Zielone konie na osiedlu marzeń
05.09.2011
, aktualizacja: 05.09.2011 13:14
- Uczono nas, że architektom nie wolno dreptać w miejscu. Każdy następny projekt ma być wynalazkiem - mówi Henryk Buszko. Wspólnie z Aleksandrem Frantą wcielił tę zasadę w życie wielokrotnie, także projektując osiedle Tysiąclecia. 50 lat temu rozpoczęła się jego budowa.

Fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta
Osiedle Tysiąclecia (i Wesołe Miasteczko) z lotu ptaka

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego

Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Budowa os. Tysiąclecia na reprodukcjach z folderu reklamowego Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego
ZOBACZ TAKŻE
- Gdzie się podziały dzieci z Indersdorf? (11-10-11, 13:05)
- Gdy w Katowicach rządzili chłopi (01-10-11, 16:37)
- Jestem korfanciarą (08-09-11, 10:33)
- Coraz ciaśniej na osiedlu Tysiąclecia (18-08-11, 00:17)
- Na Tysiącleciu powstaną cztery nowe wieżowce (17-06-11, 13:52)
GALERIA ZDJĘĆ
- Tysiąclecie. Oto najlepsza dzielnica Katowic [ZDJĘCIA] (23-02-12, 12:15)
SERWISY
Po stawie płynie żaglówka z dwoma mężczyznami na pokładzie. Z offu ktoś gwiżdże melodię z filmu Romana Polańskiego "Nóż w wodzie". W tle widać tonące w zieleni białe wieżowce, potężne, ale zgrabne, o elewacjach poprzecinanych długimi poziomymi liniami balkonów. Taki film obejrzeli kilka lat temu widzowie festiwalu Era Nowe Horyzonty, wtedy jeszcze odbywającego się w Cieszynie. Nakręcił go Cezary Bodzianowski, jeden z najbardziej interesujących współczesnych polskich artystów. "Latający Holender" znajduje się dzisiaj w zbiorach Podlaskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Osiedle sfilmowane przez Bodzianowskiego to katowickie Tysiąclecie. Staw, po którym pływa łódka, miejscowi nazywają Maroko.
Można też Tysiąclecie pokazać inaczej, jak Robert Krzempek w nakręconym pięć lat temu filmie "Czeka na nas świat". Jest tłem dla opowieści o pozbawionych perspektyw młodych ludziach.
Zielone konie idą w górę
Pół wieku temu miejsce, w którym dzisiaj stoi osiedle, też wydawało się pozbawione obiecujących perspektyw. - Stały jeszcze pozostałości po zabudowaniach gospodarczych majątku ziemskiego, ale większość tego terenu to były po prostu pola. W najniżej położonej części znajdowało się osiedle zamieszkane przez biedotę. To właśnie je nazywano wtedy Maroko - wspomina architekt Henryk Buszko.
Teren był niestabilny, zryty kopalnianymi korytarzami. W dodatku, nawet w porównaniu z resztą mocno zadymionego Śląska, tutaj warunki były szczególnie paskudne. Bo ze wszystkich stron nawiewało zanieczyszczone powietrze.
Działka miała jednak też zalety. Była znakomicie zlokalizowana i dobrze skomunikowana z Katowicami i Chorzowem. Poza tym po drugiej stronie ulicy z inicjatywy Jerzego Ziętka zaczynał właśnie powstawać Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku. Latem 1959 roku Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej uznało, że zalety terenu nad jego wadami przeważają i 7 lipca uchwaliło zbudowanie tu osiedla mieszkaniowego dla 20 tys. ludzi. Chociaż potem ta liczba jeszcze wzrosła, nawet pierwotne założenia były imponujące. - Do tamtego momentu największym nowym katowickim kompleksem mieszkaniowym było osiedle Marchlewskiego na Koszutce, zbudowane między 1948 a 1953 rokiem dla 12 tysięcy ludzi - mówi prof. Irma Kozina, historyk sztuki.
Napływające do Katowic w poszukiwaniu pracy tłumy miały do dyspozycji głównie stare kamienice i familoki. Nowe mieszkania potrzebne więc były na gwałt. Ówczesne władze zdecydowały, że te, które powstaną naprzeciwko parku, będą nie byle jakie, adekwatne do nazwy. Projekt osiedla miał być wybrany w konkursie, a Jerzy Ziętek, wiceprzewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, czyli faktycznie wicewojewoda, postulował "wzorowe rozwiązania ekonomiczne, techniczne i przestrzenne".
Na konkurs nadesłano trzy prace. Jury wybrało z nich tę, którą przygotowali Henryk Buszko, Aleksander Franta, Marian Dziewoński i Tadeusz Szewczyk z Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego. Przez kolejne lata pracami nad nim kierowali dwaj pierwsi.
Znali się jeszcze z technikum, razem studiowali architekturę na Politechnice Krakowskiej, a po dyplomie postanowili poszukać szczęścia na rozbudowującym się Górnym Śląsku. Jako architekci Miastoprojektu Katowice szybko pokazali swój talent. Byli dopiero dwa lata po studiach, gdy w 1950 roku wygrali konkurs na projekt katowickiego Domu Związków Zawodowych. W architektonicznym światku nazwano ich "zielonymi końmi". To na pamiątkę konkursu na zagospodarowanie otoczenia warszawskiego Pałacu Kultury. Franta i Buszko, pracujący wtedy wspólnie z Jerzym Gottfriedem, zaproponowali, żeby na ówczesnym placu Stalina ustawić rzeźby koni pomalowanych na zielono. Konkurs przegrali, ale pseudonim do nich przylgnął. Byli obaj tuż po trzydziestce, gdy w 1958 roku dostali pozwolenie na oderwanie się od Miastoprojektu i utworzenie własnej Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego. Teraz, po wygranym konkursie na osiedle Tysiąclecia, dwie trzecie zespołu "zielonych koni" miało do wykonania największy projekt w swojej dotychczasowej karierze.
Prace nad nim zaczęli od serii badań. - Zleciliśmy między innymi opracowanie studium warunków klimatycznych. Prace nad nim trwały rok i były bardzo kosztowne, ale opłaciło się - mówi Buszko. Wyniki były obiecujące. Okazało się, że problem zanieczyszczenia powietrza można obejść poprzez odpowiednie rozwiązania architektoniczne.
Zalecono zabudowę punktową, ukierunkowanie dłuższych ścian na linii północ - południe, a w najniższym punkcie osiedla rezygnację z funkcji mieszkaniowej na najbliższym gruntu poziomie. Dzięki temu kompleks w naturalny sposób miał być przewietrzany. - Rezultat był taki, że w innych miejscach nie wiało, a na Tysiącleciu owszem - mówi dziś Buszko.
Główne zalecenia zapisane w studium warunków klimatycznych idealnie trafiały w plany architektów. Nie zamierzali co prawda całkowicie rezygnować z niskiej zabudowy. W cztero - i pięciokondygnacyjnych bloczkach mieszkańcy, którzy właśnie sprowadzili się do miasta, mieli się poczuć prawie jak w domach, które porzucili w poszukiwaniu lepszego życia. Na osiedlu dominować miała jednak wysoka, punktowa zabudowa. Bloki powstałe w pierwszej fazie budowy osiedla sięgnęły nawet 19 kondygnacji, ale to i tak nic wobec późniejszych wyczynów "zielonych koni". "Kukurydze", które zaczęli budować na osiedlu w latach 70., miały aż 25 kondygnacji!
Architekci oparli je na planie ośmioramiennej gwiazdy, powtarzając układ zaprojektowany dla osiedla, które miało powstać w innym punkcie miasta (nazwano je potem Gwiazdami). Tym razem jednak złagodzili ostre kanty biegnącymi po łukach balkonami. Bloki zamiast gwiazd zaczęły przypominać kolby kukurydzy. Jeśli chodzi o wysokość, nie mogły się z nimi równać żadne inne, poza warszawskimi, budynki mieszkalne w Polsce.
Osiedle jak ze snu
Teren wyznaczony pod osiedle w naturalny sposób dzielił się na dwie mniejsze działki. Architekci ten układ powtórzyli, tworząc dwie grupy zabudowy połączone w ich zamyśle centralnie ulokowanym ośrodkiem handlowo-usługowym. Kompozycję budynków dostosowano też do planu głównych alej WPKiW. Osiedle miało stać się przedłużeniem tamtego założenia, nową dzielnicą-parkiem. Dzięki wysokiej zabudowie udało się między blokami wydzielić obszerne tereny zielone, które miały służyć jako place zabaw i tereny rekreacyjne dla dorosłych. Architekci nazwali je "ogrodami blokowymi" i zalecili, by na części z nich urządzić ogrody jordanowskie.
Budynki postanowili rozstawić w odległości jeden od drugiego nie mniejszej niż 50 metrów. Dla dzisiejszych deweloperów usiłujących upchnąć jak najwięcej na jak najmniejszej powierzchni to nie do pomyślenia. Mieszkaniom towarzyszyła rozbudowana infrastruktura czyniąca z osiedla prawie samowystarczającą jednostkę. Zaplanowano i zbudowano sklepy, szkoły, żłobki, przychodnie, boiska, a nawet bary mleczne.
Mieszkańcom miał nie przeszkadzać uliczny ruch. Dopiero projektowana DTŚ miała przebiegać w takiej odległości od osiedla, by nie stanowiło to problemu dla jego mieszkańców. Henryk Buszko wspomina, że ulica Chorzowska, wtedy jednojezdniowa i brukowana, w przyszłości miała stracić na znaczeniu dzięki budowie przebiegającej za parkiem obwodnicy. Na razie budynki ustawiono w możliwie dużej odległości od niej i schowano za pasem zieleni. Wewnętrzne osiedlowe drogi poprowadzono tak, by nie musiały ich przekraczać dzieci udające się do szkoły. Cała inwestycja miała być zakończona do 1970 roku i kosztować około 700 mln zł. To miało być osiedle marzeń. I było nim, chociaż architektom przyszło zrezygnować z niektórych pomysłów.
Prawie jak w Hogwarcie
Prace budowlane rozpoczęto we wrześniu 1961 roku. Na pierwszy ogień poszły niskie budynki, do których mieszkańcy wprowadzili się trzy lata później. Nie zbudowano w nich wind. Buszko zapewnia, że nie stało się tak z woli projektantów. W ich zamyśle osiedle miało być przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Mimo wsparcia Ziętka musieli ustąpić. Pomysł uznano za kosztowną fanaberię. - Niskie bloki zaprojektowaliśmy więc tak, żeby była możliwość w przyszłości wstawienia wind do środka bez konieczności radykalnych przebudów - dodaje Buszko.
W wysokich blokach za to mieszkańcy mogą się poczuć jak uczniowie Hogwartu, słynnej szkoły magii. Żeby się do niej dostać, młodzi czarodzieje muszą na stacji kolejowej King`s Cross znaleźć peron dziewięć i trzy czwarte. Na osiedlu Tysiąclecia szczęśliwy lokator mieszkania na dziewiątym piętrze, żeby się do niego dostać, musi wysiąść z windy na piętrze osiem i pół. Architekci świadomie zdecydowali, że w wysokich blokach windy będą obsługiwać tylko połowę możliwych przystanków i zatrzymywać się na półpiętrach. - Przy takiej liczbie ludzi w szczytowych momentach windy zatrzymujące się na każdym poziomie nie zapewniałyby płynnej komunikacji - mówi Buszko. Bardziej cierpliwym mieszkańcom, dla których pokonanie kilku schodów stanowi problem, służyć miały dodatkowe windy poruszające się w szybach dostawionych do elewacji. Pomysł wyrzucono do kosza. Nie przeszła propozycja wydzielenia miejsc na portiernie, zamykanych pomieszczeń na wózki i rowery czy świetlic dla dzieci. Planowane w przyziemiach garaże w większości pozamieniano na sklepy i punkty usługowe. Przez kolejne lata "ogrody blokowe" gdzieniegdzie ustępowały przed parkingami albo bezładną prowizoryczną zabudową.
Nie spodobał się też "wypych".
- Wypych to nasz największy sukces i największa porażka - wspomina Aleksander Franta. Budynek, który dostarczył architektom tyle emocji, stoi przy ul. Tysiąclecia 41. Wygląda nieco inaczej niż otaczające go zabudowania. Jest bardziej przysadzisty, a wzdłuż elewacji biegną w górę solidne słupy. Zbudowano go "od dachu", metodą, której Franta, Buszko i konstruktor Konrad Korpys byli wynalazcami. "Na stropie piwnic lub najniższej kondygnacji wykonuje się poszczególne stropy, kładąc jeden na drugim, które ułożone są tym sposobem w stosie, a na ostatnim stropie kładzie się dach" - opisują swój pomysł w dokumencie złożonym w Urzędzie Patentowym PRL. Potem wystarczy przez pozostawione w stropach otwory potężnymi hydraulicznymi podnośnikami na słupach wypychać do góry kolejne kondygnacje. Taka budowa może się odbywać w każdych warunkach pogodowych, a teren wokół nie musi być zastawiony wielkimi dźwigami. - Ta metoda miała przed sobą przyszłość! - podkreśla Franta. Pierwszy budynek postawiony tą metodą wznieśli na próbę w chorzowskim parku. Pieniądze na budowę niskiego pawilonu znalazły się za sprawą niezrównanego Ziętka, zawsze gotowego wspierać pomysły architektów. Buszko wspomina, że Ziętek parkowym "wypychem" interesował się do tego stopnia, że kiedyś nawet zadzwonił do niego w tej sprawie w środku nocy - zaraz po tym, jak został poinformowany, że jeszcze nieukończona eksperymentalna konstrukcja się zawaliła. - Usłyszałem to od niego i oczywiście natychmiast z bijącym sercem pojechałem do parku. Okazało się, że budynek oczywiście stoi, jak stał. Wiatr przewrócił tylko niezabezpieczoną jeszcze ściankę działową. Zadzwoniłem z tym do Ziętka. "A to sk... donosiciele!", powiedział - śmieje się Buszko. Budowa "wypychu" na osiedlu Tysiąclecia obyła się już bez takich przygód. Blok gładko wspiął się górę na 12 kondygnacji, co architekci śmiało mogli uznać za sukces. Zwycięstwo jednak miało gorzki smak, bo kolejne budynki nakazano budować im już innymi, forsowanymi wtedy odgórnie metodami budowy.
Na dodatek przy osiedlu upchnięto oczyszczalnię ścieków. Miała być supernowoczesna i w najmniejszym stopniu nie uprzykrzać życia mieszkańcom. Wyszło jak zwykle, o wiele mniej idealnie.
Nie będą mi pchali kościoła do haźla!
Osobną wojnę stoczono o kościół. Na osiedlu stanowiącym dumę PRL miało go oczywiście nie być. Śląscy katolicy wspierani przez samego arcybiskupa Karola Wojtyłę starali się o niego kilkanaście lat. Pod koniec lat 70. Buszko i Franta mogli zacząć pracować nad jego projektem. Miejsce pod budowę znaleziono na skraju osiedla niedaleko stawu. - Kiedy już zaprojektowaliśmy kościół, przyjechał do nas ówczesny architekt miasta. Prawie płacząc, powiedział, że kazano mu obciąć połowę terenu dla kościoła i zmienić jego lokalizację na teren przy oczyszczalni ścieków. Poszliśmy z tym do wojewody Stanisława Kiermaszka. Powiedział: "Po moim trupie! Nie będą mi pchali kościoła do haźla!" - śmieje się Buszko. Świątynię przesunięto powtórnie, ograniczenie wielkości pozostało jednak aktualne. Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego kontrastujący płynnymi liniami z okoliczną zabudową jest do dziś uznawany za jeden z najciekawszych obiektów sakralnych w Polsce. Ofiarą niechęci partii do religii o mały włos stałby się całkowicie przecież obojętny ideologiczne staw Maroko. A to dlatego, że w trakcie budowy osiedla obok niego wysypywano ziemię z wykopów pod fundamenty. - Powstała górka i postanowiliśmy zaadaptować ją na miejsce rekreacyjne dla dzieci. Wiceprezydent Katowic, nie wiedzieć czemu, doszedł jednak do wniosku, że górka powstała z myślą o wizycie papieża. Wydał polecenie, żeby ziemię z niej zsypać do stawu - opowiada Buszko. Na szczęście operację udało się zatrzymać. Na górce nie stanęły już jednak nigdy planowane zjeżdżalnie dla dzieci. Żaden papież do tej pory również nie zaszczycił jej swoją obecnością.
Osiedle składa się dziś z prawie pół setki bloków, w których mieszka ponad 20 tys. ludzi. Budowa dwóch ostatnich "kukurydz" skończyła się na przełomie wieków. W tym samym czasie dobiegła końca budowa głównej części zespołu szkół artystycznych. - Nadal trwa budowa części sportowej szkół. A w przyszłym tygodniu jestem umówiony na spotkanie z proboszczem, bo w kościele trzeba jeszcze coś zrobić - odpowiada Buszko zapytany, kiedy właściwie skończyła się ich praca na osiedlu Tysiąclecia. Duet, którzy przez lata czuwał nad rozwojem osiedla, nadal czuje się za nie odpowiedzialny. Teraz solą w oku jest im deweloper, który wstawia pomiędzy istniejące budynki nowe bloki, niszcząc oryginalną kompozycję, zajmując tereny zielone i sprzeciwiając się wszystkim zasadom, które przyświecały projektantom Tysiąclecia.
Ziemię sprzedała mu (i jeszcze kilku innym inwestorom) spółdzielnia mieszkaniowa, a miasto wydało pozwolenia na budowę. Architektom nie udało się wygrać sprawy w sądzie, gdzie próbowali bronić swoich praw autorskich do osiedla i zatrzymać inwestycję. Równie gorąco przeciwko zagęszczaniu osiedla protestują jego mieszkańcy.
Dwa nowe bloki już stoją. Trwają przygotowania do budowy kolejnych.
Można też Tysiąclecie pokazać inaczej, jak Robert Krzempek w nakręconym pięć lat temu filmie "Czeka na nas świat". Jest tłem dla opowieści o pozbawionych perspektyw młodych ludziach.
Zielone konie idą w górę
Pół wieku temu miejsce, w którym dzisiaj stoi osiedle, też wydawało się pozbawione obiecujących perspektyw. - Stały jeszcze pozostałości po zabudowaniach gospodarczych majątku ziemskiego, ale większość tego terenu to były po prostu pola. W najniżej położonej części znajdowało się osiedle zamieszkane przez biedotę. To właśnie je nazywano wtedy Maroko - wspomina architekt Henryk Buszko.
Teren był niestabilny, zryty kopalnianymi korytarzami. W dodatku, nawet w porównaniu z resztą mocno zadymionego Śląska, tutaj warunki były szczególnie paskudne. Bo ze wszystkich stron nawiewało zanieczyszczone powietrze.
Działka miała jednak też zalety. Była znakomicie zlokalizowana i dobrze skomunikowana z Katowicami i Chorzowem. Poza tym po drugiej stronie ulicy z inicjatywy Jerzego Ziętka zaczynał właśnie powstawać Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku. Latem 1959 roku Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej uznało, że zalety terenu nad jego wadami przeważają i 7 lipca uchwaliło zbudowanie tu osiedla mieszkaniowego dla 20 tys. ludzi. Chociaż potem ta liczba jeszcze wzrosła, nawet pierwotne założenia były imponujące. - Do tamtego momentu największym nowym katowickim kompleksem mieszkaniowym było osiedle Marchlewskiego na Koszutce, zbudowane między 1948 a 1953 rokiem dla 12 tysięcy ludzi - mówi prof. Irma Kozina, historyk sztuki.
Napływające do Katowic w poszukiwaniu pracy tłumy miały do dyspozycji głównie stare kamienice i familoki. Nowe mieszkania potrzebne więc były na gwałt. Ówczesne władze zdecydowały, że te, które powstaną naprzeciwko parku, będą nie byle jakie, adekwatne do nazwy. Projekt osiedla miał być wybrany w konkursie, a Jerzy Ziętek, wiceprzewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, czyli faktycznie wicewojewoda, postulował "wzorowe rozwiązania ekonomiczne, techniczne i przestrzenne".
Na konkurs nadesłano trzy prace. Jury wybrało z nich tę, którą przygotowali Henryk Buszko, Aleksander Franta, Marian Dziewoński i Tadeusz Szewczyk z Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego. Przez kolejne lata pracami nad nim kierowali dwaj pierwsi.
Znali się jeszcze z technikum, razem studiowali architekturę na Politechnice Krakowskiej, a po dyplomie postanowili poszukać szczęścia na rozbudowującym się Górnym Śląsku. Jako architekci Miastoprojektu Katowice szybko pokazali swój talent. Byli dopiero dwa lata po studiach, gdy w 1950 roku wygrali konkurs na projekt katowickiego Domu Związków Zawodowych. W architektonicznym światku nazwano ich "zielonymi końmi". To na pamiątkę konkursu na zagospodarowanie otoczenia warszawskiego Pałacu Kultury. Franta i Buszko, pracujący wtedy wspólnie z Jerzym Gottfriedem, zaproponowali, żeby na ówczesnym placu Stalina ustawić rzeźby koni pomalowanych na zielono. Konkurs przegrali, ale pseudonim do nich przylgnął. Byli obaj tuż po trzydziestce, gdy w 1958 roku dostali pozwolenie na oderwanie się od Miastoprojektu i utworzenie własnej Pracowni Projektów Budownictwa Ogólnego. Teraz, po wygranym konkursie na osiedle Tysiąclecia, dwie trzecie zespołu "zielonych koni" miało do wykonania największy projekt w swojej dotychczasowej karierze.
Prace nad nim zaczęli od serii badań. - Zleciliśmy między innymi opracowanie studium warunków klimatycznych. Prace nad nim trwały rok i były bardzo kosztowne, ale opłaciło się - mówi Buszko. Wyniki były obiecujące. Okazało się, że problem zanieczyszczenia powietrza można obejść poprzez odpowiednie rozwiązania architektoniczne.
Zalecono zabudowę punktową, ukierunkowanie dłuższych ścian na linii północ - południe, a w najniższym punkcie osiedla rezygnację z funkcji mieszkaniowej na najbliższym gruntu poziomie. Dzięki temu kompleks w naturalny sposób miał być przewietrzany. - Rezultat był taki, że w innych miejscach nie wiało, a na Tysiącleciu owszem - mówi dziś Buszko.
Główne zalecenia zapisane w studium warunków klimatycznych idealnie trafiały w plany architektów. Nie zamierzali co prawda całkowicie rezygnować z niskiej zabudowy. W cztero - i pięciokondygnacyjnych bloczkach mieszkańcy, którzy właśnie sprowadzili się do miasta, mieli się poczuć prawie jak w domach, które porzucili w poszukiwaniu lepszego życia. Na osiedlu dominować miała jednak wysoka, punktowa zabudowa. Bloki powstałe w pierwszej fazie budowy osiedla sięgnęły nawet 19 kondygnacji, ale to i tak nic wobec późniejszych wyczynów "zielonych koni". "Kukurydze", które zaczęli budować na osiedlu w latach 70., miały aż 25 kondygnacji!
Architekci oparli je na planie ośmioramiennej gwiazdy, powtarzając układ zaprojektowany dla osiedla, które miało powstać w innym punkcie miasta (nazwano je potem Gwiazdami). Tym razem jednak złagodzili ostre kanty biegnącymi po łukach balkonami. Bloki zamiast gwiazd zaczęły przypominać kolby kukurydzy. Jeśli chodzi o wysokość, nie mogły się z nimi równać żadne inne, poza warszawskimi, budynki mieszkalne w Polsce.
Osiedle jak ze snu
Teren wyznaczony pod osiedle w naturalny sposób dzielił się na dwie mniejsze działki. Architekci ten układ powtórzyli, tworząc dwie grupy zabudowy połączone w ich zamyśle centralnie ulokowanym ośrodkiem handlowo-usługowym. Kompozycję budynków dostosowano też do planu głównych alej WPKiW. Osiedle miało stać się przedłużeniem tamtego założenia, nową dzielnicą-parkiem. Dzięki wysokiej zabudowie udało się między blokami wydzielić obszerne tereny zielone, które miały służyć jako place zabaw i tereny rekreacyjne dla dorosłych. Architekci nazwali je "ogrodami blokowymi" i zalecili, by na części z nich urządzić ogrody jordanowskie.
Budynki postanowili rozstawić w odległości jeden od drugiego nie mniejszej niż 50 metrów. Dla dzisiejszych deweloperów usiłujących upchnąć jak najwięcej na jak najmniejszej powierzchni to nie do pomyślenia. Mieszkaniom towarzyszyła rozbudowana infrastruktura czyniąca z osiedla prawie samowystarczającą jednostkę. Zaplanowano i zbudowano sklepy, szkoły, żłobki, przychodnie, boiska, a nawet bary mleczne.
Mieszkańcom miał nie przeszkadzać uliczny ruch. Dopiero projektowana DTŚ miała przebiegać w takiej odległości od osiedla, by nie stanowiło to problemu dla jego mieszkańców. Henryk Buszko wspomina, że ulica Chorzowska, wtedy jednojezdniowa i brukowana, w przyszłości miała stracić na znaczeniu dzięki budowie przebiegającej za parkiem obwodnicy. Na razie budynki ustawiono w możliwie dużej odległości od niej i schowano za pasem zieleni. Wewnętrzne osiedlowe drogi poprowadzono tak, by nie musiały ich przekraczać dzieci udające się do szkoły. Cała inwestycja miała być zakończona do 1970 roku i kosztować około 700 mln zł. To miało być osiedle marzeń. I było nim, chociaż architektom przyszło zrezygnować z niektórych pomysłów.
Prawie jak w Hogwarcie
Prace budowlane rozpoczęto we wrześniu 1961 roku. Na pierwszy ogień poszły niskie budynki, do których mieszkańcy wprowadzili się trzy lata później. Nie zbudowano w nich wind. Buszko zapewnia, że nie stało się tak z woli projektantów. W ich zamyśle osiedle miało być przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Mimo wsparcia Ziętka musieli ustąpić. Pomysł uznano za kosztowną fanaberię. - Niskie bloki zaprojektowaliśmy więc tak, żeby była możliwość w przyszłości wstawienia wind do środka bez konieczności radykalnych przebudów - dodaje Buszko.
W wysokich blokach za to mieszkańcy mogą się poczuć jak uczniowie Hogwartu, słynnej szkoły magii. Żeby się do niej dostać, młodzi czarodzieje muszą na stacji kolejowej King`s Cross znaleźć peron dziewięć i trzy czwarte. Na osiedlu Tysiąclecia szczęśliwy lokator mieszkania na dziewiątym piętrze, żeby się do niego dostać, musi wysiąść z windy na piętrze osiem i pół. Architekci świadomie zdecydowali, że w wysokich blokach windy będą obsługiwać tylko połowę możliwych przystanków i zatrzymywać się na półpiętrach. - Przy takiej liczbie ludzi w szczytowych momentach windy zatrzymujące się na każdym poziomie nie zapewniałyby płynnej komunikacji - mówi Buszko. Bardziej cierpliwym mieszkańcom, dla których pokonanie kilku schodów stanowi problem, służyć miały dodatkowe windy poruszające się w szybach dostawionych do elewacji. Pomysł wyrzucono do kosza. Nie przeszła propozycja wydzielenia miejsc na portiernie, zamykanych pomieszczeń na wózki i rowery czy świetlic dla dzieci. Planowane w przyziemiach garaże w większości pozamieniano na sklepy i punkty usługowe. Przez kolejne lata "ogrody blokowe" gdzieniegdzie ustępowały przed parkingami albo bezładną prowizoryczną zabudową.
Nie spodobał się też "wypych".
- Wypych to nasz największy sukces i największa porażka - wspomina Aleksander Franta. Budynek, który dostarczył architektom tyle emocji, stoi przy ul. Tysiąclecia 41. Wygląda nieco inaczej niż otaczające go zabudowania. Jest bardziej przysadzisty, a wzdłuż elewacji biegną w górę solidne słupy. Zbudowano go "od dachu", metodą, której Franta, Buszko i konstruktor Konrad Korpys byli wynalazcami. "Na stropie piwnic lub najniższej kondygnacji wykonuje się poszczególne stropy, kładąc jeden na drugim, które ułożone są tym sposobem w stosie, a na ostatnim stropie kładzie się dach" - opisują swój pomysł w dokumencie złożonym w Urzędzie Patentowym PRL. Potem wystarczy przez pozostawione w stropach otwory potężnymi hydraulicznymi podnośnikami na słupach wypychać do góry kolejne kondygnacje. Taka budowa może się odbywać w każdych warunkach pogodowych, a teren wokół nie musi być zastawiony wielkimi dźwigami. - Ta metoda miała przed sobą przyszłość! - podkreśla Franta. Pierwszy budynek postawiony tą metodą wznieśli na próbę w chorzowskim parku. Pieniądze na budowę niskiego pawilonu znalazły się za sprawą niezrównanego Ziętka, zawsze gotowego wspierać pomysły architektów. Buszko wspomina, że Ziętek parkowym "wypychem" interesował się do tego stopnia, że kiedyś nawet zadzwonił do niego w tej sprawie w środku nocy - zaraz po tym, jak został poinformowany, że jeszcze nieukończona eksperymentalna konstrukcja się zawaliła. - Usłyszałem to od niego i oczywiście natychmiast z bijącym sercem pojechałem do parku. Okazało się, że budynek oczywiście stoi, jak stał. Wiatr przewrócił tylko niezabezpieczoną jeszcze ściankę działową. Zadzwoniłem z tym do Ziętka. "A to sk... donosiciele!", powiedział - śmieje się Buszko. Budowa "wypychu" na osiedlu Tysiąclecia obyła się już bez takich przygód. Blok gładko wspiął się górę na 12 kondygnacji, co architekci śmiało mogli uznać za sukces. Zwycięstwo jednak miało gorzki smak, bo kolejne budynki nakazano budować im już innymi, forsowanymi wtedy odgórnie metodami budowy.
Na dodatek przy osiedlu upchnięto oczyszczalnię ścieków. Miała być supernowoczesna i w najmniejszym stopniu nie uprzykrzać życia mieszkańcom. Wyszło jak zwykle, o wiele mniej idealnie.
Nie będą mi pchali kościoła do haźla!
Osobną wojnę stoczono o kościół. Na osiedlu stanowiącym dumę PRL miało go oczywiście nie być. Śląscy katolicy wspierani przez samego arcybiskupa Karola Wojtyłę starali się o niego kilkanaście lat. Pod koniec lat 70. Buszko i Franta mogli zacząć pracować nad jego projektem. Miejsce pod budowę znaleziono na skraju osiedla niedaleko stawu. - Kiedy już zaprojektowaliśmy kościół, przyjechał do nas ówczesny architekt miasta. Prawie płacząc, powiedział, że kazano mu obciąć połowę terenu dla kościoła i zmienić jego lokalizację na teren przy oczyszczalni ścieków. Poszliśmy z tym do wojewody Stanisława Kiermaszka. Powiedział: "Po moim trupie! Nie będą mi pchali kościoła do haźla!" - śmieje się Buszko. Świątynię przesunięto powtórnie, ograniczenie wielkości pozostało jednak aktualne. Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego kontrastujący płynnymi liniami z okoliczną zabudową jest do dziś uznawany za jeden z najciekawszych obiektów sakralnych w Polsce. Ofiarą niechęci partii do religii o mały włos stałby się całkowicie przecież obojętny ideologiczne staw Maroko. A to dlatego, że w trakcie budowy osiedla obok niego wysypywano ziemię z wykopów pod fundamenty. - Powstała górka i postanowiliśmy zaadaptować ją na miejsce rekreacyjne dla dzieci. Wiceprezydent Katowic, nie wiedzieć czemu, doszedł jednak do wniosku, że górka powstała z myślą o wizycie papieża. Wydał polecenie, żeby ziemię z niej zsypać do stawu - opowiada Buszko. Na szczęście operację udało się zatrzymać. Na górce nie stanęły już jednak nigdy planowane zjeżdżalnie dla dzieci. Żaden papież do tej pory również nie zaszczycił jej swoją obecnością.
Osiedle składa się dziś z prawie pół setki bloków, w których mieszka ponad 20 tys. ludzi. Budowa dwóch ostatnich "kukurydz" skończyła się na przełomie wieków. W tym samym czasie dobiegła końca budowa głównej części zespołu szkół artystycznych. - Nadal trwa budowa części sportowej szkół. A w przyszłym tygodniu jestem umówiony na spotkanie z proboszczem, bo w kościele trzeba jeszcze coś zrobić - odpowiada Buszko zapytany, kiedy właściwie skończyła się ich praca na osiedlu Tysiąclecia. Duet, którzy przez lata czuwał nad rozwojem osiedla, nadal czuje się za nie odpowiedzialny. Teraz solą w oku jest im deweloper, który wstawia pomiędzy istniejące budynki nowe bloki, niszcząc oryginalną kompozycję, zajmując tereny zielone i sprzeciwiając się wszystkim zasadom, które przyświecały projektantom Tysiąclecia.
Ziemię sprzedała mu (i jeszcze kilku innym inwestorom) spółdzielnia mieszkaniowa, a miasto wydało pozwolenia na budowę. Architektom nie udało się wygrać sprawy w sądzie, gdzie próbowali bronić swoich praw autorskich do osiedla i zatrzymać inwestycję. Równie gorąco przeciwko zagęszczaniu osiedla protestują jego mieszkańcy.
Dwa nowe bloki już stoją. Trwają przygotowania do budowy kolejnych.
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
czy autor był na osiedlu??
polsz
05.09.11, 13:55
"Planowane w przyziemiach garaże w większości pozamieniano na sklepy i punkty usługowe. Przez kolejne lata "ogrody blokowe" gdzieniegdzie ustępowały przed parkingami albo bezładną »

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


