Jacek Krzyżanowski: Spółka z miastem to był błąd

Rozmawiał Maciej Blaut
2010-02-11 , aktualizacja: 11.02.2010 22:33
A A A Drukuj
- Gdybym w chwili zakładania Piasta SA miał taką wiedzę jak dziś, to na żaden udział w spółce miasta ani ja, ani moi koledzy ze stowarzyszenia byśmy się nie zgodzili - mówi odwołany niedawno prezes Piasta Gliwice.
Jacek Krzyżanowski, były prezes Piasta Gliwice
Fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta
Jacek Krzyżanowski, były prezes Piasta Gliwice
O dymisji Krzyżanowskiego zadecydowały władze Gliwic, które posiadają większościowy pakiet akcji Piasta. Byłemu już szefowi klubu zarzucono, że łącząc pracę w Piaście z prowadzeniem własnej działalności gospodarczej, łamie tzw. ustawę antykorupcyjną. W odpowiedzi Krzyżanowski, który nie zgadzał się z zarzutami urzędników, szybko postanowił, że wystartuje w zbliżających się wyborach na... prezydenta Gliwic.

Maciej Blaut: Jak Pan sobie wyobrażał swoje pożegnanie z Piastem?

Jacek Krzyżanowski, były prezes Piasta: Trochę inaczej, niż to nastąpiło w rzeczywistości. Przyznam, że o odejściu pomyślałem już wtedy, gdy wydawało się, że straciliśmy szanse na awans do ekstraklasy. Awansować się jednak udało, więc mój plan zakładał, że odejdę po naszym pierwszym sezonie w lidze. Potem jednak okazało się, że trzeba jeszcze zorganizować spółkę akcyjną. Z góry zakładałem, że nie ma takiej opcji, abym był na dłużej prezesem spółki. Uważam, że wywiązywałem się dobrze ze swoich zadań, ale miałem świadomość, że można to robić jeszcze lepiej. W tym miejscu powinien być człowiek, dla którego byłoby to jedyne zajęcie. Liczyłem tylko, że doczekam w Piaście do momentu, gdy rozpocznie się budowa nowego stadionu, najdalej do momentu jego oddania.

Dlaczego został Pan odwołany?

- Formalne przyczyny są znane. Jak to było do końca, sam nie wiem... W komunikacie rady nadzorczej wspomniano także o jakichś innych powodach. Może chodziło o to, że w trakcie posiedzeń rady nadzorczej sprzeczaliśmy się nad treścią uchwalanych regulaminów? Jeśli to rzeczywiście miałby być powód, to byłbym bardzo rozbawiony. Uważam po prostu, że gmina chciała mieć na fotelu prezesa osobę bardziej dyspozycyjną niż ja.

Nowy prezes Józef Drabicki spełnia ten warunek?

- Myślę, że tak. To chyba było najważniejsze kryterium, jakie wzięto pod uwagę. Zaznaczam, że pracę Józefa Drabickiego jako dyrektora klubu oceniam wysoko. Jego nominacja to był dobry ruch.

Nie ma Pan do niego żalu, że w akcie solidarności z Panem nie przyjął tej propozycji?

- Taki akt solidarności byłby mile widziany, ale trudno było go oczekiwać. Z tego co wiem, otrzymał propozycję prezesury dopiero, gdy zostałem odwołany. Mam tylko jedno zastrzeżenie: gdy dostał propozycję, powinien poprosić o przerwę na konsultacje z prezydium stowarzyszenia Piast, z którego się przecież wywodzi. On sam musi rozstrzygnąć, czy zrobił dobrze, że tego nie uczynił.

Dlaczego stowarzyszenie Piast weszło w spółkę z miastem?

- Innego kandydata niż gmina nie było. Miasto wyszło nam naprzeciw, zaproponowało objęcie większościowych udziałów w spółce i wsparcie finansowe. Wszystko skojarzyło się też z budową stadionu. Nie wiedzieliśmy, czy miasto będzie go budowało, jeśli klub będzie niezależną instytucją. W tym sensie była to decyzja wymuszona okolicznościami.

Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że popełniliście fatalny błąd.

- Przyznaję - to był błąd. Teraz wiadomo, że na pewno poradzilibyśmy sobie bez udziału miasta w spółce. Do teraz klub nie dostał przecież obiecanych 3 mln zł z pieniędzy na promocję Gliwic.

Miasto Was oszukało?

- Na pewno wprowadziło w błąd. Słowo "oszustwo" sugeruje, że taki był zamiar miasta, a tak chyba jednak nie było.

Istnieje plan odzyskania przez stowarzyszenie kontroli nad klubem?

- Jeśli miasto zrealizuje swój plan podniesienia kapitału spółki, to sprawi, że stowarzyszenie będzie już tylko marginalnym partnerem. Twierdzę jednak, że gmina będzie miała z klubem coraz większy problem. Wiceprezydent Gliwic Piotr Wieczorek mówił już, że jeśli miasto znajdzie dobrego kontrahenta, to sprzeda mu akcje. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jeśli miasto go nie znajdzie, to może się nim okazać... stowarzyszenie, które w ten sposób wróci do gry.

Akcje klubu przejęliby członkowie stowarzyszenia?

- Czas jest trudny, bo mocno uderza w nas kryzys, ale w stowarzyszeniu na pewno jest wielu członków, którzy mogliby pokusić się o wejście do spółki. Ja sam też myślałem o objęciu akcji [Krzyżanowski jest właścicielem firmy Dako - przyp. red.]. Nie jestem na tyle poważnym przedsiębiorcą, w sensie finansowym, aby było mnie stać na samodzielne utrzymywanie klubu. Mógłbym być jednak jednym z wielu drobniejszych akcjonariuszy. Dopóki miasto będzie mieć większość w spółce, to nie dopuści innych do głosu. W pewnym momencie jednak dojrzeje i sprzeda swoje udziały.

Od czego zaczęła się wojna stowarzyszenia z miastem?

- Od drobiazgów. Gmina nie chciała zgodzić się, aby siedziba spółki znajdowała się tam, gdzie stowarzyszenie. Wbrew mojej woli miasto przyznało mi też pensję. Przyznam, że gdybym w momencie zakładania Piasta SA miał taką wiedzę jak dziś, to na żaden udział w niej miasta ani ja, ani moi koledzy ze stowarzyszenia byśmy się nie zgodzili. Zresztą z miastem problemy były już wcześniej, tylko o nich nie mówiliśmy.

W zgiełku, jaki powstał wokół Pańskiej dymisji, najbardziej zaskoczyła mnie Pańska oficjalna deklaracja sympatii dla znienawidzonego przez kibiców wiceprezesa Zbigniewa Koźmińskiego.

- Współpracowaliśmy krótko, ale Zbyszek w stosunku do mnie był zawsze w porządku. Nie miałem z nim kolizji, uznawał moją rolę pierwszej osoby w klubie. Zaskoczył mnie pozytywnie, choć do dziś nie wiem, dlaczego władze Gliwic zaproponowały mu kontrakt z klubem. Nie było to potrzebne. Zbyszek i ja jesteśmy ludźmi doświadczonymi. W tym całym składzie porcelany poruszaliśmy się tak, żeby nie konfliktować się ze sobą. Okres współpracy z nim wspominał będę dobrze. Gorzej było z radą nadzorczą. Choć ładne chwile też były, zdarzało się na jej posiedzeniach, że częstowano mnie pączkami od Bliklego (śmiech ).

Dlaczego chce być Pan prezydentem Gliwic?

- Właściwie co wybory pytano mnie, czy będę kandydował. Tym razem moje otoczenie skutecznie mnie do tego namówiło. Chcę, aby Gliwice były rządzone inaczej, bardziej demokratycznie. Dla mnie nie jest najważniejsze, aby Gliwice miały dobre parametry ekonomiczne, ale aby w tym mieście żyło się dobrze.

Wykorzysta Pan Piasta w swojej kampanii wyborczej?

- Jeśli jakiś piłkarz, np. Jarek Kaszowski, chciałby mi pomóc i obaj uznamy, że mu to nie zaszkodzi, to na pewno będzie mi bardzo miło. Uważam, że klub zasługuje na więcej troski ze strony miasta. Jeśli zostałbym prezydentem, to zrobiłbym wszystko, żeby Piast szybko stał się popularny na Śląsku i w kraju. Na pewno znalazłbym inwestora dla klubu, gmina zatrzymałby mniejszościowy pakiet akcji.

Nagła dymisja i syndrom ofiary mogą Panu pomóc w walce o prezydenturę.

- Decyzja miasta była bardzo niefortunna, ale ja się żadną ofiarą nie czuję (śmiech ).

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów