Zresetowane serduszka gotowe na full time z Jezusem
2010-09-27
, aktualizacja: 27.09.2010 16:10
- A mnie się nie podoba, jak słownictwo z dziedziny informatyki, sportu czy elektroniki wkracza do języka kościoła - mówi prof. Jan Miodek. Od dwóch miesięcy szukamy najpiękniejszego polskiego słowa, wkrótce zakończenie naszej akcji.
ZOBACZ TAKŻE
- Ścichapęk wśród wdzięku i klęku (06-09-10, 16:00)
- Witajcie, k..., w Polsce (30-08-10, 12:55)
- Najpiękniejsze polskie słowo (09-07-10, 16:55)
- Zgłoś swoje słowo do plebiscytu (09-07-10, 11:56)
- Najpiękniejsze śląskie słowo - od antrejka do żywotka (16-06-10, 11:20)
Judyta Watoła: Proszę i proszę, a Pan wciąż odmawia. Dlaczego tak trudno namówić Pana do rozmowy o języku używanym w kościele?
Prof. Jan Miodek: - Jestem już tym zmęczony. Mam dość, kiedy znów muszę mówić o tym, że źle się dzieje. Jestem w kościele i słyszę, jak ksiądz zaczyna rekolekcje od apelu, żeby był to full time z Jezusem i full time dla Jezusa. W maju jestem na uroczystości pierwszokomunijnej w pewnej parafii dolnośląskiej i niemłody wcale proboszcz wita się z dziećmi słowami: "No i co dzieciątka, wasze serduszka już zresetowane? Jesteście gotowe na przyjęcie Pana Jezusa?".
Ale to znaczy, że księża nadążają za współczesnością.
- A mnie się nie podoba, jak słownictwo z dziedziny informatyki, sportu czy elektroniki wkracza do języka kościoła. Ksiądz próbuje przybliżyć osobę Matki Bożej i wyjaśnia, że ona jest stacją przekaźnikową między nami a Chrystusem. Inny kaznodzieja mówi: "Określając w ten sposób Jezusa, Jan Chrzciciel trafił w dziesiątkę". W kazaniu na Boże Ciało słyszę słowa, że "kto nie rozumie Eucharystii, ten odpada w przedbiegach". Jak mają się do tego odnieść ludzie ukołysani na przekładzie Biblii Jakuba Wujka, którzy mają w świadomości językowej jeziora, łany pól i ptaki niebieskie? Dla nich to jest rzeczywistość Ziemi Świętej i takie modyfikacje jak przedbiegi czy stacje przekaźnikowe muszą irytować. Trzeba mieć wyczucie, co wypada, a czego nie wypada mówić.
Tradycja przetrwała w liturgii. W wyznaniu wiary mówimy na przykład o Jezusie "umęczon, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion".
- Mamy tu do czynienia z ogólnym prawem, które mówi, że we wszystkich językach świata formy najczęściej używane zmieniają się najwolniej. Na co dzień nie uświadamiamy sobie chyba, że normalnie powiedzielibyśmy "ukrzyżowany, umęczony, pogrzebany". Tymczasem mówimy: "umęczon pod ponckim Piłatem, ukrzyżowan umarł i pogrzebion". Ponieważ to credo często jest używane, ostała się w nim stara forma imiesłowu, gramatyczny archaizm.
W modlitwach też przetrwały inne stare formy. Normalnie mówimy w piątym, szóstym, siódmym dniu, ale odmawiając paciorek, dzieci proszą Anioła Stróża: "rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy". Okazuje się, że tylko w tej formule modlitewnej rzeczownik dzień doniósł do współczesności starą formę miejscownika "we dnie", a nie "w dniu". To też archaizm.
I jaki ładny!
- Tak. Te słowa nadają językowi religijnemu pięknego sztafażu, który jest mu potrzebny. Przed laty miałem serię prac magisterskich poświęconych współczesnym tłumaczeniom Pisma Świętego. Moi magistranci wykazywali, że najbliższe ideału biblijnego są tłumaczenia Czesława Miłosza i Romana Brandstaettera, bo decydując się na pewne unowocześnienie swojego tekstu, nie gubili jednocześnie tego pięknego stylizacyjnego sztafażu. Niestety, inne tłumaczenia są go pozbawione.
I Pan, ukołysany na Biblii Wujka, zaczyna za nim tęsknić...
- Nie tylko ja. Ksiądz Twardowski napisał piękny wiersz "Litania do św. Antoniego". Wiadomo, że to patron rzeczy znalezionych. Wyraża w nim swój żal za czasami, kiedy w Ewangelii trzy razy kur zapiał, nim się Piotr zaparł Jezusa, kiedy pacholę przynosiło koszyk na pustynię, kiedy były panny roztropne i głupie. Ja mógłbym do tego dodać jeszcze "niech nie wie prawica, co czyni lewica", a dziś powiedzielibyśmy, że nie wie lewa ręka co czyni prawa. Młody ksiądz powiedział mi kiedyś w Katowicach na odczycie, że lewica i prawica kojarzą mu się z partiami politycznymi. Mógłbym po śląsku powiedzieć: Godej tu z nim! Co mnie obchodzą partie? Dla mnie zagubione lewica i prawica pozostaną piękne.
Z drugiej strony apeluje się do księży, by mówili językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi.
- To prawda. Z tego powodu opuszczają pewne fragmenty Pisma Świętego, kiedy pojawia się tam jakiś stary wyraz, albo zastępują go innym. W Dziejach Apostolskich Jezus pod Damaszkiem mówi do Szawła, że daremną jest rzeczą "przeciw ościeniowi wierzgać". Ten fragment już się w czytaniach opuszcza, a w innym miejscu dokonano zmiany. Św. Paweł pytał kiedyś: "Gdzież jest o śmierci twój oścień?". Pytanie zmieniono na: "Gdzie jest o śmierci twe żądło?".
Wszyscy wiedzą, co to jest żądło, bo pszczoła od czasu do czasu każdego ugryzie. A któż dziś wie co to był oścień? To było okropne narzędzie do łowienia ryb, taki pal z nabitymi metalowymi hakami. Ryby nadziewały się na te bolce i konały w mękach. A jednak za księdzem Twardowskim trochę żal mi tych ościeni, tego pacholęcia, tych panien i kura.
Ale niektóre rzeczy zostają. Jezus niezmiennie mówi w Ewangelii "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam".
- Och, zaprawdę to piękne słowa. Rzeczywiście tylko Ewangeliczne i tylko Chrystusowe. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał z tego zrezygnować.
Poza Ewangelią jest jeden przypadek. Podczas mszy, zaczynając prefację, kapłan wypowiada "Zaprawdę godne to i sprawiedliwe..."
-... słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie". Znam to dalej na pamięć. Piękne, piękne słowa. To cudowne, że żyją do dziś.
Ale co tak naprawdę znaczy "zaprawdę"?
- Tak mówiło się w staropolszczyźnie. Pamięta pani formułę: "przysięgam mówić prawdę i tylko prawdę"? Po co takie powtórzenie? Albo sformułowania "wszem i wobec", "krótko i węzłowato". Podobnie jak w słowie "zaprawdę" chodzi tu o ekspresję języka, dlatego Jezus mówi: "zaprawdę, zaprawdę powiadam wam".
Ma Pan nadzieję, że ta fraza przetrwa, ale co do innych słów nie można już chyba mieć złudzeń. We współczesnych przekładach nie ma już "głosu wołającego na puszczy".
- Mogę zrozumieć, że tłumacze, by przybliżyć krajobraz Ziemi Świętej, zmieniają puszczę na pustynię, ale mogę się na to zgodzić tylko w czytaniach kościelnych. Kiedy używamy tej frazy jako powiedzenia w codziennym języku, powinniśmy dalej mówić tradycyjnie o "głosie wołającym na puszczy". Dlaczego? Bo tak było przez wieki, a było dlatego, że puszcza i pustynia były synonimami. Można było mówić puszcza Sahara i podobnie Puszcza i Pustynia Białowieska. Chodziło po prostu o bezludne miejsce.
Jest jeszcze jedna modyfikacja, która pokazuje szeroko pojętą demokratyzację języka kościelnego. Nie dokonała się chyba jeszcze tylko na Górnym Śląsku. W modlitwie "Pod twoją obronę" mówi się "naszymi prośbami nie racz gardzić w potrzebach naszych". Już jako dziecko intrygował mnie ten zwrot. Przeciętny Polak powiedziałby dzisiaj: "naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych". Ta forma na pozór wydaje się bardziej logiczna, ale nic z tych rzeczy. W słowach "nie racz gardzić" wyraża się większa pokora: ja, nędzny proch, nie proszę o to, żeby Maryja nie gardziła, ale żeby nie raczyła gardzić. Takie wyrażanie pokory jest chyba dziś dla nas za trudne do przełknięcia, nie przystaje już do naszej mentalności, więc modlitwa się zdemokratyzowała.
W "Zdrowaś Maryjo" niczego nie zmieniamy. Od wieków modlimy się "owoc żywota twojego Jezus".
- Tak, mamy tu żywot w znaczeniu brzuch, łono. Owoc żywota, czyli owoc twojego łona.
Rozumiemy to jeszcze chyba tylko dlatego, że powtarzamy w modlitwie.
- Obawiam się, że młodzi ludzie już tego nie wiedzą. Dam głowę, że myślą o owocu twojego życia, bo żywot - archaiczne przecież słowo - z niczym innym nie może im się już skojarzyć.
No to udało mi się jednak porozmawiać z Panem o kościelnym języku! Na koniec powinnam chyba powiedzieć: Bóg zapłać!
- Ach, to też ładny zwrot! Na Śląsku przetrwało jeszcze "Szczęść Boże" na powitanie. Czasem traktuje się to jako pewną konwencję ludyczną, ale są ludzie, a mam takich kolegów także wśród językoznawców, którzy wypowiadają te słowa z pełnym przekonaniem. Zazdroszczę im tego.
Prof. Jan Miodek: - Jestem już tym zmęczony. Mam dość, kiedy znów muszę mówić o tym, że źle się dzieje. Jestem w kościele i słyszę, jak ksiądz zaczyna rekolekcje od apelu, żeby był to full time z Jezusem i full time dla Jezusa. W maju jestem na uroczystości pierwszokomunijnej w pewnej parafii dolnośląskiej i niemłody wcale proboszcz wita się z dziećmi słowami: "No i co dzieciątka, wasze serduszka już zresetowane? Jesteście gotowe na przyjęcie Pana Jezusa?".
Ale to znaczy, że księża nadążają za współczesnością.
- A mnie się nie podoba, jak słownictwo z dziedziny informatyki, sportu czy elektroniki wkracza do języka kościoła. Ksiądz próbuje przybliżyć osobę Matki Bożej i wyjaśnia, że ona jest stacją przekaźnikową między nami a Chrystusem. Inny kaznodzieja mówi: "Określając w ten sposób Jezusa, Jan Chrzciciel trafił w dziesiątkę". W kazaniu na Boże Ciało słyszę słowa, że "kto nie rozumie Eucharystii, ten odpada w przedbiegach". Jak mają się do tego odnieść ludzie ukołysani na przekładzie Biblii Jakuba Wujka, którzy mają w świadomości językowej jeziora, łany pól i ptaki niebieskie? Dla nich to jest rzeczywistość Ziemi Świętej i takie modyfikacje jak przedbiegi czy stacje przekaźnikowe muszą irytować. Trzeba mieć wyczucie, co wypada, a czego nie wypada mówić.
Tradycja przetrwała w liturgii. W wyznaniu wiary mówimy na przykład o Jezusie "umęczon, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion".
- Mamy tu do czynienia z ogólnym prawem, które mówi, że we wszystkich językach świata formy najczęściej używane zmieniają się najwolniej. Na co dzień nie uświadamiamy sobie chyba, że normalnie powiedzielibyśmy "ukrzyżowany, umęczony, pogrzebany". Tymczasem mówimy: "umęczon pod ponckim Piłatem, ukrzyżowan umarł i pogrzebion". Ponieważ to credo często jest używane, ostała się w nim stara forma imiesłowu, gramatyczny archaizm.
W modlitwach też przetrwały inne stare formy. Normalnie mówimy w piątym, szóstym, siódmym dniu, ale odmawiając paciorek, dzieci proszą Anioła Stróża: "rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy". Okazuje się, że tylko w tej formule modlitewnej rzeczownik dzień doniósł do współczesności starą formę miejscownika "we dnie", a nie "w dniu". To też archaizm.
I jaki ładny!
- Tak. Te słowa nadają językowi religijnemu pięknego sztafażu, który jest mu potrzebny. Przed laty miałem serię prac magisterskich poświęconych współczesnym tłumaczeniom Pisma Świętego. Moi magistranci wykazywali, że najbliższe ideału biblijnego są tłumaczenia Czesława Miłosza i Romana Brandstaettera, bo decydując się na pewne unowocześnienie swojego tekstu, nie gubili jednocześnie tego pięknego stylizacyjnego sztafażu. Niestety, inne tłumaczenia są go pozbawione.
I Pan, ukołysany na Biblii Wujka, zaczyna za nim tęsknić...
- Nie tylko ja. Ksiądz Twardowski napisał piękny wiersz "Litania do św. Antoniego". Wiadomo, że to patron rzeczy znalezionych. Wyraża w nim swój żal za czasami, kiedy w Ewangelii trzy razy kur zapiał, nim się Piotr zaparł Jezusa, kiedy pacholę przynosiło koszyk na pustynię, kiedy były panny roztropne i głupie. Ja mógłbym do tego dodać jeszcze "niech nie wie prawica, co czyni lewica", a dziś powiedzielibyśmy, że nie wie lewa ręka co czyni prawa. Młody ksiądz powiedział mi kiedyś w Katowicach na odczycie, że lewica i prawica kojarzą mu się z partiami politycznymi. Mógłbym po śląsku powiedzieć: Godej tu z nim! Co mnie obchodzą partie? Dla mnie zagubione lewica i prawica pozostaną piękne.
Z drugiej strony apeluje się do księży, by mówili językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi.
- To prawda. Z tego powodu opuszczają pewne fragmenty Pisma Świętego, kiedy pojawia się tam jakiś stary wyraz, albo zastępują go innym. W Dziejach Apostolskich Jezus pod Damaszkiem mówi do Szawła, że daremną jest rzeczą "przeciw ościeniowi wierzgać". Ten fragment już się w czytaniach opuszcza, a w innym miejscu dokonano zmiany. Św. Paweł pytał kiedyś: "Gdzież jest o śmierci twój oścień?". Pytanie zmieniono na: "Gdzie jest o śmierci twe żądło?".
Wszyscy wiedzą, co to jest żądło, bo pszczoła od czasu do czasu każdego ugryzie. A któż dziś wie co to był oścień? To było okropne narzędzie do łowienia ryb, taki pal z nabitymi metalowymi hakami. Ryby nadziewały się na te bolce i konały w mękach. A jednak za księdzem Twardowskim trochę żal mi tych ościeni, tego pacholęcia, tych panien i kura.
Ale niektóre rzeczy zostają. Jezus niezmiennie mówi w Ewangelii "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam".
- Och, zaprawdę to piękne słowa. Rzeczywiście tylko Ewangeliczne i tylko Chrystusowe. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał z tego zrezygnować.
Poza Ewangelią jest jeden przypadek. Podczas mszy, zaczynając prefację, kapłan wypowiada "Zaprawdę godne to i sprawiedliwe..."
-... słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie". Znam to dalej na pamięć. Piękne, piękne słowa. To cudowne, że żyją do dziś.
Ale co tak naprawdę znaczy "zaprawdę"?
- Tak mówiło się w staropolszczyźnie. Pamięta pani formułę: "przysięgam mówić prawdę i tylko prawdę"? Po co takie powtórzenie? Albo sformułowania "wszem i wobec", "krótko i węzłowato". Podobnie jak w słowie "zaprawdę" chodzi tu o ekspresję języka, dlatego Jezus mówi: "zaprawdę, zaprawdę powiadam wam".
Ma Pan nadzieję, że ta fraza przetrwa, ale co do innych słów nie można już chyba mieć złudzeń. We współczesnych przekładach nie ma już "głosu wołającego na puszczy".
- Mogę zrozumieć, że tłumacze, by przybliżyć krajobraz Ziemi Świętej, zmieniają puszczę na pustynię, ale mogę się na to zgodzić tylko w czytaniach kościelnych. Kiedy używamy tej frazy jako powiedzenia w codziennym języku, powinniśmy dalej mówić tradycyjnie o "głosie wołającym na puszczy". Dlaczego? Bo tak było przez wieki, a było dlatego, że puszcza i pustynia były synonimami. Można było mówić puszcza Sahara i podobnie Puszcza i Pustynia Białowieska. Chodziło po prostu o bezludne miejsce.
Jest jeszcze jedna modyfikacja, która pokazuje szeroko pojętą demokratyzację języka kościelnego. Nie dokonała się chyba jeszcze tylko na Górnym Śląsku. W modlitwie "Pod twoją obronę" mówi się "naszymi prośbami nie racz gardzić w potrzebach naszych". Już jako dziecko intrygował mnie ten zwrot. Przeciętny Polak powiedziałby dzisiaj: "naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych". Ta forma na pozór wydaje się bardziej logiczna, ale nic z tych rzeczy. W słowach "nie racz gardzić" wyraża się większa pokora: ja, nędzny proch, nie proszę o to, żeby Maryja nie gardziła, ale żeby nie raczyła gardzić. Takie wyrażanie pokory jest chyba dziś dla nas za trudne do przełknięcia, nie przystaje już do naszej mentalności, więc modlitwa się zdemokratyzowała.
W "Zdrowaś Maryjo" niczego nie zmieniamy. Od wieków modlimy się "owoc żywota twojego Jezus".
- Tak, mamy tu żywot w znaczeniu brzuch, łono. Owoc żywota, czyli owoc twojego łona.
Rozumiemy to jeszcze chyba tylko dlatego, że powtarzamy w modlitwie.
- Obawiam się, że młodzi ludzie już tego nie wiedzą. Dam głowę, że myślą o owocu twojego życia, bo żywot - archaiczne przecież słowo - z niczym innym nie może im się już skojarzyć.
No to udało mi się jednak porozmawiać z Panem o kościelnym języku! Na koniec powinnam chyba powiedzieć: Bóg zapłać!
- Ach, to też ładny zwrot! Na Śląsku przetrwało jeszcze "Szczęść Boże" na powitanie. Czasem traktuje się to jako pewną konwencję ludyczną, ale są ludzie, a mam takich kolegów także wśród językoznawców, którzy wypowiadają te słowa z pełnym przekonaniem. Zazdroszczę im tego.
- 5 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Panie Profesorze
polsz
28.09.10, 08:52
powiedzenie Szczęść Boże na powitanie nie "przetrwało na Śląsku". To popularne w całej Polsce powitanie używane głównie przez ludzi starszych»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


