Ernest Wilimowski tęsknił za Śląskiem

not. Paweł Czado
25.05.2007 , aktualizacja: 25.05.2007 00:00
A A A Drukuj
- Dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak ważną postacią dla Ślązaków był mój ojciec - mówi Sylvia Haarke. Córka Ernesta Wilimowskiego - dla wielu najlepszego piłkarza, jaki kiedykolwiek zagrał w reprezentacji Polski - pierwszy raz w życiu przyjechała odwiedzić jego rodzinne strony.
ZOBACZ TAKŻE
Strzelał gole z uśmieszkiem na ustach, czym doprowadzał bramkarzy do wściekłości. Szczupły, rudowłosy, o bezczelnym spojrzeniu. Pochodzący z Katowic piłkarz zdobył 21 goli w 22 meczach reprezentacji Polski (w tym cztery z Brazylią w 1938 roku - jako pierwszy piłkarz w jednym spotkaniu na mistrzostwach świata), 112 goli w 86 meczach ligowych (aż 10 w jednym meczu - ten rekord nigdy nie zostanie pobity!). Na co dzień dość niesforny - był dyskwalifikowany za miłość do kobiet i... likieru. Z Ruchem Chorzów zdobył cztery tytuły mistrza Polski. Od wybuchu wojny aż do 1959 r. grał w klubach niemieckich. Miał restaurację w Karlsruhe. W tym mieście zmarł i został pochowany.

W Polsce zarzucano mu zdradę. Powojenna komunistyczna propaganda uznała Wilimowskiego za renegata. Wyrzucano mu, że grał w piłkę w czasie okupacji, a potem zdecydował się na grę w kadrze Niemiec. Prawie nikt naprawdę nie starał się poznać jego losów, a te były niezwykle złożone. W latach 1941-42 grał w reprezentacji Niemiec (13 goli w ośmiu meczach, w tym słynne cztery gole w meczu ze Szwajcarią), ale powołanie do "Mannschaftu" dostał po wielu miesiącach sportowego bojkotu. Po wojnie został w Niemczech na stałe. Choć przez ponad pół wieku marzył o przyjeździe do Polski i tęsknił za Śląskiem, nigdy go już nie zobaczył. - Gdyby nie wojna, nigdy bym z Katowic nie wyjechał - mówił przed śmiercią. Zmarł w zapomnieniu w 1997 roku. Do końca miał świadomość własnej klasy, wiedział, że był okres, kiedy był najlepszym zawodnikiem na świecie.

Mimo że przez lata się o Wilimowskim głośno nie mówiło, pozostał w pamięci śląskich kibiców. Gerard Cieślik podkreśla, że "Ezi" był najlepszym piłkarzem, jakiego widział. Kazimierz Górski specjalnie przyjeżdżał na Śląsk, żeby tylko ujrzeć go w akcji. Dziś to piłkarz legendarny. Nic dziwnego, że na spotkanie w Tarnowskich Górach z najstarszą córką "Eziego" i jej mężem Karlem-Heinzem Haarke, autorem wydanej w Niemczech biografii piłkarza, przyszło we wtorek tylu kibiców. Ci starsi, pamiętający jeszcze przedwojenne czasy, patrzyli na nią badawczo. Stwierdzili, że Sylvia jest do ojca bardzo podobna. Jej włosy mają leciutki rudawy odcień, ma prawie identyczny profil.

Po kilku godzinach kibice wyszli usatysfakcjonowani. Zadawali mnóstwo pytań, a państwo Haarke bardzo zajmująco odpowiadali.

O tęsknocie

Tata - choć tyle lat mieszkał w Niemczech - zawsze powtarzał, że jest Górnoślązakiem. Śląsk i piłka nożna były dla niego najważniejsze, często to powtarzał. W 1995 roku była nawet szansa, żeby po latach przyjechał na Śląsk (zaprosił go Ruch Chorzów z okazji 75-lecia), ale ostatecznie musiał odmówić, bo moja mama chorowała na serce. Bardzo ubolewał, że nie mógł przyjąć zaproszenia. Niemieccy dziennikarze zawsze pisali o nim "Ernst Willimowski", ale on do końca życia zachował pisownię nazwiska taką, jakiej używał na Śląsku, czyli "Wilimowski".

O Janie Pawle II

Tata zawsze był katolikiem i podkreślał przywiązanie do religii. Przez lata wspominał spotkanie z Karolem Wojtyłą. Miało do niego dojść jeszcze przed wojną, w Nowym Targu. Wiem, że zarówno Jan Paweł II, jak i ojciec świetnie jeździli na nartach, ale nie mam pojęcia, czy spotkali się na stoku. Wiem tylko, że to spotkanie zrobiło na nim wielkie wrażenie.

O niezwykłym szczególe anatomicznym

Mój ojciec miał sześć palców u prawej nogi. Traktował to jako coś, co przynosi mu szczęście na boisku.

O nieudanym transferze do Brazylii

Ojciec mówił mi, że mecz z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 r. uważa za najlepszy w karierze. Mało kto wie, że niewiele brakowało, a grałby w tamtejszej lidze! Po spotkaniu podeszli do niego zachwyceni brazylijscy działacze i zaproponowali przenosiny za Atlantyk. Ojciec podpisał nawet wstępny kontrakt! Polscy działacze byli wściekli, kiedy się o tym dowiedzieli. Wybuchła awantura i ojciec ostatecznie zrezygnował z gry w Brazylii.

O Auschwitz

Musieliśmy tam pojechać, bo moja babcia Paulina (matka Wilimowskiego) była więźniarką Auschwitz. Wiele razy opowiadała mi o strasznych przeżyciach w obozie. Z tego co wiem, już po wojnie za pobyt w Auschwitz dostała odszkodowanie.

O największym rozczarowaniu

W 1954 roku Niemcy zostały mistrzem świata w piłce nożnej. Ojciec miał wtedy 38 lat. Jak na piłkarza nie był pierwszej młodości, ale nadal był świetnym zawodnikiem. Nadrabiał techniką i przebojowością. Był bardzo zawiedziony, że trener Sepp Herberger nie powołał go wtedy do reprezentacji Niemiec. Nie czuł się gorszy od innych. Bardzo długo przeżywał, że turniej w Szwajcarii musiał oglądać jako zwykły kibic.

O Ruchu Chorzów

W dawnym klubie taty przyjęto nas niezwykle gościnnie. Pojawiliśmy się niezapowiedziani, ale kiedy jeden z działaczy usłyszał nazwisko "Wilimowski", tylko złapał się za głowę i od razu oprowadził nas po stadionie. Widzieliśmy trenujących małych chłopców. Na naszą uwagę, że kiedyś ci chłopcy ze Śląska wygrają z Niemcami, działacz odparł, że raczej tak się nie stanie. Ale my wierzymy, że tak będzie!

O bukmacherce

Po skończeniu kariery tata pasjonował się zakładami piłkarskimi. Grał dużo i wygrywał. Nic dziwnego, bo do końca życia bardzo interesował się piłką. Wiadomości czerpał głównie z "Kickera" i "Sportbildu". Na mecze piłkarskie chodził jeszcze na emeryturze. Lubił Karslruhe, HSV i Bayern. Chociaż nie... z monachijskich klubów bardziej wolał TSV 1860 [w jego barwach Wilimowski zdobył Puchar Niemiec w 1942 r. - przyp. autora].

O rodzinie

Ernest Wilimowski dochował się trzech córek - mnie, Sigrid i Ulle, syna Rainera, a także czterech wnuków: Stevena, Timo, Daphera i Janisa i wnuczki Nicole. Ja jestem najstarsza. Mieszkam w Hamburgu i pracuję jako asystentka w laboratorium zajmującym się prześwietleniami rentgenowskimi. Mąż jest inżynierem. Nasz syn Steven studiuje na uniwersytecie, będzie prawnikiem. Od piłki woli jednak tenis. Zresztą nikt w rodzinie nie odziedziczył po ojcu zdolności futbolowych.

O Śląsku

Jesteśmy zachwyceni Śląskiem. Wielkie wrażenie zrobiły na nas Katowice. Zarówno samo miasto, jak i jego mieszkańcy - otwarci, pomocni, serdeczni. Katowice są świetnie rozwiązane pod względem komunikacyjnym. Po długich poszukiwaniach odnaleźliśmy rodzinny dom ojca przy ul. Barbary. Byliśmy też na pobliskim cmentarzu i odszukaliśmy nawet grób z nazwiskiem "Wilimowski". Leżą tam Maria i Józef. Nie wiemy, czy to nasza rodzina.

Dodam, że macie tu świetną kuchnię. Smakowały mi zwłaszcza pierogi i barszcz, a przede wszystkim piwo. Jestem pewna, że ojcu bardzo by smakowało!