Wygodna komunikacja? To nabijanie ludzi w butelkę
2010-09-21
, aktualizacja: 21.09.2010 16:30
Autobusy i tramwaje wciąż nie są u nas konkurencją dla samochodów. Nie ma co liczyć na to, że posiadacze czterech kółek się przesiądą. Chyba że w komunikacji nastąpi rewolucja - pisze Jacek Madeja.
ZOBACZ TAKŻE
- Następcy karlików wyjadą na tory ze sporym opóźnieniem (01-10-10, 12:29)
- Nie licz na kierowcę, gdy pobiją cię w autobusie (24-09-10, 16:06)
- Rewolucja na torach. Będą nowe szynobusy i pociągi (09-09-10, 17:45)
- Bilety KZK GOP od środy będą dostępne przez komórkę (29-08-10, 16:44)
- Pasażerowie wygrali z KZK GOP. Dziewiątka wróciła (09-08-10, 17:53)
- Motorniczy w krawacie. Tramwaje wprowadzają mundurki (07-07-10, 12:35)
- Koleje Śląskie. Debiut na trasie Gliwice - Częstochowa (13-09-10, 13:33)
O tym, że warto zostawić samochód przed domem i wsiąść do autobusu lub tramwaju, od kilku dni z zapałem przekonuje Komunikacyjny Związek Komunalny GOP, organizator transportu publicznego. Wszystko z okazji Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu (jego kulminacja przypada w środę, kiedy obchodzony jest Dzień bez Samochodu). Kierowców, którzy tego dnia zostaną pasażerami, mają skusić darmowe przejazdy, kawa i ciastko oraz możliwość wygrania biletu kwartalnego.
To wystarczy? Być może na ten jeden dzień tak. Szczerze wątpię, że na stałe. Wejście i przejazd autobusem lub tramwajem będzie tego dnia jak pokerowe "sprawdzam". Nietrudno przewidzieć, jak zakończy się ta partia, bo karty, które trzyma w ręku organizator transportu w aglomeracji, to same przegrane blotki. Moim zdaniem sam na to rozdanie solennie zapracował - zamiast zachęcić ludzi do korzystania ze swoich usług, zrobił wiele, żeby ich odstraszyć i pozbyć się nawet wiernych pasażerów.
Sporą winę za taki stan rzeczy ponoszą prezydenci śląskich i zagłębiowskich miast. Wielu z nich od dawna stara się minimalizować własny wkład finansowy w publiczną komunikację. W 2009 roku KZK GOP, który skupia 25 gmin, dysponował budżetem w wysokości 490 mln zł, czyli trzy razy mniejszym od tego, co na organizację komunikacji u siebie wydała Warszawa i niewiele większym od wydatków Krakowa.
Efekt jest taki, że po stolicy wkrótce zacznie jeździć prawie 170 nowych tramwajów, a my musimy się cieszyć, jeśli trafi się nam przejażdżka przemalowanym 10-letnim karlikiem.
Nie lepiej jest z autobusami. Tutaj na wielu trasach wciąż rzęzi wiekowy ikarus, ale nie zanosi się na to, by miał ustąpić pola młodszym wozom. O tym, jak wiele by trzeba zmienić, najlepiej świadczą wyniki kontroli przeprowadzonej latem przez Inspektorat Transportu Drogowego. Po wyrywkowych badaniach autobusów w ośmiu miastach (m.in. w Katowicach, Bytomiu i Będzinie) okazało się, że co czwarty nie spełniał wymagań technicznych. Główne problemy to: przekroczenie wartości zadymienia spalin, wycieki paliwa, olejów, płynów hamulcowych, chłodniczych.
Jednak problem z komunikacją nie polega u nas wyłącznie na braku pieniędzy. Odpowiadające za tę dziedzinę osoby zdają się zapominać, że miejski transport powinien w równym stopniu wykorzystywać kolej, autobusy i tramwaje. Naukowcy przyrównują tę strukturę do szkieletu ryby: kręgosłup i główne ości to połączenia kolejowe, mniejsze to autobusy i tramwaje. U nas nikt się do tego nie stosuje, a pojawienie się w ofercie wspólnego biletu kolejowo-autobusowo-tramwajowego zakończyło się fiaskiem.
Dlatego nie wierzę, że w ciągu jednego dnia KZK GOP przekona kierowców do tramwajów i autobusów. Wmawianie im, że nasz transport miejski to wygoda, mniejsze stres, hałas i zanieczyszczenie powietrza, to najzwyczajniej nabijanie ludzi w butelkę. Bo kiedy na przystanek przyjedzie spóźniony rozklekotany gruchot, w którym deszcz leje się przez przeciekający dach, a spaliny dostają do środka, to na następny dzień wsiądą do niego tylko ci, którzy muszą, czyli nie mają alternatywy w postaci samochodu.
To wystarczy? Być może na ten jeden dzień tak. Szczerze wątpię, że na stałe. Wejście i przejazd autobusem lub tramwajem będzie tego dnia jak pokerowe "sprawdzam". Nietrudno przewidzieć, jak zakończy się ta partia, bo karty, które trzyma w ręku organizator transportu w aglomeracji, to same przegrane blotki. Moim zdaniem sam na to rozdanie solennie zapracował - zamiast zachęcić ludzi do korzystania ze swoich usług, zrobił wiele, żeby ich odstraszyć i pozbyć się nawet wiernych pasażerów.
Sporą winę za taki stan rzeczy ponoszą prezydenci śląskich i zagłębiowskich miast. Wielu z nich od dawna stara się minimalizować własny wkład finansowy w publiczną komunikację. W 2009 roku KZK GOP, który skupia 25 gmin, dysponował budżetem w wysokości 490 mln zł, czyli trzy razy mniejszym od tego, co na organizację komunikacji u siebie wydała Warszawa i niewiele większym od wydatków Krakowa.
Efekt jest taki, że po stolicy wkrótce zacznie jeździć prawie 170 nowych tramwajów, a my musimy się cieszyć, jeśli trafi się nam przejażdżka przemalowanym 10-letnim karlikiem.
Nie lepiej jest z autobusami. Tutaj na wielu trasach wciąż rzęzi wiekowy ikarus, ale nie zanosi się na to, by miał ustąpić pola młodszym wozom. O tym, jak wiele by trzeba zmienić, najlepiej świadczą wyniki kontroli przeprowadzonej latem przez Inspektorat Transportu Drogowego. Po wyrywkowych badaniach autobusów w ośmiu miastach (m.in. w Katowicach, Bytomiu i Będzinie) okazało się, że co czwarty nie spełniał wymagań technicznych. Główne problemy to: przekroczenie wartości zadymienia spalin, wycieki paliwa, olejów, płynów hamulcowych, chłodniczych.
Jednak problem z komunikacją nie polega u nas wyłącznie na braku pieniędzy. Odpowiadające za tę dziedzinę osoby zdają się zapominać, że miejski transport powinien w równym stopniu wykorzystywać kolej, autobusy i tramwaje. Naukowcy przyrównują tę strukturę do szkieletu ryby: kręgosłup i główne ości to połączenia kolejowe, mniejsze to autobusy i tramwaje. U nas nikt się do tego nie stosuje, a pojawienie się w ofercie wspólnego biletu kolejowo-autobusowo-tramwajowego zakończyło się fiaskiem.
Dlatego nie wierzę, że w ciągu jednego dnia KZK GOP przekona kierowców do tramwajów i autobusów. Wmawianie im, że nasz transport miejski to wygoda, mniejsze stres, hałas i zanieczyszczenie powietrza, to najzwyczajniej nabijanie ludzi w butelkę. Bo kiedy na przystanek przyjedzie spóźniony rozklekotany gruchot, w którym deszcz leje się przez przeciekający dach, a spaliny dostają do środka, to na następny dzień wsiądą do niego tylko ci, którzy muszą, czyli nie mają alternatywy w postaci samochodu.
- 43 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
18 głosów
-
Wygodna komunikacja? To nabijanie ludzi w butelkę
chronoxs
21.09.10, 17:25
Dobrze napisane. I do tego jeszcze te 35 tys. za pier.. nie w stołek (no...zapewne w fotel).»
-
Wygodna komunikacja? To nabijanie ludzi w butelkę
mimad
22.09.10, 16:31
Dużo mówi się o autobusach i tramwajach, lecz niewiele osób poruszyło temat kolei, co ze względu na specyfikę GOP-u wydaje się być podstawowym zaniedbaniem. To właśnie kolej - ze względu na »
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


