od Tokio po Bangladesz. Czasami moi znajomi przysyłają mi zdjęcia z nimi z wielu zakątków świata. To fajne uczucie dla komercyjnego artysty.

Czy w trakcie przygotowań spotykasz się też z aktorami?

- Poznałem wielu z nich podczas sesji zdjęciowych, wielu z nich to normalni ludzie. Mają oczywiście swoje wygibasy, które nieźle nakręcają im ich własny PR. Nie chcę tu nikogo obsmarowywać, ale kilkoro dało nam popalić, i to ostro. Od żądania dostarczenia ulubionych ciasteczek z Beverly Hills (Sprinkles), przez zakaz patrzenia prosto w oczy, a na stałej temperaturze 17 stopni Celsjusza na planie zdjęciowym skończywszy. Ale patrząc przez ponad 10 miesięcy na twarz aktora na ekranie monitora, czasem po kilka razy dziennie, nie zrobi on już na mnie wrażenia, gdy zobaczę go gdzieś na żywo.

Podobno powstają różne wersje plakatów tego samego filmu dla innych rejonów świata?

- Z całej kampanii oraz paruset propozycji wybieramy różne plakaty dla Europy, Azji, Ameryki Północnej. To inne kultury, inne mentalności i skojarzenia, a więc i inne strategie marketingowe. W niektórych krajach nie pokazuje się wielu rzeczy lub trzeba je pokazać w nieco inny sposób. Na przykład Japonia jest krajem z bardzo silnymi tradycjami i żelaznymi zasadami, gdzie z jednej strony połyka się wszystko, co amerykańskie, a z drugiej nie pozwala na promowanie niczego, co niejapońsko wygląda. Więc nawet najmniejszą zachodnią produkcję musimy "ubrać" w japońskie ciuszki, aby w ogóle mogła tam zaistnieć.

Często pracuję nad kilkoma plakatami tego samego filmu tylko dla Stanów, kilkoma wersjami nawet dla samego Los Angeles. Kiedyś zrobiłem specjalne plakaty na linie podmiejskich autobusów, które kursowały pod domem jednego z reżyserów.

Dla "Jestem legendą" robiłem plakaty do konkretnych krajów. Francuski przedstawia zrujnowany Paryż i kikut wieży Eiffla, angielska wersja ma zniszczony Tower Bridge. W sumie powstało 12 różnych plakatów. Nie zaakceptowano tylko polskiego, w którym zrobiłem ruiny Zamku Królewskiego w Warszawie i sterczącą resztkę kolumny Zygmunta. Uważano, że za bardzo przypomina obrazy z II wojny światowej i mógłby zmylić widzów co do treści filmu.

Chodzisz na oscarowe gale?

- Niestety nie, a chętnie bym zobaczył, jak wyglądają z bliska. Mamy swoje branżowe Oscary, tak zwane Key Art Awards, które rozdawane są w tym samym miejscu, gdzie nagrody Akademii Filmowej - w Kodak Theatre w Hollywood. W 2007 roku wygrałem nagrodę Key Art Award oraz Golden Trailer Award (nowojorska wersja Key Art Awards) i w tym roku agencja, z którą współpracuję, zapewne wystawi kilka moich plakatów.

Kiedyś było głośno o polskiej szkole plakatowej. Czujesz się jej spadkobiercą?

- Czy mam kogoś, kogo cenię, podziwiam i czerpię natchnienie? Niestety, nie. Pustka kompletna. Ale w plakacie nie ulegam tylko formie. Najbardziej wciąga mnie intryga. Wymarzony dla mnie plakat to taki, po którym usiadłbyś w domu i myślał o momencie, w którym już w końcu zobaczysz ten film, bo nie potrafisz zasnąć...

Czegoś Ci brakuje w Stanach?

- Jerunie! Te, synek, oczywiście, że brakuje. Nie urodziłem się na Śląsku, ale jest mi on strasznie bliski. Spędziłem tam większość życia. Chciałbym sobie od czasu do czasu z kimś tu w Hollywood pogodoć.

Tomasz Artur Opasiński (rocznik 1975) jest jednym z najbardziej cenionych twórców plakatów w amerykańskiej branży filmowej. Autor i współautor plakatów m.in. do filmów: „Włoska robota”, „Madagaskar”, „Hulk”, „Gothica”, „Roboty”, „Wyznania gejszy”, „Auta”, „King Kong”, „Harry Potter”, „Epoka lodowcowa”. Specjalista komputerowej grafiki wydawniczej i reklamowej, Adobe Certified Expert. Uczestniczył, również w charakterze jurora, w wielu konkursach, m.in.: Young Creatives Cannes Lions Contest, The Hollywood Reporter Annual Key Art Awards. Był nagradzany przez International Association of Web Masters and Designers oraz zdobył Guru Award in Photoshop Excellence na konferencji PhotoshopWorld w 2002 roku. Jest członkiem National Association of Photoshop Professionals.

Materiały opublikowane dzięki uprzejmości firm: Seiniger Advertising Group, The Ant Farm, Trailer Park Print and Crew Creative Advertising - C 2008. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Podziel się

  • 18 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos