http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Katowice >  Sport

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Katowice - Gazeta.pl

Andrzej Sadlok: Chłopcy ze wsi wcale nie są gorsi

Rozmawiał Wojciech Todur
2009-11-18, ostatnia aktualizacja 2009-11-18 21:46

Andrzej Sadlok
Andrzej Sadlok
Fot. Marta Błażejowska / AGENCJA

- Nic nie mam do Sebastiana Boenischa, Rogera czy Roberta Acquafreski. Niech grają dla Polski, pomagają jej wygrywać ważne mecze. Irytuje mnie jednak, że z takim zapałem walczy się o jednostki, a zupełnie zapomina o rzeszy chłopaków ze wsi - mówi Andrzej Sadlok, prezes Pasjonata Dankowice.

Maciej Sadlok podczas meczu Polski z Kanadą. obok Jaime Peters
Fot. Kuba Atys/Agencja Gazeta
Maciej Sadlok podczas meczu Polski z Kanadą. obok Jaime Peters
Mieszkańców Dankowic rozpiera duma. Ich krajan Maciej Sadlok - stoper Ruchu Chorzów - właśnie pierwszy raz zagrał w podstawowym składzie reprezentacji Polski. Wzruszenia nie kryje też ojciec piłkarza. Sadlok to nie jest działacz, którego spotkacie w każdym klubie. Który prezes po meczu wchodzi na boisko i rękami układa wyszarpane korkami kępy trawy? Który prezes podczas przerzucania obornika zaprojektował trybunę? - Tak było! Narysowaliśmy ją z bratem widłami na ścianie stodoły! A potem z pomocą przyjaciół postawiliśmy ją na stadionie - śmieje się. Sadlok czasami myśli o sobie, że jest jak doktor Judym. - Wiem, że to nieładnie tak się chwalić, ale ja jestem urodzony społecznik - mówi.

Wojciech Todur: Ilu piłkarzy w Polsce wywodzi się z ludowych zespołów sportowych?

Andrzej Sadlok: Na Śląsku to będzie między 70 a 80 procent, a w skali kraju jeszcze więcej.

Dlaczego w takim razie tak niewielu z nich przebija się do pierwszej czy drugiej ligi, trafia do reprezentacji?

- No właśnie. Dlaczego?! W naszym domu jest teraz wielka radość. Maciek jest wyróżniającym się młodym stoperem w ekstraklasie, trafił do reprezentacji Polski. Czy jednak byłby w tym miejscu, gdyby nie miał za ojca takiego wariata jak ja? Wątpię. Skauci, trenerzy wolą szukać talentów za granicą, niż wybrać się na wieś.

Powiedział mi Pan ostatnio, że aż Panem trzęsie, gdy obserwuje, jak PZPN nakłania do gry w reprezentacji Sebastiana Boenischa.

- Nic nie mam do Boenischa, Rogera czy Roberta Acquafreski. Niech grają dla Polski, pomagają jej wygrywać ważne mecze. Irytuje mnie jednak, że z takim zapałem walczy się o jednostki, a zupełnie zapomina o rzeszy młodych chłopaków, z których - gdyby tylko ktoś stworzył ku temu warunki - mielibyśmy świetny zespół. Chłopcy ze wsi mają tyle samo talentu co dzieci z miasta.

Słyszałem, że to sami działacze wiejskich klubów blokują transfery, a przez to rozwój utalentowanych piłkarzy LZS-ów.

- Bo to prawda. Są ludzie, którzy stawiają dobro klubu wyżej niż szczęście piłkarza. Kombinują tak: przytrzymamy chłopaka na rok, dwa; nastrzela nam goli w A-klasie. Co tam kariera! To przecież nasz synek. Z naszej wsi, to i u nas ma grać! No i z tych dwóch lat robi się 10, a z talentu zostają wspomnienia.

Inny problem to pazerność na pieniądze. Są kluby, które chcą zarobić na piłkarzu za wszelką cenę. A przecież chłopak z wiejskiego A-klasowego zespołu nie trafi od razu do ekstraklasy. Musi pokonać dłuższą drogę, przez trzecią, czwartą ligę. A te kluby też przecież nie mają nie wiadomo jakich budżetów.

Czasami pomaga przypadek. W moich czasach grał Jasiu Kurzok. Pochodził z Nakła Śląskiego i miał wielką smykałkę do strzelania bramek. Niby wszyscy o tym wiedzieli, ale jakoś nikt nie chciał tego sprawdzić. W końcu do Nakła przyjechała Polonia Bytom na mecz Pucharu Polski. Nakło przegrało 3:5, ale wszystkie gole strzelił Jasiu. - To dobry chłopak. Bierzemy go! - krzyknęli po meczu działacze Polonii. Tylko że takie historie to rzadkość.

Jak wygląda życie piłkarza wiejskiego klubu?

- Nie chcę generalizować, ale zdarza się, że sam pierze sobie sprzęt, a wodę na trening przynosi we własnej butelce. Ma daleko na stadion. To nie miasto - tramwajem dwóch przystanków nie podjedzie. Zostaje rower, czasami podrzuci go ojciec. Boisko też nie takie równe. Wciąż jeszcze zdarzają się murawy z wydeptaną przez środek ścieżką do cmentarz. Czasami gospodarz i krowę za bramką pasie. Dużo jeżdżę po Polsce i gdzie nie jestem, to szukam zabytkowych kościołów i boisk. Ostatnio trafiłem do świętokrzyskich Działoszyc. Zajrzałem na boisko i niemal zacząłem płakać. Toż to obraz nędzy i rozpaczy! Z tej złości to aż zapukałem do gospodyni, która mieszka w rozpadającym się budynku klubowym. - Dziwi się Pan? - wzruszyła ramionami. - Sport tutaj nikogo nie obchodzi - machnęła ręką. Przykre.

A co ze sprzętem? Wciąż się zdarza, że trener zabiera na trening strzelecki jedną piłkę?

- Pewnie są takie miejsca, ale to jednak margines. Tak to było w moich czasach - i dwie minuty się czekało, żeby kopnąć piłkę (śmiech). Większym problemem jest brak trenerów. Nikt nie chce trenować tych dzieciaków. Biorą się za to nawet księża. Nie potrafią, ale chwała im za to, że im się chce.

A rodzice ciągną jeszcze na gospodarkę?

- Żniwa z kosą już minęły. To już nie te czasy. Kiedyś w każdym domu były dwie, trzy krowy, a teraz, jak chce pan zobaczyć krowę, to musi pan jej dobrze poszukać. Pewnie, że zdarzy się, że piłkarz zamiast na trening pójdzie pomóc rodzicom przy wykopkach, ale to jednak rzadkość.

Idzie zima. Miejskie kluby przeniosą się do hal lub na sztuczną trawę. A jak będzie na wsi?

- Będzie jedna wielka kilkumiesięczna przerwa! Na wielu boiskach nie da się grać od końca października do początków kwietnia. Znaczy da się, ale ich szkoda. Kluby mają tylko jedną murawę i muszą ją szanować. Sztucznych boisk właściwie nie ma. Przy niektórych szkołach pojawiają się orliki, ale to za mało. Treningi pod dachem to też wielka rzadkość. Szkoły niechętnie wpuszczają piłkarzy do swoich sal gimnastycznych. Realia są takie, że piłkarze ze wsi przez kilka miesięcy nie robią nic albo niewiele. Zamiast się rozwijać, stoją w miejscu. A jak wiadomo, kto stoi w miejscu, to tak naprawdę się cofa

Ma Pan pomysł, jak temu zaradzić?

- Gminne ośrodki sportu! Wysłałem w tej sprawie list do ministra sportu Adama Giersza. Trzeba je powołać do życia mocą sejmowej ustawy. Koordynowałyby życie sportowe gminy. Współfinansowały zatrudnienie trenerów. Odpowiadały za powołanie klas sportowych, które stałyby się piłkarskimi wizytówkami gminy. Wtedy żaden utalentowany dzieciak nie przeszedłby nam koło nosa! Wiejskie kluby są fundamentem całej polskiej piłki nożnej. Budujmy na skale, a nie na piasku.

Pan już realizował podobny projekt w Dankowicach.

- I ten projekt pięknie się sprawdził! Trzech chłopaków z naszej klasy sportowej zadebiutowało w ekstraklasie. Pięciu zdobywało srebrne medale mistrzostw Polski juniorów w kadrze Śląska. Mało? W regionie, w którym mieszka prawie pięć milionów osób?! Dankowice w porównaniu z wieloma wiejskimi klubami to piłkarski kosmos! Mamy świetną bazę sportową. Ładny kameralny stadion. Pracują na to starzy i młodzi. Czy dzieci z miasta wiedzą jeszcze, co to prace społeczne? Nasze dziewięcioletnie maluchy przychodzą na godzinę przed każdym meczem, dostają do rąk ściereczkę i wycierają 500 krzesełek, tak by kibic nie musiał oglądać się za gazetą.

Zabieram te dzieci na ekstraklasę. Wchodzimy na stadiony w Chorzowie, Krakowie czy Zabrzu. Jupitery zapalone, maluchy mają oczy wielkie jak spodki. To jest teatr! Już widzę, że je mam! Że pokochały piłkę jak ja. Jeździmy po Polsce, jeździmy po świecie. Turnieje, piękne hale - to jest przygoda ich życia.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.7

42 głosy