Wśród nocnej ciszy
24.12.2011
, aktualizacja: 24.12.2011 16:32
Jedni siedzą z rodzinami przy suto zastawionych stołach, inni samotnie w garażu albo na ulicy, w policyjnym patrolu, w pociągu albo w przytulisku. Gdziekolwiek los rzuci człowieka, wieczór wigilijny zawsze będzie pamiętał. Opowieści wysłuchali reporterzy "Gazety"

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
- Wigilia to najspokojniejsza noc w roku. Dworzec wygląda inaczej niż zwykle. Jest cichy, ciemny, pusta hala prezentuje się monumentalnie. Taki widok działa kojąco, a nie depresyjnie - zapewnia Pan Roman, konduktor

Fot. MARCIN TOMALKA / AG
- Po wigilii w swoich domach wracamy do zwierząt - mówi Dominik Nawa, szef Przystani Ocalenie w Ćwiklicach

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
O czym rozmawia się na wigilii w knajpce? Na pewno nie o świętach! - Raczej o tym, kto co robi, co u kogo słychać. Jeśli ktoś już coś wspomni o Bożym Narodzeniu, to albo że się przejadł, albo że wkurza go nasiadówka przy stole - mówi Dominik Tokarski właściciel klubu Kato
Składam życzenia i sprawdzam bilety
Radosław Muras od 21 lat jest konduktorem. Wbrew pozorom Wigilia na kolei to jeden z najbardziej pracowitych dni w roku. Wydawałoby się, że wszyscy kupili już świąteczne prezenty, mają karpia i nie myślą o podróżowaniu. A jest inaczej. - Pamiętam wigilijny kurs z Katowic do Wisły, gdy wyjeżdżaliśmy po 18, a na miejscu byliśmy o 21. Myślałem, że w wagonach będę ja i kilku pasażerów, bo pewnie wszyscy siedzą już przy kolacji. A tymczasem ruch był jak w najbardziej pracowite dni. Jedni pasażerowie jechali z Niemiec do rodziny w Wiśle, z przesiadką w Katowicach, inni spieszyli się na Wigilię w sanatorium, kolejni na narty i cieszyli się, że zostaną aż do sylwestra - mówi pan Radosław.
Czasami lubi zagadnąć podróżnych o to, gdzie się wybierają. - A w Wigilię jakoś tak łatwiej porozmawiać, bo ludzie są bardziej życzliwi i otwarci - dodaje. Stara się każdemu pasażerowi złożyć krótkie życzenia. Zwykle przy sprawdzaniu biletów, bo pan Radosław tego obowiązku nigdy nie odpuszcza. - Jestem konduktorem i to jest moja praca. Nie mogę jej lekceważyć, nawet z powodu świąt - zapewnia.
Na szczęście nikomu w wigilijny wieczór nie musiał wypisać jeszcze mandatu. Tak się jakoś złożyło, że jeszcze nikt nie próbował wtedy jechać na gapę. Ale nieprzyjemne sytuacje też się zdarzały. - Do dziś pamiętam mężczyznę, który wsiadał zawsze w Chybiu. Wchodzę do wagonu, sprawdzam bilety, składam życzenia i miło gawędzę sobie z pasażerami. A ten pan w pewnym momencie na cały głos: "Chyba tych kolejarzy w Wigilię popier.. ". Głupio się zachował, bo wykonywałem tylko swoje obowiązki. Potem spotkałem go znowu w pociągu przed sylwestrem. Nie odezwał się ani słowem. Wtedy chciał się pewnie tylko tak popisać. Ludzie mają swoje problemy - mówi pan Radosław.
W pociągu trudno o wigilijny nastrój, bo nie ma choinek czy świątecznych stroików. Czasem tylko maszyniści w swoich kabinach ustawiają malutkie drzewka, ale też nie zawsze. Dzieje się tak, bo kolejarze co chwila przesiadają się do innych składów. Dziś jadą takim pociągiem, jutro całkiem innym. Przed laty, gdy każdy miał przypisanych pięć pociągów, było inaczej. - Wtedy stroiło się nawet choinki, bo każdy dbał o swoje składy i chciał, by wyglądały jak najlepiej - mówi pan Radosław.
Ale wigilijny opłatek nie zniknął. Konduktorzy i maszyniści dzielą się nim w trasie albo w bazie w Czechowicach-Dziedzicach lub w Katowicach. - A potem to już wiadomo. Każdy jak najszybciej ucieka do domu, żeby spędzić Wigilię i święta z rodziną - mówi pan Radosław.
W tym roku jest bardzo zadowolony z grafiku. Pracę skończy o godz. 10. Wigilię spędzi więc w domu z najbliższymi.
Kolęda w garażu nr 28
Za ostatnie pieniądze po rozwodzie z żoną Andrzej O. kupił sobie garaż na uboczu, blisko cmentarza w Gliwicach. Drzwi nie było, więc na drucie powiesił zasłonkę, żeby zimno nie ciągnęło. Przynajmniej jest dach nad głową. Przez lata, szperając po śmietnikach, z których żyje, załatał otwór znalezionymi płytami styropianu, zamiast okna wprawił płytę z poliwęglanu, a na końcu zbudował zmyślny piecyk, przy którym grzeje się wieczorami.
- Drzwiczki do pieca też znalazłem na śmietniku. Ktoś rozebrał kaflok i wyrzucił - mówi Andrzej, dumny ze swojego dzieła.
W Wigilię wstanie rano, umyje ręce i nogi w wiaderku wody, którą przynosi z cmentarnej studzienki. Potem natrze dziurawe zęby i dziąsła solą kuchenną i przeżuje ząbek czosnku. - Najlepszy na przeziębienia i biegunkę. Zawsze trzymam pod policzkiem, ssę jak landrynkę - mówi Andrzej.
Gdy miasto będzie szykować się do wieczerzy, a ludzie ruszą na ostatnie zakupy, Andrzej metodycznie przeszuka śmietniki, żeby znaleźć jedzenie. - Głodny nigdy nie chodzę spać - mężczyzna wącha czujnie woreczek z obgotowanym mięsem, marchewką i pietruszką, które jakaś gospodyni wyciągnęła z rosołu. - Nawet jak nic nie znajdę, to suchy chleb będzie zawsze. Kromki moczę w oleju rzepakowym. Czytałem, że w śródziemnomorskich krajach chleb w oliwie to jest przysmak! - mówi Andrzej.
Przypuszcza, że odwiedzi go dorosły syn, który niedawno wrócił z pracy w Danii i wpada do ojca po parę złotych albo po jakiś nowy skarb znaleziony na śmietniku. - Miałem już telefony, radia, baterii też pełno, ale nie słucham, wolę popatrzyć na ogień i pomyśleć. Jak będę się bardzo nudził, może skoczę do sąsiada. Podejrzał, jak mieszkam, i zajął garaż w tym samym szeregu. Ale jest młodszy i ciągle gapi się w mały telewizorek, bo żyć nie może bez niego. Prądu mu jeszcze nie odcięli, jak mnie - mówi bezdomny.
W telewizorku u sąsiada na pewno puszczą kolędy. Mężczyźni wypiją za Boże Narodzenie i potem Andrzej położy się spać na swoim łóżku przy tylnej ścianie garażu. Zbudował je z wielu plastrów styropianu budowlanego i będzie mu ciepło, bo grube kołdry na zimę przyniósł ze śmietników już w październiku po pierwszych chłodach. - Tylko te myszy - nie dają mi spać. Kurde, ciągle chrobocą. Ja już nie wiem, czy one ten styropian jedzą, czy zbierają. Kurde! W Wigilię się ich spytam, może mi odpowiedzą ludzkim głosem, hi, hi
Po kolacji idziemy na piwo
Dominik Tokarski, właściciel klubu Kato na ul. Mariackiej w Katowicach, pamięta czasy, gdy jeszcze jako nastolatek chodził na pasterkę do kościoła na osiedlu. - Zaraz po mszy pod kościołem spotykaliśmy się ze znajomymi. Nie mogliśmy się nagadać. Co kto dostał, ile kto zjadł. Gdyby wtedy gdzieś w pobliżu była knajpa, a my trochę bardziej dorośli, pewnie byśmy tam poszli. A tak staliśmy na mrozie, a do domu przychodziło się koło 3 w nocy - wspomina. Kilka lat temu, gdy Tokarski mieszkał w Niemczech, kumpel zapytał, czy wieczorem 24 grudnia nie skoczyłby z nim na piwo. - Powiedziałem tylko, że to nie bardzo przystoi, co w domu powiedzą, że ten jeden wieczór w roku trzeba koniecznie spędzić z rodziną. Kumpel popatrzył dziwnie i zapowiedział, że po mnie przyjdzie. No więc poszedłem. W knajpie było mnóstwo ludzi. Wszyscy ze sobą rozmawiali, świetnie się bawili - wspomina Tokarski. Od tamtej pory sam nie tylko zawsze w Wigilię chodzi do knajpki, ale kiedy otworzył swoją własną, na wigilię zaprasza do siebie. - Pierwszą urządziłem rok temu. W tym roku również się odbędzie. Sam stanę za barem, wszyscy pracownicy mają ten wieczór wolny - zapewnia.
Czy to zerwanie z tradycją? Tokarski zapewnia, że nie, bo w każdą Wigilię od rana pomaga w kuchni przygotowywać potrawy. Od rana towarzyszy też swojej rodzinie. - Święta spędzam w małym gronie z mamą, siostrą i babcią. Nie jeździmy do krewnych gdzieś pod Wałbrzych czy Przemyśl. Ale nawet gdybym miał w domu prawdziwy zjazd rodzinny, też chciałbym się wyrwać. Kiedy człowiek od rana przebywa w tym samym gronie, musi złapać choć chwilę oddechu, żeby nie czuć przesytu, nie być przytłoczonym - uważa Tokarski. Zapewnia, że nie jest to ucieczka z domu, jak w przypadku innych znajomych. - Dziś zresztą nie ma już dużych, wielopokoleniowych rodzin. Dla wielu ludzi od 20. do 30. roku życia to właśnie znajomi zastępują rzesze sióstr i braci. Znajomi też są bliscy, dlaczego więc nie spotkać się też z nimi w ten wyjątkowy wieczór? - pyta Tokarski.
W zeszłym roku do Kato przyszło wiele osób. Sporo z nich na święta do kraju przyjechało z Anglii, Niemiec czy Irlandii. - Wpadliśmy tylko na kilka dni. Kiedy mamy się spotkać? - pytają zdziwieni.
O czym rozmawia się na wigilii w knajpce? Na pewno nie o świętach! - Raczej o tym, kto co robi, co u kogo słychać. Jeśli ktoś już coś wspomni o Bożym Narodzeniu, to albo że się przejadł, albo że wkurza go nasiadówka przy stole. Ludzie przychodzą normalnie ubrani. Nie puszczam kolęd, bo we wszystkich marketach grają je od 1 listopada i mam już dość. Ale przynosimy sobie prezenty - dodaje Tokarski. Muszą być drobne albo oldschoolowe. Daje się więc piersiówkę wiśniówki czy parę skarpet. Czy to namiastka świątecznego wieczoru? - Nie chodzi o emblematy, wystrój i rytuał. Najważniejsze jest to, że w jednym miejscu właśnie w Wigilię spotykają się ludzie, którzy są dla siebie ważni i się lubią. Jak patrzę na twarze zebranych, to wiem, że zaczęło się Boże Narodzenie - cieszy się Tokarski.
Radosław Muras od 21 lat jest konduktorem. Wbrew pozorom Wigilia na kolei to jeden z najbardziej pracowitych dni w roku. Wydawałoby się, że wszyscy kupili już świąteczne prezenty, mają karpia i nie myślą o podróżowaniu. A jest inaczej. - Pamiętam wigilijny kurs z Katowic do Wisły, gdy wyjeżdżaliśmy po 18, a na miejscu byliśmy o 21. Myślałem, że w wagonach będę ja i kilku pasażerów, bo pewnie wszyscy siedzą już przy kolacji. A tymczasem ruch był jak w najbardziej pracowite dni. Jedni pasażerowie jechali z Niemiec do rodziny w Wiśle, z przesiadką w Katowicach, inni spieszyli się na Wigilię w sanatorium, kolejni na narty i cieszyli się, że zostaną aż do sylwestra - mówi pan Radosław.
Czasami lubi zagadnąć podróżnych o to, gdzie się wybierają. - A w Wigilię jakoś tak łatwiej porozmawiać, bo ludzie są bardziej życzliwi i otwarci - dodaje. Stara się każdemu pasażerowi złożyć krótkie życzenia. Zwykle przy sprawdzaniu biletów, bo pan Radosław tego obowiązku nigdy nie odpuszcza. - Jestem konduktorem i to jest moja praca. Nie mogę jej lekceważyć, nawet z powodu świąt - zapewnia.
Na szczęście nikomu w wigilijny wieczór nie musiał wypisać jeszcze mandatu. Tak się jakoś złożyło, że jeszcze nikt nie próbował wtedy jechać na gapę. Ale nieprzyjemne sytuacje też się zdarzały. - Do dziś pamiętam mężczyznę, który wsiadał zawsze w Chybiu. Wchodzę do wagonu, sprawdzam bilety, składam życzenia i miło gawędzę sobie z pasażerami. A ten pan w pewnym momencie na cały głos: "Chyba tych kolejarzy w Wigilię popier.. ". Głupio się zachował, bo wykonywałem tylko swoje obowiązki. Potem spotkałem go znowu w pociągu przed sylwestrem. Nie odezwał się ani słowem. Wtedy chciał się pewnie tylko tak popisać. Ludzie mają swoje problemy - mówi pan Radosław.
W pociągu trudno o wigilijny nastrój, bo nie ma choinek czy świątecznych stroików. Czasem tylko maszyniści w swoich kabinach ustawiają malutkie drzewka, ale też nie zawsze. Dzieje się tak, bo kolejarze co chwila przesiadają się do innych składów. Dziś jadą takim pociągiem, jutro całkiem innym. Przed laty, gdy każdy miał przypisanych pięć pociągów, było inaczej. - Wtedy stroiło się nawet choinki, bo każdy dbał o swoje składy i chciał, by wyglądały jak najlepiej - mówi pan Radosław.
Ale wigilijny opłatek nie zniknął. Konduktorzy i maszyniści dzielą się nim w trasie albo w bazie w Czechowicach-Dziedzicach lub w Katowicach. - A potem to już wiadomo. Każdy jak najszybciej ucieka do domu, żeby spędzić Wigilię i święta z rodziną - mówi pan Radosław.
W tym roku jest bardzo zadowolony z grafiku. Pracę skończy o godz. 10. Wigilię spędzi więc w domu z najbliższymi.
Kolęda w garażu nr 28
Za ostatnie pieniądze po rozwodzie z żoną Andrzej O. kupił sobie garaż na uboczu, blisko cmentarza w Gliwicach. Drzwi nie było, więc na drucie powiesił zasłonkę, żeby zimno nie ciągnęło. Przynajmniej jest dach nad głową. Przez lata, szperając po śmietnikach, z których żyje, załatał otwór znalezionymi płytami styropianu, zamiast okna wprawił płytę z poliwęglanu, a na końcu zbudował zmyślny piecyk, przy którym grzeje się wieczorami.
- Drzwiczki do pieca też znalazłem na śmietniku. Ktoś rozebrał kaflok i wyrzucił - mówi Andrzej, dumny ze swojego dzieła.
W Wigilię wstanie rano, umyje ręce i nogi w wiaderku wody, którą przynosi z cmentarnej studzienki. Potem natrze dziurawe zęby i dziąsła solą kuchenną i przeżuje ząbek czosnku. - Najlepszy na przeziębienia i biegunkę. Zawsze trzymam pod policzkiem, ssę jak landrynkę - mówi Andrzej.
Gdy miasto będzie szykować się do wieczerzy, a ludzie ruszą na ostatnie zakupy, Andrzej metodycznie przeszuka śmietniki, żeby znaleźć jedzenie. - Głodny nigdy nie chodzę spać - mężczyzna wącha czujnie woreczek z obgotowanym mięsem, marchewką i pietruszką, które jakaś gospodyni wyciągnęła z rosołu. - Nawet jak nic nie znajdę, to suchy chleb będzie zawsze. Kromki moczę w oleju rzepakowym. Czytałem, że w śródziemnomorskich krajach chleb w oliwie to jest przysmak! - mówi Andrzej.
Przypuszcza, że odwiedzi go dorosły syn, który niedawno wrócił z pracy w Danii i wpada do ojca po parę złotych albo po jakiś nowy skarb znaleziony na śmietniku. - Miałem już telefony, radia, baterii też pełno, ale nie słucham, wolę popatrzyć na ogień i pomyśleć. Jak będę się bardzo nudził, może skoczę do sąsiada. Podejrzał, jak mieszkam, i zajął garaż w tym samym szeregu. Ale jest młodszy i ciągle gapi się w mały telewizorek, bo żyć nie może bez niego. Prądu mu jeszcze nie odcięli, jak mnie - mówi bezdomny.
W telewizorku u sąsiada na pewno puszczą kolędy. Mężczyźni wypiją za Boże Narodzenie i potem Andrzej położy się spać na swoim łóżku przy tylnej ścianie garażu. Zbudował je z wielu plastrów styropianu budowlanego i będzie mu ciepło, bo grube kołdry na zimę przyniósł ze śmietników już w październiku po pierwszych chłodach. - Tylko te myszy - nie dają mi spać. Kurde, ciągle chrobocą. Ja już nie wiem, czy one ten styropian jedzą, czy zbierają. Kurde! W Wigilię się ich spytam, może mi odpowiedzą ludzkim głosem, hi, hi
Po kolacji idziemy na piwo
Dominik Tokarski, właściciel klubu Kato na ul. Mariackiej w Katowicach, pamięta czasy, gdy jeszcze jako nastolatek chodził na pasterkę do kościoła na osiedlu. - Zaraz po mszy pod kościołem spotykaliśmy się ze znajomymi. Nie mogliśmy się nagadać. Co kto dostał, ile kto zjadł. Gdyby wtedy gdzieś w pobliżu była knajpa, a my trochę bardziej dorośli, pewnie byśmy tam poszli. A tak staliśmy na mrozie, a do domu przychodziło się koło 3 w nocy - wspomina. Kilka lat temu, gdy Tokarski mieszkał w Niemczech, kumpel zapytał, czy wieczorem 24 grudnia nie skoczyłby z nim na piwo. - Powiedziałem tylko, że to nie bardzo przystoi, co w domu powiedzą, że ten jeden wieczór w roku trzeba koniecznie spędzić z rodziną. Kumpel popatrzył dziwnie i zapowiedział, że po mnie przyjdzie. No więc poszedłem. W knajpie było mnóstwo ludzi. Wszyscy ze sobą rozmawiali, świetnie się bawili - wspomina Tokarski. Od tamtej pory sam nie tylko zawsze w Wigilię chodzi do knajpki, ale kiedy otworzył swoją własną, na wigilię zaprasza do siebie. - Pierwszą urządziłem rok temu. W tym roku również się odbędzie. Sam stanę za barem, wszyscy pracownicy mają ten wieczór wolny - zapewnia.
Czy to zerwanie z tradycją? Tokarski zapewnia, że nie, bo w każdą Wigilię od rana pomaga w kuchni przygotowywać potrawy. Od rana towarzyszy też swojej rodzinie. - Święta spędzam w małym gronie z mamą, siostrą i babcią. Nie jeździmy do krewnych gdzieś pod Wałbrzych czy Przemyśl. Ale nawet gdybym miał w domu prawdziwy zjazd rodzinny, też chciałbym się wyrwać. Kiedy człowiek od rana przebywa w tym samym gronie, musi złapać choć chwilę oddechu, żeby nie czuć przesytu, nie być przytłoczonym - uważa Tokarski. Zapewnia, że nie jest to ucieczka z domu, jak w przypadku innych znajomych. - Dziś zresztą nie ma już dużych, wielopokoleniowych rodzin. Dla wielu ludzi od 20. do 30. roku życia to właśnie znajomi zastępują rzesze sióstr i braci. Znajomi też są bliscy, dlaczego więc nie spotkać się też z nimi w ten wyjątkowy wieczór? - pyta Tokarski.
W zeszłym roku do Kato przyszło wiele osób. Sporo z nich na święta do kraju przyjechało z Anglii, Niemiec czy Irlandii. - Wpadliśmy tylko na kilka dni. Kiedy mamy się spotkać? - pytają zdziwieni.
O czym rozmawia się na wigilii w knajpce? Na pewno nie o świętach! - Raczej o tym, kto co robi, co u kogo słychać. Jeśli ktoś już coś wspomni o Bożym Narodzeniu, to albo że się przejadł, albo że wkurza go nasiadówka przy stole. Ludzie przychodzą normalnie ubrani. Nie puszczam kolęd, bo we wszystkich marketach grają je od 1 listopada i mam już dość. Ale przynosimy sobie prezenty - dodaje Tokarski. Muszą być drobne albo oldschoolowe. Daje się więc piersiówkę wiśniówki czy parę skarpet. Czy to namiastka świątecznego wieczoru? - Nie chodzi o emblematy, wystrój i rytuał. Najważniejsze jest to, że w jednym miejscu właśnie w Wigilię spotykają się ludzie, którzy są dla siebie ważni i się lubią. Jak patrzę na twarze zebranych, to wiem, że zaczęło się Boże Narodzenie - cieszy się Tokarski.
1
2
następne »
- 9 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Wśród nocnej ciszy
poborowy102
24.12.11, 18:10
niestety, ale "państwo" polskie traktuje gorzej Polaków niż kiedyś zaborcy i tak jest od dawna- za Jaruzelskiego gdy protestowali robotnicy, strzelano, zabijano, "bo rozkaz z Moskwy", potem »

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


