Nie ufają rodzinom zastępczym. Wolą nowy dom dziecka
2010-10-27
, aktualizacja: 27.10.2010 16:44
Nie jesteśmy zainteresowani utworzeniem zawodowej rodziny zastępczej - informuje wykwalifikowanych kandydatów powiat raciborski. Jako jeden z powodów podaje brak pieniędzy. W tym samym czasie otwiera drugi dom dziecka, gdzie pobyt wychowanka jest trzy razy droższy
ZOBACZ TAKŻE
- Katowice chciały eksmitować ofiarę przemocy (10-02-11, 17:12)
- Film zachęca: Przygarnij dziecko (25-12-10, 22:53)
- MOPS chce wychować tatę (19-12-10, 23:51)
- Pan Michał pomaga rodzicom jak superniania (18-12-10, 23:48)
- Ala płacze przy mamie, ale sąd nie dał jej ojcu (12-12-10, 09:48)
- Dagmara z dzieckiem mają dom. Rodzina dostała szansę (09-11-10, 15:01)
- Urodziła i wyrzucili ją z domu. Potrzebuje pomocy (06-11-10, 16:40)
- Brutalnie wyrzucona na bruk wreszcie dostała mieszkanie (29-10-10, 12:39)
- "Nie zachowuj się, jakbyś straciła dziecko" (27-10-10, 14:16)
- Sąd przed sądem za odebranie rodzicom chorego dziecka (13-10-10, 11:16)
- Bezrobotni rodzicami zastępczymi? Dziecko to nie etat (26-06-10, 12:00)
- Niepełnosprawne dziecko na bruk. W mieście nie ma wyjątków (25-06-10, 19:25)
- Rodzina zastępcza nie ma za co żyć. Winne przepisy (16-11-09, 20:08)
Iwona Czepczor tworzy rodzinę zastępczą w Raciborzu od 2001 roku. Już wtedy "Gazeta" interweniowała, by Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie podpisało z nią umowę na prowadzenie pogotowia rodzinnego, chociaż nie było jeszcze takiego na Raciborszczyźnie. Pogotowie to rodzaj zawodowej rodziny zastępczej (obok specjalistycznej dla dzieci niepełnosprawnych i wielodzietnej, która może przyjąć dwa razy więcej wychowanków, czyli sześcioro). Do Czepczor, jeszcze przed umową, trafiały dzieci z interwencji, niektóre maltretowane, gwałcone, pojone alkoholem, chore, upośledzone, agresywne. Nie mogła się z nimi związać, bo w pogotowiu dziecko powinno być najwyżej do roku. Dla wielu udało jej się znaleźć inne rodziny, chociaż to zadanie PCPR.
Czepczor jest pedagogiem resocjalizacyjnym z wykształcenia, na własną rękę szkoliła się w przeciwdziałaniu przemocy seksualnej nad dzieckiem, bo w powiecie nie było odpowiedniego specjalisty.
Jednak nagle w 2004 roku dyrektor PCPR Henryk Hildebrand zarzucił jej przywłaszczenie pieniędzy i zerwał umowę. Chodziło o tzw. urlopowanie dziecka. Czepczor powierzyła kilkuletnią wychowankę na trzy miesiące rodzinie biologicznej. Zrobiła to za zgodą sądu i wiedzą PCPR. Obie instytucje znały powody - pani Iwonie umierała matka i rozwodziła się z mężem, który wstąpił do ruchu religijnego i indoktrynował dzieci. Hildebrand zarzucił jej, że w tym czasie pobierała pieniądze za nieobecną dziewczynkę.
Prokurator umorzył dochodzenie, ale dyrektor PCPR był nieustępliwy i doprowadził Czepczor przed sąd. Sprawa toczyła się sześć lat. Czepczor wygrała, ale teraz prowadzi tylko zwykłą rodziną zastępczą, która nie dostaje wynagrodzenia, tylko częściowy zwrot utrzymania dziecka. Straciła mieszkanie, bo nie stać jej było na płacenie czynszu.
Cały czas ubiega się o podpisanie umowy na prowadzenie zawodowej rodziny zastępczej. Przed wyrokiem PCPR odpowiadało, że nie jest zainteresowane "z powodu utraty zaufania", potem, że nie ma "możliwości finansowych". Tymczasem rok temu w Kuźni Raciborskiej powstała druga w powiecie placówka opiekuńczo-wychowawcza - tak dzisiaj nazywa się dom dziecka. Hildebrand mówi, że są dzieci, które nie nadają się do rodziny, powyżej 12 lat, więc za stare i zbyt zdemoralizowane.
- Pani Czepczor akurat takie przyjmowała - wtrącam. - Teraz nie chce - odpowiada dyrektor.
Ale Czepczor raczej nie może. Gdyby PCPR podpisało z nią umowę, mogłaby wyremontować strych i urządzić dodatkowy pokój. Ale Hildebrand ma jej więcej do wytknięcia. Nie podoba mu się, że jej obecny mąż nie ukończył szkolenia z rodzicielstwa zastępczego. Mimo że nie jest to wymagane od obojga rodziców i że jako kurator zawodowy z 20-letnim doświadczeniem powinien być dobrym praktykiem, mąż pani Iwony zgodził się w końcu przeszkolić. Ale wtedy usłyszał, że w PCPR szkoleń nie ma.
Gdy wszystkie zarzuty wydają się bezpodstawne, Hildebrand mówi, że są jeszcze takie, o których nie może powiedzieć, bo nie ma dowodów. - Czy dotyczą opieki nad dziećmi? - pytam. - Nie odpowiem - ucina. Nie potrafi też wyjaśnić, dlaczego w ogóle nie pozbawił Czepczor prowadzenia rodziny zastępczej, tylko dochodu.
PCPR w Raciborzu regularnie prowadzi kampanie społeczne na rzecz rodzicielstwa zastępczego. Gdy siedem lat temu otwierało pierwszy dom dziecka w Pogrzebieniu, dyrektor uzasadniał to brakiem kandydatów na rodziców. Dzisiaj uważa, że rodzin zastępczych jest wystarczająco - 123. - Dużo jak na tak mały powiat - mówi.
Czyżby? 24 miejsca w kuźnieńskiej placówce zapełniły się w ciągu pół roku. 19 dzieci przyszło z rodzin zastępczych. Brzmi zatrważająco, jeśli nie sprawdzić, że chodzi o rodziny spokrewnione, dziadków albo wujostwo borykających się z tymi samymi problemami, co naturalni rodzice, najczęściej z alkoholizmem. Rodzin niespokrewnionych na Raciborszczyźnie jest zaledwie 42, z czego tylko 13 wielodzietnych i trzy pogotowia.
Gdy rozmawiam z Hildebrandem, do Pogrzebienia przyjmowana jest właśnie dwójka dzieci. Mają 9 i 11 lat. Jak się okazuje, mieszka tam aż siedmioro dzieci poniżej 12. roku życia. Nie są "za stare" na rodzinę.
Czepczor jest pedagogiem resocjalizacyjnym z wykształcenia, na własną rękę szkoliła się w przeciwdziałaniu przemocy seksualnej nad dzieckiem, bo w powiecie nie było odpowiedniego specjalisty.
Jednak nagle w 2004 roku dyrektor PCPR Henryk Hildebrand zarzucił jej przywłaszczenie pieniędzy i zerwał umowę. Chodziło o tzw. urlopowanie dziecka. Czepczor powierzyła kilkuletnią wychowankę na trzy miesiące rodzinie biologicznej. Zrobiła to za zgodą sądu i wiedzą PCPR. Obie instytucje znały powody - pani Iwonie umierała matka i rozwodziła się z mężem, który wstąpił do ruchu religijnego i indoktrynował dzieci. Hildebrand zarzucił jej, że w tym czasie pobierała pieniądze za nieobecną dziewczynkę.
Prokurator umorzył dochodzenie, ale dyrektor PCPR był nieustępliwy i doprowadził Czepczor przed sąd. Sprawa toczyła się sześć lat. Czepczor wygrała, ale teraz prowadzi tylko zwykłą rodziną zastępczą, która nie dostaje wynagrodzenia, tylko częściowy zwrot utrzymania dziecka. Straciła mieszkanie, bo nie stać jej było na płacenie czynszu.
Cały czas ubiega się o podpisanie umowy na prowadzenie zawodowej rodziny zastępczej. Przed wyrokiem PCPR odpowiadało, że nie jest zainteresowane "z powodu utraty zaufania", potem, że nie ma "możliwości finansowych". Tymczasem rok temu w Kuźni Raciborskiej powstała druga w powiecie placówka opiekuńczo-wychowawcza - tak dzisiaj nazywa się dom dziecka. Hildebrand mówi, że są dzieci, które nie nadają się do rodziny, powyżej 12 lat, więc za stare i zbyt zdemoralizowane.
- Pani Czepczor akurat takie przyjmowała - wtrącam. - Teraz nie chce - odpowiada dyrektor.
Ale Czepczor raczej nie może. Gdyby PCPR podpisało z nią umowę, mogłaby wyremontować strych i urządzić dodatkowy pokój. Ale Hildebrand ma jej więcej do wytknięcia. Nie podoba mu się, że jej obecny mąż nie ukończył szkolenia z rodzicielstwa zastępczego. Mimo że nie jest to wymagane od obojga rodziców i że jako kurator zawodowy z 20-letnim doświadczeniem powinien być dobrym praktykiem, mąż pani Iwony zgodził się w końcu przeszkolić. Ale wtedy usłyszał, że w PCPR szkoleń nie ma.
Gdy wszystkie zarzuty wydają się bezpodstawne, Hildebrand mówi, że są jeszcze takie, o których nie może powiedzieć, bo nie ma dowodów. - Czy dotyczą opieki nad dziećmi? - pytam. - Nie odpowiem - ucina. Nie potrafi też wyjaśnić, dlaczego w ogóle nie pozbawił Czepczor prowadzenia rodziny zastępczej, tylko dochodu.
PCPR w Raciborzu regularnie prowadzi kampanie społeczne na rzecz rodzicielstwa zastępczego. Gdy siedem lat temu otwierało pierwszy dom dziecka w Pogrzebieniu, dyrektor uzasadniał to brakiem kandydatów na rodziców. Dzisiaj uważa, że rodzin zastępczych jest wystarczająco - 123. - Dużo jak na tak mały powiat - mówi.
Czyżby? 24 miejsca w kuźnieńskiej placówce zapełniły się w ciągu pół roku. 19 dzieci przyszło z rodzin zastępczych. Brzmi zatrważająco, jeśli nie sprawdzić, że chodzi o rodziny spokrewnione, dziadków albo wujostwo borykających się z tymi samymi problemami, co naturalni rodzice, najczęściej z alkoholizmem. Rodzin niespokrewnionych na Raciborszczyźnie jest zaledwie 42, z czego tylko 13 wielodzietnych i trzy pogotowia.
Gdy rozmawiam z Hildebrandem, do Pogrzebienia przyjmowana jest właśnie dwójka dzieci. Mają 9 i 11 lat. Jak się okazuje, mieszka tam aż siedmioro dzieci poniżej 12. roku życia. Nie są "za stare" na rodzinę.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
16 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


