Janusz Malik. Drugi Fortuna i jego pech

Piotr Zawadzki
2010-02-01 , aktualizacja: 01.02.2010 16:19
A A A Drukuj
Janusz Malik podczas olimpiady w Sarajewie w 1984 roku fot. archiwum Janusza Malika Janusz Malik podczas olimpiady w Sarajewie w 1984 roku
Fachowcy byli zgodni: Janusz Malik ze Szczyrku miał ogromny talent do skoków narciarskich. Nie za wiele z tego wyszło. Wszystko przez młodzieńczą brawurę za kierownicą motocykla NRD-owskiej produkcji.
Przed Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w 1984 roku przedstawiciele poszczególnych związków sportowych do ostatniej chwili naciskali, by powiększyć polską ekipę. Nalegano na wysłanie do Sarajewa m.in. utalentowanych alpejek z Beskidów: Krystyny Bortko i Katarzyny Szafrańskiej, dwuboisty Stanisława Kawuloka z Istebnej oraz biegaczki Michaliny Maciuszek z Rabki. Bezskutecznie. Na trzy dni przed wylotem ekipy Polski Komitet Olimpijski nieoczekiwanie zadecydował jednak o dodatkowej nominacji - dla skoczka narciarskiego Janusza Malika ze Szczyrku.

Trener kadry Lech Nadarkiewicz chwalił nastolatka: - To wielki talent, ma dynamiczne wybicie z progu, miałby miejsce nawet w reprezentacji Austrii.

19-letni Malik był rewelacją sezonu. Na zawodach Pucharu Świata w Lake Placid zajął trzynaste miejsce, potem wygrał Memoriał Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny w Zakopanem. Jak równy z równym rywalizował z bezkonkurencyjnym w kraju Piotrem Fijasem. Tylko Turniej Czterech Skoczni mu nie wyszedł, więc sportowi działacze zaczęli kręcić nosami: - Ma czas, młody jest, niech jedzie na następną olimpiadę.

Malik do dziś jest przekonany, że o jego olimpijskim starcie przesądziło poparcie Bolesława Węgrzynkiewicza, trenera i działacza ze Szczyrku, który był wtedy ważną figurą w światowych władzach narciarstwa. - Z dziennikarzy najbardziej był za mną redaktor Bogdan Chruścicki z Polskiego Radia - przypomina sobie.

Chruścicki, od kilku lat pracujący dla stacji Eurosport, szczegółów swojej akcji popierania Malika już sobie nie przypomina. - Malik? No tak, pamiętam. Utalentowany skoczek, ale takich jak on było w Polsce wielu. Szkoda, że mu w Sarajewie nie wyszło - mówi tylko.

W 1972 roku apele dziennikarzy spowodowały wysłanie do Sapporo 19-letniego skoczka Wojciecha Fortuny. Zakopiańczyk okazał się największą sensacją tamtych igrzysk, zdobywając złoty medal na dużej skoczni. Dwanaście lat później słychać było głosy, że drugim Fortuną może stać się właśnie Malik.

Obaj narciarze w chwili olimpijskiego startu mieli 19 lat. Osiągnęli podobnie wysoką formę. Tylko podsumowanie się nie zgadzało. Zamiast złotego medalu, Malik przywiózł miejsca 30. i 46. Jak na debiutanta w wielkiej imprezie - takie sobie, jak na nowego Fortunę - mizerne. Ale przecież 20-letni Adam Małysz w swoim olimpijskim debiucie w Nagano był 51. i 52.

Malik: - Porównania z Fortuną mocno podziałały na moją wyobraźnię. Zacząłem tym żyć, już widziałem siebie z medalem. Ale to były moje pierwsze wielkie zawody, przecież miałem dopiero 19 lat.

Fortuna po życiowym sukcesie zachłysnął się sławą, zgubił formę i przestał startować. Malik też szybko zniknął ze skoczni, ale z zupełnie innego powodu. - Za start na igrzyskach dostałem 250 dolarów. Dołożyłem swoje oszczędności i kupiłem niebieską "emzetkę", model ETZ 250 - wspomina. W połowie lat 80. "emzetka" z fabryki w NRD-owskim Zschopau to było coś. Najszybszy motocykl produkowany w krajach socjalistycznych. Przyspieszenie do 100 km/h maszyna osiągała w niecałe osiem sekund.

- Kiedyś trenowaliśmy w Reit im Winkl ze skoczkami z RFN-u. Jeden z nich, Thomas Klauser, chwalił się, że on i jego koledzy z drużyny lubią poszaleć na motocyklach, bo taka jazda oswaja z szybkością, która potem przydaje się podczas skakania - mówi Malik. - Zapamiętałem sobie te słowa. Kupiłem wymarzony motor, ale zapomniałem, że polskie drogi różnią się od niemieckich - uśmiecha się smutno.

W maju 1984 roku Malik odbywał służbę wojskową w klubie z Zakopanego. O Sarajewie już zapomniał, przed nim miało być jeszcze wiele lat udanych startów. Zimowy sezon skończył trzecim miejscem w Pucharze Świata w Planicy. Ustanowił też nowy rekord w Malince. Kiedy przyjechał do domu na przepustkę, ciągnęło go do nart. Chciał potrenować na igelitowej skoczni w Goleszowie. Najszybciej można tam było dotrzeć oczywiście "emzetką".

- Było po burzy. Ze Szczyrku pojechałem w kierunku Salmopola. Nie będę krył, przygazowałem. Kiedy wyprzedzałem stojący na poboczu samochód, motocykl przewrócił się na śliskiej szosie. Przy drodze stał betonowy słup elektryczny, wpadłem na niego - mówi Malik.

Świat zawalił mu się w ciągu tych paru sekund. Jeszcze prawie dwa lata walczył o powrót do skakania, ale uszkodzenie nerwu strzałkowego przekreśliło jego szanse. Do dziś pozostał niedowład w lewej stopie.

Po zakończeniu kariery popracował w klubie jako trener, ale potem postawił warsztat stolarski i prowadzi go do dziś. Z narciarstwem nie zerwał. Sędziuje na zawodach, jego syn Fabian też skacze. - Ale bardziej dla przyjemności - zaznacza ojciec.

Kilka razy w miesiącu, kiedy jedzie w interesach do Wisły, przejeżdża koło miejsca wypadku. Słup wciąż tam stoi, zaraz powyżej stacji kolejki na Skrzyczne.

Janusz Malik już nigdy nie wsiadł na "emzetkę". Po wypadku rodzice sprzedali motocykl.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy