Gdyby nie poplątana historia XX wieku, dziś przedstawiałby się jako Horst Eckert. Trudniłby się ślusarstwem i dogorywał w familoku wtopionym w górnośląski pejzaż wież szybowych i wielkich pieców. Codzienny rytm jego życia wyznaczałyby praca w hucie, palenie machorki i nieustanne pijaństwo. Ale jego losy potoczyły się inaczej.
Jako pisarz Janosch napisał ponad 300 książek, które wydawano w gigantycznych nakładach i przetłumaczono na kilkadziesiąt języków. Jako malarz stworzył setki ilustracji (do własnych bajek, ale także do baśni braci Grimm i Andersena) i rozmaitych wzorów. Zdobią ściany renomowanych galerii, jak i koszulki czy szczoteczki do zębów. Mimo to powtarza przy każdej okazji, że jest prorokiem filozofii wiecznego lenistwa. - Wszystko przez to, że musiałem jakoś zarobić na jedzenie. Inaczej bym się tak nie przemęczał - tłumaczy kulisy swojej kariery.
W Niemczech czczą Janoscha jako twórcę "pokolenia J", generacji dzisiejszych trzydziestolatków, którzy wychowywali się na jego ilustrowanych opowieściach, w których pojawiała się tygryskowa kaczka na kółkach. Fankluby Janoscha powstały nawet w Japonii. - Bez iluzji nie można żyć, bo stoczylibyśmy się na dno. Okropności świata są zbyt przytłaczające - w taki sposób Janosch uzasadniał swoje bajkopisarskie powołanie.
Smak bimbru z Poręby
O tym, czym jest ludzkie dno, i jak łatwo je osiągnąć, dowiedział się jako dziecko. Przykładów dostarczali mu mieszkańcy rodzinnej Poręby (dzisiejszej dzielnicy Zabrza), miejscowości leżącej tuż przy przedwojennej granicy między Polską i Niemcami. Idylliczny świat, jaki Janosch tworzył w swoich bajkach, to właśnie antyteza jego dziecięcych wspomnień.
Przyszedł na świat w 1931r. Wychowywał się w familoku - piętrowym bloku wzniesionym z klinkierowej cegły na małym górniczym osiedlu. - W dziewięć osób zajmowaliśmy kuchnię i nieogrzewany pokój, którego ściany zimą pokrywał lód. Wychowywałem się w zapachu taniej machorki, czosnku i cebuli - w taki sposób Janosch opisze swój dom w jednej z powieści.
Przez matkę dewotkę, która tłukła go za byle przewinienie, stał się zagorzałym wrogiem Kościoła. - To, że jestem katolikiem, to największe nieszczęście, jakie mnie w życiu spotkało. W tej religii wszystko kręci się wokół strachu - opisywał w liście do redakcji czasopisma "Diesseits".
Ojciec, hutnik, który po pijaku pastwił się nad rodziną, przekazał mu tajniki pokątnego pędzenia bimbru i szybko zrobił z syna alkoholika. Na małym Janoschu spoczywało bowiem zadanie degustacji i oceny smaku świeżo przyrządzonego trunku. Zresztą u Eckertów bimber służył również jako lekarstwo na wszelkie dolegliwości. Małego Janoscha wyleczono w ten sposób z żółtaczki.
Gdy miał kilka lat, marzył o tym, by móc malować złotą, srebrną albo chociaż różową farbką, których, niestety, brakowało w jego palecie. Tych kolorów będzie nadużywać już jako dorosły malarz. Szkoły ludowej (tak w ówczesnych Niemczech nazywano podstawówki) nigdy nie skończył. Rzucił ją, mając trzynaście lat, i zaczął terminować jako ślusarz i kowal.
Pseudonim po pijaku
Jeszcze przed wybuchem wojny Eckertowie zdobyli lewe papiery, zacierające ślady po ich polskich przodkach. Jednak gdy wojna dobiegała końca i na Śląsk wkroczyli Rosjanie, a za nimi polska administracja, żadne dokumenty nie uchroniły ich przed wysiedleniem. Eckertowie znaleźli się w zachodnich Niemczech. Był rok 1945.
Jako Janosch zaistniał piętnaście lat później. W 1960 roku wydał swoją pierwszą bajkę: "Historia konia Wałka", do której namalował też kilka ilustracji. Wcześniej błąkał się po kraju. W Oldenburgu i Krefeld pracował w fabryce tekstyliów, a po pracy uczył się rysunku w przyzakładowej szkole. Później zatrudniono go przy projektowaniu nowych wzorów, którymi przyozdabiano ubrania. W latach 50. szukał szczęścia w Paryżu i próbował zostać studentem Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Bezskutecznie. Musiał zadowolić się statusem wolnego słuchacza. Mimo wysiłków nie udało mu się zdać egzaminów: profesorowie twierdzili, że brakuje mu talentu, by zostać artystą. Mimo to przez kilka lat dorabiał jako ilustrator.
O tym, jak narodził się jego pseudonim, krążą rozmaite opowieści. Nie wiadomo, czy jeszcze w latach 30. per Janosch wołał na Eckerta ukochany dziadek, czy też alter ego wymyślił po pijaku Georg Lentz, jego przyjaciel i wydawca jego pierwszej książki, chcąc by polskobrzmiące słowo na okładce przyciągnęło niemieckich czytelników? A może wszystkiemu winny jest zecer, który podczas przygotowania do druku "Historii konia Wałka" po prostu pomylił czcionki i z Janusza (taki właśnie pseudonim miał sobie Eckert wybrać) zrobił Janoscha? Na to pytanie pewnie nie potrafiłby odpowiedzieć sam Janosch, który znany jest z tego, że na poczekaniu wymyśla rzekome anegdotki ze swojego życia. - Ale przecież inni robią to samo - usprawiedliwia się pisarz.
Śląskie prawdy
Sławę zdobył dzięki wydanej w 1978 r. książce "Ach, jak piękna jest Panama", czyli opowieści o tym, jak Miś z Tygryskiem (para ulubionych Janoschowych bohaterów) odnajdują skrzynkę pachnącą bananami z napisem "Panama" i postanawiają za wszelką cenę przenieść się do tego kraju. Wówczas na jego pracę zwrócili uwagę krytycy literatury, a gaże, jakie dostawał za książki, niebywale wzrosły (wcześniej za opowiadanie płacono mu zaledwie 450 marek). Na prestiżowych wystawach pojawiły się jego rysunki, a bohaterów jego książek postanowiono przenieść na telewizyjny ekran. 13-odcinkowa seria filmów animowanych "Godzina snów Janoscha" przebiła pod względem oglądalności i dochodów bajki Disneya. Co więcej, to właśnie ten amerykański koncern wykupił prawa do emisji bajek Janoscha za Oceanem. Gadżety zdobione jego rysunkami produkuje się w Niemczech na przemysłową skalę. Jako pisarza uhonorowano go m.in. Niemiecką Nagrodą Młodzieży i najwyższym panamskim odznaczeniem państwowym.
Pozornie w jego bajkach nie ma nic niezwykłego. Ot, cienkie książeczki z prostymi obrazkami i niewyszukaną opowiastką. Janosch bowiem nigdy nie usiłował pisać wyszukanym językiem, a w jego niektórych rękopisach roiło się od błędów ortograficznych. Ale z drugiej strony, w jego opowieściach nie ma pedagogicznego moralizowania ani piętnowania niewłaściwych postaw, jest niezachwiany optymizm, ciepło i subtelny humor. Bo Janosch jako bajkopisarz pozostał Ślązakiem, a swoim czytelnikom przekazuje proste prawdy o życiu, które do dziś na rdzennym Śląsku przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Miś i Tygrysek oraz cała reszta wymyślonych przez Janoscha bohaterów poznaje te same proste reguły, jakie od lat rządziły światem Ślązaków. Z jego bajek wynika więc, że najlepiej żyć skromnie i być zadowolonym z tego, co się ma, że najwyższą wartością jest rodzina, że nie warto trwonić czasu na zdobywanie pieniędzy, bo te łatwo stracić, a rodzinna okolica to najlepsze miejsce do życia, jakie można znaleźć na ziemi.
Te prawdy poznawał jako mały Horst Eckert na podwórku familoka, a dziś dowiadują się o nich kolejne pokolenie młodych Niemców. Sam Janosch stał się jednym z czołowych autorów tworzących dla dzieci w XX w., a jego dorobek wpisuje się w ten sam prąd w europejskiej literaturze co "Muminki" Tove Jansson, przygody Pipi Langstrumpf pióra Astrid Lingren czy w końcu "Mały Książę" Saint-Exupéry'ego.
Bajki Janoscha wydane właśnie przez krakowski Znak robią w Polsce furorę. Kupują je rodzice dla swoich dzieci, dziadkowie dla wnuków, przyjaciele obdarowują się nimi z okazji urodzin. Janosch stał się lekturą kultową.
Polski farorz mówi "nie"
Do Polski wracał kilkakrotnie. Pierwszy raz na kartach powieści. W 1991 r. wydał "Polski Blues". Głównym motywem powieści jest podróż znanego reżysera i jego przyjaciół w poszukiwaniu gwiazdy paryskich klubów jazzowych - Zdenka Koziola vel Steve'a Pollaka, który rzucił karierę i zaszył się w jednej z polskich wsi. Książka wywołała konsternację. Niemców opis socjalistycznych realiów szokował. Polaków rozsierdzał, bo Janosch jak zwykle był bezlitosny: pisał o "milicjantach o twarzach katów" i dzieciach w "chyba stuletnich ubraniach", które biegały boso po polskich wsiach.
Dwa lata później przyjechał naprawdę. Odwiedził stare zabrzańskie kąty. Na ulicy Piekarskiej przez 60 lat prawie nic się nie zmieniło. - Tak naprawdę nigdy stąd nie wyjechałem. Całe moje późniejsze życie to tylko pozory, nic niewart kram - powiedział, gdy przekroczył próg rodzinnego familoka. W Zabrzu jego wizyta wywołała mieszane uczucia. Nie dość, że nie był na Śląsku specjalnie znany, to na dodatek uparł się, by zabrzański teatr miejski wystawił jego sztukę "Powrót do Uskow". "Powrót..." przekazano do recenzji i wstępnego tłumaczenia zaufanemu zabrzańskiemu duchownemu. Ten, gdy tylko przeczytał kilka pierwszych akapitów, złapał się za głowę. Sztuka miała antykościelną wymowę, a autor mieszał w niej z błotem nawet samego Papieża. O wystawieniu Janoscha nie mogło być mowy.
Śląska odtrutka
O pisarzu zrobiło się na Śląsku głośno jesienią 2004 r. Wtedy katowicki prywatny teatr Korez wystawił na swojej scenie "Cholonka", kameralną adaptację Janoschowej quasi-autobiografii "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny". Premierę natychmiast okrzyknięto teatralnym wydarzeniem roku, a bilety na przedstawienia trzeba rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem. Na "Cholonka" ściągają tłumy: studenci, naukowcy, urzędnicy. Ostatnio na widowni zasiadła w komplecie Rada Miejska ze Świętochłowic. "Cholonka" Janosch wydał w 1970 r., zanim jeszcze stał się sławny. Zajął się w nim opisem zmierzchu starego Śląska i jego największej tragedii. Akcja "Cholonka" zaczyna się groteskowo jeszcze przed wojną, kończy zaś tragicznie: wkroczeniem na Śląsk Armii Czerwonej i wysiedleniem Ślązaków na Zachód.
Jednocześnie Janosch ociera się o tematy tabu. Pisze o flircie Ślązaków z nazizmem i o tym, że mimo cudu gospodarczego wysiedleni nie potrafili odnaleźć się w zachodnich Niemczech. Janosch opisuje Ślązaków bez żenady: o ich pociągu do gorzały, powszechnym matriarchacie i świętoszkowatości. A jednocześnie przedstawia ich bardziej wiarygodnie niż powojenni polscy czy niemieccy historycy. Unika uogólnień i pisze o mieszkańcach Śląska jako o ofiarach historii, narodzie rozdartym między Polską a Niemcami, który, tak jak w antycznej tragedii, nie jest w stanie uchronić się przed zagładą.
Hamak na Teneryfie
Z własnymi sukcesami nie potrafił sobie poradzić. W 1980 r. ucieka z Niemiec na Teneryfę. Wcześniej w bawarskim Ammersee, w którym mieszkał od lat, na wielkim stosie pali swój dobytek. Na Teneryfę zabrał kilka koszul, dwie pary spodni i walizkę. - Miałem nieodpartą ochotę zacząć wszystko od nowa. Uciec przed kobietami i niemieckimi urzędami podatkowymi - tłumaczył później swoją decyzję.
Mieszka w chacie krytej słomą. Śpi w hamaku, choć podobno ma też starą sofę, którą przywiózł jeszcze ze Śląska. Zwykle budzi się o czwartej nad ranem. Potem pisze, maluje, rozmyśla. Rzadko przyjeżdża do Niemiec, jeszcze rzadziej zgadza się rozmawiać z dziennikarzami. Podobno najłatwiej spotkać go na plaży, gdzie wyleguje się z nierozłączną butelką dobrego alkoholu.
Jego towarzyszka życia nazywa się Ines, choć on mówi do niej per "ty tam". Jednocześnie twierdzi, że są małżeństwem, tyle że nie zaświadcza tego żaden dokument. - Nasze partnerstwo polega na tym, że ja leżę w hamaku, a ona pracuje. Nie rozmawiamy wiele, używamy telepatii. Gdy ona idzie do sklepu, to telepatycznie proszę ją, by kupiła ser. Zawsze działa - opowiada reporterce "Gali".
Znowu zmyślał?