Były prezydent Zabrza oskarżony o zabójstwo wierzyciela

Marcin Pietraszewski
2010-12-13 , aktualizacja: 13.12.2010 11:14
A A A Drukuj
Jerzy G. Fot. Tomasz Wantuła Jerzy G.
Jerzy G., były prezydent Zabrza został oskarżony o zamordowanie syna swojej byłej wspólniczki. Motyw: polityk był winny ofierze prawie milion złotych!
W poniedziałek do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko Jerzemu G. oraz czterem bandytom, którzy pomagali mu w zabójstwie wierzyciela.Do zbrodni doszło 17 sierpnia 2008 r. w Wymysłowie k. Będzina. Grzybiarz znalazł tam zmasakrowane ciało Lecha Frydrychowskiego. Mężczyzna został pobity, a potem podcięto mu gardło i zadano kilka ran kłutych.

- W chwili śmierci był skrępowany - mówi prok. Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowy katowickiej prokuratury.

Frydrychowski to syn byłej wspólniczki Jerzego G. Zanim został prezydentem Zabrza prowadził z Frydrychowskimi księgarnię. W 2003 r. G. pożyczył od Frydrychowskiego 20 tys. zł - na remont domu. Po kilku miesiącach oddał całą kwotę i 5 tys. zł odsetek. Rok później Frydrychowski domaga się od Jerzego G. zwrotu kolejnej pożyczki. Tym razem 246 tys. zł wraz z 5-procentowymi odsetkami naliczanymi co miesiąc. Prezydent Zabrza twierdzi, że nie pożyczył takiej kwoty, ale Frydrychowski pokazuje umowę z jego podpisem. Biegły potwierdza: jest autentyczny. Jerzy G. mówi, że podpisał dokument in blanco, gotówki nie wziął. Po kilku latach procesu sąd jednak uznaje, że umowa jest ważna i Jerzy G. musi zwrócić dług. W 2008 r. wraz z odsetkami wynosi on już ponad 900 tys. zł. Na jego konto wchodzi komornik.

- Naszym zdaniem ten dług był motywem zbrodni, bo mógł doprowadzić G. do bankructwa - mówi prok. Zawada-Dybek.

Aresztowany Jerzy G. twierdził, że w dniu śmierci Frydrychowskiego był na Opolszczyźnie, gdzie oglądał skutki tornada. Policja dotarła jednak do Tomasza L., mechanika z Bytomia, który zeznał, iż prezydent prosił do, aby wynajął bandytów, którzy pomogą mu nastraszyć Frydrychowskiego. Wierzyciel miał podpisac dokumenty zrzeczenia sie długu. Mechanik znalazł gangsterów, którzy podjęli się zadania.

17 sierpnia pracujący na Politechnice Śląskiej Jerzy G. przywiózł do lasu Frydrychowskiego, któremu pomagał w pisaniu pracy doktorskiej. Tam mieli czekać bytomscy bandyci: Mariusz F., Robert T. i jego brat Rafał. Co się działo w lesie? Tomasz L. mówi, że nie wie, bo siedział w aucie. Zeznał, że bandyci wrócili po kilkunastu minutach i chwalili się, jak okładali bejsbolami i kopali Frydrychowskiego. - Dziadkowi puściły nerwy - mieli opowiadać o Jerzym G. Kilka godzin później bandyci spalili ubrania i rękawice, które mieli ze sobą w lesie.

Według Tomasza L. dzień po zabójstwie były prezydent dał mu 4 tys. zł. Mechanik zostawił sobie tysiąc, resztę podzielił między bandytów. L. podał prokuratorom numery komórek bandytów, których zawiózł do Wymysłowa. Według ustaleń operatorów 17 sierpnia w południe wszystkie logowały się w tamtej okolicy. Podobnie jak telefony Tomasza L. i Jerzego G. Billingi pokazują też, że mechanik był w stałym kontakcie z bandytami.

- Ten materiał dowody dał nam podstawy do sporządzenia aktu oskarżenia - mówi rzecznik prokuratury.

Jerzy G. siedzi w areszcie. Nie przyznał się do winy. Grozi mu dożywocie.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    43 głosy