Piotr Duda: Bałem się, że wygwiżdżą prezydenta

Rozmawiali: Przemysław Jedlecki, Tomasz Głogowski
2010-09-02 , aktualizacja: 03.09.2010 14:39
A A A Drukuj
Piotr Duda Fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta Piotr Duda
- Chcę być łakomym kąskiem. To my mamy potrząsać workiem z politykami, a nie odwrotnie - mówi Piotr Duda, szef śląsko-dąbrowskiej "Solidarności", typowany na następcę Janusza Śniadka.
Tomasz Głogowski, Przemysław Jedlecki: Co takiego groziłoby prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu 3 września w Jastrzębiu-Zdroju, że zdecydował się Pan nie zapraszać go na obchody rocznicy porozumień jastrzębskich?

Piotr Duda: Panowie ciągną ten temat... Ale powiem. Nie groziło nic, jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa, bo od tego jest BOR i inne służby, i o to jestem spokojny. Chodzi o inne względy. Gdy widziałem w telewizji uroczystości rocznicy Powstania Warszawskiego i gwizdy w stronę Władysława Bartoszewskiego, to było mi strasznie głupio. Tak samo czułbym się, gdybym zaprosił prezydenta Komorowskiego i on zostałby wygwizdany. Pod pomnik w Jastrzębiu przychodzą różni ludzie. Wyciągają transparenty, stoją, krzyczą. Rozmawiałem z Kancelarią Prezydenta i spotkało się to ze zrozumieniem. Tylko o to chodzi.

Czy gdyby prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu groziło wygwizdanie, też by go Pan nie zaprosił?

- Zrobiłbym to samo. Zresztą nie zapraszałem Lecha Kaczyńskiego co roku do Jastrzębia. Dwa lata temu był zaproszony, a przyjechał minister Maciej Łopiński. Potem musiałem go przepraszać, bo też rozległ się jakiś gwizd. A dziś sytuacja jest napięta i z tego powodu nie chcę, by prezydenta coś takiego spotkało. Chciałem jednak, żeby był ktoś reprezentujący drugą stronę. I to nie byle kto - w uroczystościach weźmie udział Jerzy Buzek, który jest związany z PO.

Nie żałuje Pan swojej decyzji? Chyba więcej szumu narobiło niezaproszenie prezydenta, niż te gwizdy, których tak się Pan boi.

- Może tak, może nie. Chciałem tylko, żeby uroczystości przebiegły spokojnie. Jestem zdziwiony, że gdy zbliżają się te rocznice, zawsze pojawia się jakiś żal osób z tamtych lat... U nas w regionie tego jednak nie ma.

Gdy wyjaśniał Pan brak zaproszenia prezydenta, mówił Pan, że Polska jest podzielona. Kto w takim razie podzielił Polaków? To po Pańskiej decyzji politycy mówili, że znowu się dzieli Polaków.

- Polski nie podzielił ani Tusk, ani Kaczyński. Została podzielona przed '89 rokiem. Część ludzi zapisała się do "Solidarności", część przeszła do niej z PZPR, a część została w partii. Te podziały wciąż są żywe. Musi dojść do zmiany pokoleniowej. Inaczej te wszystkie kłótnie, kto był ważniejszy, będą wciąż żywe. Ja to widzę i jest mi z tego powodu przykro.

Może na te podziały pracowali działacze związku? Pod stocznią w Gdańsku Jarosław Kaczyński mówił: "My stoimy tu, gdzie staliśmy, a oni tam, gdzie stało ZOMO". W Jastrzębiu-Zdroju rok temu tuż przy pomniku wisiały plakaty PiS-u. Jakoś wtedy Pan nie protestował.

- Nie da się nad wszystkim zapanować. Zresztą 30 lat temu walczyliśmy też o to, żebyśmy mogli się różnić. Jarosława Kaczyńskiego poparliśmy w wyborach tylko ze względów merytorycznych. Miał kontynuować politykę brata, politykę Polski solidarnej. Na Lecha Kaczyńskiego zawsze mogliśmy liczyć. Mam jednak nadzieję, że prezydent Komorowski wdroży w życie to, co mówił, i nie będzie tylko prezydentem PO. Jako związkowcy nie mogliśmy jednak poprzeć kogoś, kto ma liberalne poglądy. Stało to w sprzeczności z moim sumieniem.

Nie ma Pan wrażenia, że związek doszedł do ściany, że możliwe jest tylko działanie polityczne? Pan sugeruje jednak, że trzeba to zmienić.

- Mamy prawo wypowiadać się w sprawach polityki. Od polityki, która polega na tym, że rozmawiam z różnymi osobami, nie zamierzam się odcinać. Ale jeżeli chodzi o poparcie konkretnej partii, tego robić nie możemy. Gdybyśmy taki błąd popełnili przy wyborach samorządowych albo parlamentarnych, byłoby to dla nas samobójstwo. Poparliśmy Jarosława Kaczyńskiego, a że to był szef partii, to tak wyszło. Gdyby żył Lech Kaczyński, poparlibyśmy jego, bo się sprawdził.

W efekcie jednak "Solidarność" jest określana jako przybudówka PiS czy wręcz pas transmisyjny tej partii. Lech Wałęsa odcina się jednoznacznie od związku.

- Nie jesteśmy przybudówką i nie będziemy. Pas transmisyjny? Pewnie dlatego, że PiS ma bardziej prosocjalny program. Platforma to liberałowie, nie wyobrażam sobie, żeby "Solidarność" poparła taki rząd. Prędzej gabinet PO-PiS, wtedy te partie by się równoważyły. No ale zamiast wspólnie reformować kraj i troszczyć się o Polaków, politycy tych ugrupowań pokłócili się o stołki w resortach siłowych.

Co się stało z "Solidarnością"? Kiedyś miała miliony członków, dziś to 800 tys. osób. Dlaczego "Solidarność" nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś?

- Te dziesięć milionów to był przede wszystkim wielki ruch społeczny. Nie można tego porównywać do tego, co mamy teraz. Jesteśmy takim narodem, że jak już powojujemy, to osiadamy na laurach, nie działamy już razem, każdy zajmuje się własnymi sprawami. To i tak sukces, że dziś - po zakończeniu restrukturyzacji przemysłu - mamy tylu członków. Lech Wałęsa nie może jednak dziś mówić, że dobra "Solidarność" to była ta, w której on działał, a dzisiejsza jest zła. Związkowcom jest teraz trudniej niż wtedy. Musimy się obracać w gąszczu przepisów, po drugiej stronie są świetnie przygotowani pracodawcy i ich prawnicy. Lech Wałęsa ma wielkie zasługi, bo był w odpowiednim miejscu i się nie bał. Ale "Solidarność" wtedy to był samograj. Ludzie chcieli działać, chcieli zmian, dzielili się ze sobą wszystkim, wiele robili razem. Dziś jest inaczej. Ludzi mało interesują sprawy społeczeństwa czy sytuacja zakładu pracy. W trudnych chwilach jednak potrafimy się zmobilizować. Zobaczcie choćby, co się działo 10 kwietnia.

A może po prostu "Solidarność" nie jest atrakcyjna? Związki kojarzą się ze strajkami, demonstracjami czy wręcz zadymami. To takie obrazki najczęściej widać w telewizji.

- Właśnie - to tylko obrazki. A przecież robimy wiele wspaniałych innych rzeczy. Mamy dużo młodych ludzi w związku, dzięki Fundacji im. Grzegorza Kolosy każdego roku organizujemy kolonie dla dzieci. Nikt o tym nie mówi. Do naszej siedziby przychodzą tabuny ludzi. Pomagamy powodzianom, tylko nie umiemy się z tym przebić. Pokazują nas, gdy palimy opony i składamy wieńce albo się modlimy. To jednak obraz skrzywiony. Ale może to efekt tego, że związków jest po prostu za dużo.

Czyli trzeba zmienić ustawę o związkach zawodowych i wprowadzić zasadę reprezentatywności?

- Zdecydowanie tak, bo niektóre związki ograniczają się tylko do wycieczek na grzyby. Ale nawet się temu nie dziwię, bo gdy organizacja liczy 12-15 członków i nie ma struktury nadrzędnej, to jak ma funkcjonować? Niech taki związek dalej działa, ale niech nie będzie już stroną w poważnych negocjacjach. Niejednokrotnie jest też tak, że po wyborach przegrani przewodniczący zakładają związek zawodowy sfrustrowanych przewodniczących. Niestety, dotyczy to też działaczy "Solidarności". To jest nieuczciwe i niepotrzebne. Dlatego staramy się, byśmy zawsze wydawali tysiące złotych na szkolenia, by nasi związkowcy byli traktowani przez pracodawców jak poważni partnerzy. Bo skończyły się czasy, że przychodzi się do pracodawcy, wali się ręką w stół i żąda podwyżki.

Co Pan sądzi o pomyśle, by firmy przestały łożyć na działalność związków zawodowych? Pracodawcy argumentują, że byłyby to gigantyczne oszczędności.

- Możemy się wzorować na rozwiązaniach zachodnich, ale pamiętajmy, że na przykład w Norwegii związki działają tylko na rzecz swoich członków. A my, walcząc o podwyżki, domagamy się ich dla wszystkich pracowników, a nie tylko członków "S". Jeżeli więc chcemy wyprowadzić związki z zakładów pracy, musimy się też zgodzić, że będą one świadczyć usługi tylko na rzecz swoich członków. Wtedy pewnie pojawi się zarzut, że dbamy tylko o swoich. Dlatego chcieliśmy być organizacją pożytku publicznego i utrzymywać się z dobrowolnych odpisów wszystkich Polaków, również tych spoza związku. Ale usłyszeliśmy stanowcze "nie". Wiem dlaczego. Bo związek, który ma majątek, jest silny, za silny dla drugiej strony.

Ale związki prowadzą przecież działalność gospodarczą. Również działacze "S" zasiadają w radach nadzorczych, szefują firmom, które prowadzą sklepy czy stołówki przy kopalniach.

- Ale zawsze w ramach spółek, a nie jak inni, którzy mają działalność w ramach związku, gdzie kapitałem zakładowym są składki członkowskie. Czy uważają panowie, że lepiej by było, gdyby te sklepy czy stołówki prowadzili jacyś biznesmeni niezwiązani w ogóle z zakładem pracy? Przecież oni by te pieniądze brali tylko do siebie, a my przeznaczamy je przynajmniej na działalność statutową. W efekcie wszystko wraca do pracowników. Inną sprawą jest, czy przewodniczący związku powinien być prezesem spółki. Według mnie zdecydowanie nie. Już sam fakt, że w regionie jestem zarówno przewodniczącym, jak i pracodawcą, bo zatrudniam prawie 80 osób, jest dla mnie mało komfortowy.

Niech Pan powie, ale szczerze. Dlaczego chce Pan zostać szefem "Solidarności"? Chce Pan odciągnąć związek od polityki?

- Po ośmiu latach szefowania śląsko-dąbrowskiej "Solidarności" wiem już, że pewne sprawy mogę poprowadzić inaczej, rozmawiając również z politykami. Dzisiaj spotykam się z Wojtkiem Szaramą, za chwilę przyjdzie Tomek Tomczykiewicz, a i z panem Zaborowskim znajdziemy wspólny język. Niedawno ktoś się mnie spytał, czy Śniadek jest złym przewodniczącym. Nie, ale moja "S" będzie inna.

Jaka?

- Tego panom nie powiem, bo najpierw chcę, aby usłyszeli to delegaci. Ale działając w komisji krajowej, widzę, że wiele animozji w "S" jest wynikiem podziałów historycznych. 30 lat temu byłem zwykłym członkiem "Solidarności" i może dlatego łatwiej mi będzie utrzymać równowagę między historią a współczesnymi wyzwaniami. Związek, jeżeli chce przetrwać i się rozwijać, musi patrzeć w przód. Musi być atrakcyjny dla młodych ludzi, przyciągnąć nowych członków. A jeśli tego nie zrobi, to nie będzie miał środków, również na dbanie o historię. Wiem, że jesteśmy łakomym kąskiem dla polityków. Dlatego robię wszystko w regionie, i tak będę chciał robić w kraju, żeby być łakomym kąskiem, ale nie dać się złapać. To my mamy potrząsać w tym worku politykami, a nie odwrotnie. Wciąż mamy olbrzymie poparcie i możliwości: cała Platforma nie ma tylu członków, ilu ja mam w regionie.

Ale to, co Pan mówi teraz, to czysta polityka: "Musicie się z nami liczyć, bo jesteśmy bardzo silni".

- No bo jesteśmy. Proszę też pamiętać, że mówię to politykom, a nie PiS-owi, Platformie czy SLD.

Podziel się

  • 24 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy