Dzieci patrzą na boisko, ale nie mogą na nim zagrać
2010-09-02
, aktualizacja: 02.09.2010 18:19
Krystyna Wolwiak nie pozwala dzieciom grać w piłkę na boisku, bo nie wiadomo z czego zrobiono jego nawierzchnię
Wojciech Grzyb, piłkarz Ruchu, sam zorganizował turniej i zebrał pieniądze na budowę boiska dla wychowanków domu dziecka. Boisko powstało, ale nikt na nim nie gra, bo dyrektorka domu dziecka kłóci się z firmą, która je zbudowała.
ZOBACZ TAKŻE
- Matka z szóstką dzieci marzy o centralnym ogrzewaniu (04-10-10, 21:44)
- Nuda, normalnie nuda. Wieje nią z sal gimnastycznych (07-09-10, 11:20)
- Wielki kompleks sportowy powstał tuż za polską granicą (29-07-10, 12:48)
- Orliki to sukces. Ale paralizator może się przydać (21-04-10, 12:41)
Impreza "Wojciech Grzyb i przyjaciele" odbędzie się w tym roku po raz piąty. Zawsze w grudniu na zaproszenie piłkarza niebieskich odpowiadają znakomici sportowcy: Mariusz Czerkawski, Marcin Gortat, Krzysztof Warzycha. Kto nie może przyjechać i zagrać w piłkę, przysyła koszulkę na licytację. Gdy Grzyb skrzyknął przyjaciół po raz pierwszy, postanowił, że pieniądze, które uda się zebrać, zostaną przekazane na budowę boiska dla wychowanków mysłowickiego domu dziecka. Nie starczyło na sfinansowanie całej inwestycji, ale z pomocą władz miasta udało się wybudować małe boisko ze sztuczną nawierzchnią.
Michaś i Darek z domu dziecka aż rwą się, żeby na nim zagrać. Nic z tego. - Mówiłam, że nie wolno - powtarza im Krystyna Wolwiak, dyrektorka placówki, i prosi, żeby Darek wrócił za okalającą plac plastikową taśmę.
Wolwiak nie ma doświadczenia w inwestycjach budowlanych. Gdy dowiedziała się, że wykonawca boiska zostanie wyłoniony w konkursie, nawet się ucieszyła. - Wybierzemy dobrą ofertę - zapewniała.
Wygrała mysłowicka firma Kostrzewa. Zbudowała boisko latem ubiegłego roku. - Od razu wydało mi się dziwne, że ma pośrodku niewielką nieckę. Niby nic, ale może się tam zbierać woda. Pracownicy firmy starali się mnie przekonać, że niedowidzę, ale moje obawy potwierdziły pomiary geodezyjne. Boisko nie zostało odebrane także przez inspektora nadzoru budowlanego - opowiada dyrektorka.
Postanowiła, że nie zapłaci 70 tys. zł za boisko, dopóki firma nie usunie usterki. - Wtedy zaczęto mnie naciskać. Niektórzy z pracowników firmy byli niegrzeczni, inni próbowali coś wymusić krzykiem, a właściciel mnie obraził - mówi. Według jej wyliczeń Kostrzewa musi jej zapłacić za nieoddanie boiska w terminie 20 tys. zł kary umownej. Ale to nie wszystko...
Pewnego dnia Wolwiak po raz kolejny spojrzała w dokumenty i aż podskoczyła. - Nasz patron ojciec Pio nad nami czuwa - mówi i pokazuje dane techniczne dotyczące nawierzchni. Firma zobowiązała się w umowie, że komponenty na nawierzchnię kupi u konkretnego niemieckiego producenta. Wolwiak sprawdziła, że tak się nie stało. - To z czego zrobiono boisko? Może z jakichś odpadów? - pyta dyrektorka. Chce zlecić badania toksykologiczne w Instytucie Techniki Budowlanej w Warszawie. To wydatek około 8 tys. zł.
Kostrzewa odpiera zarzuty. - Ta niecka to nie nasza wina, bo inna firma przygotowywała podłoże, ale woda tam się zbiera. Przez taką nawierzchnię to woda przelatuje - zapewnia prezes Marek Zając. - Niecki można byłoby się pozbyć, tylko zrywając całą nawierzchnię - dodaje.
Właściciel firmy Sławomir Kostrzewa nie dowierza, że dyrektorka chce badać próbki nawierzchni. - Wyrzuci pieniądze w błoto. Niech lepiej kupi za nie zabawki. Nawierzchnia jest dobra. Materiały sprawdzał inspektor nadzoru budowlanego. Niecka jest, ale mieści się w polskich normach. W ramach zadośćuczynienia proponowaliśmy upust, montaż siatek okalających boisko, ale nie zgodzimy się na pół ceny - denerwuje się Kostrzewa. - To przez upór pani dyrektor dzieci nie mogą grać w piłkę - dorzuca.
Wolwiak twierdzi jednak, że kieruje się właśnie dobrem dzieci i nie może wybaczyć, że ktoś pozbawił je radości. - W szafie czekają koszulki Ruchu. Wojtek Grzyb planował pokazowy mecz, miał być festyn. I co? I nic! - mówi dyrektorka.
Badań toksykologicznych na razie nie zleciła, za to sprawą boiska zajęła się już mysłowicka policja.
Wojciech Grzyb jest smutny i zniesmaczony: - Najgorsze, że dzieci patrzą na boisko, ale nie mogą na nim zagrać. Byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie powstało. To nasza porażka.
Michaś i Darek z domu dziecka aż rwą się, żeby na nim zagrać. Nic z tego. - Mówiłam, że nie wolno - powtarza im Krystyna Wolwiak, dyrektorka placówki, i prosi, żeby Darek wrócił za okalającą plac plastikową taśmę.
Wolwiak nie ma doświadczenia w inwestycjach budowlanych. Gdy dowiedziała się, że wykonawca boiska zostanie wyłoniony w konkursie, nawet się ucieszyła. - Wybierzemy dobrą ofertę - zapewniała.
Wygrała mysłowicka firma Kostrzewa. Zbudowała boisko latem ubiegłego roku. - Od razu wydało mi się dziwne, że ma pośrodku niewielką nieckę. Niby nic, ale może się tam zbierać woda. Pracownicy firmy starali się mnie przekonać, że niedowidzę, ale moje obawy potwierdziły pomiary geodezyjne. Boisko nie zostało odebrane także przez inspektora nadzoru budowlanego - opowiada dyrektorka.
Postanowiła, że nie zapłaci 70 tys. zł za boisko, dopóki firma nie usunie usterki. - Wtedy zaczęto mnie naciskać. Niektórzy z pracowników firmy byli niegrzeczni, inni próbowali coś wymusić krzykiem, a właściciel mnie obraził - mówi. Według jej wyliczeń Kostrzewa musi jej zapłacić za nieoddanie boiska w terminie 20 tys. zł kary umownej. Ale to nie wszystko...
Pewnego dnia Wolwiak po raz kolejny spojrzała w dokumenty i aż podskoczyła. - Nasz patron ojciec Pio nad nami czuwa - mówi i pokazuje dane techniczne dotyczące nawierzchni. Firma zobowiązała się w umowie, że komponenty na nawierzchnię kupi u konkretnego niemieckiego producenta. Wolwiak sprawdziła, że tak się nie stało. - To z czego zrobiono boisko? Może z jakichś odpadów? - pyta dyrektorka. Chce zlecić badania toksykologiczne w Instytucie Techniki Budowlanej w Warszawie. To wydatek około 8 tys. zł.
Kostrzewa odpiera zarzuty. - Ta niecka to nie nasza wina, bo inna firma przygotowywała podłoże, ale woda tam się zbiera. Przez taką nawierzchnię to woda przelatuje - zapewnia prezes Marek Zając. - Niecki można byłoby się pozbyć, tylko zrywając całą nawierzchnię - dodaje.
Właściciel firmy Sławomir Kostrzewa nie dowierza, że dyrektorka chce badać próbki nawierzchni. - Wyrzuci pieniądze w błoto. Niech lepiej kupi za nie zabawki. Nawierzchnia jest dobra. Materiały sprawdzał inspektor nadzoru budowlanego. Niecka jest, ale mieści się w polskich normach. W ramach zadośćuczynienia proponowaliśmy upust, montaż siatek okalających boisko, ale nie zgodzimy się na pół ceny - denerwuje się Kostrzewa. - To przez upór pani dyrektor dzieci nie mogą grać w piłkę - dorzuca.
Wolwiak twierdzi jednak, że kieruje się właśnie dobrem dzieci i nie może wybaczyć, że ktoś pozbawił je radości. - W szafie czekają koszulki Ruchu. Wojtek Grzyb planował pokazowy mecz, miał być festyn. I co? I nic! - mówi dyrektorka.
Badań toksykologicznych na razie nie zleciła, za to sprawą boiska zajęła się już mysłowicka policja.
Wojciech Grzyb jest smutny i zniesmaczony: - Najgorsze, że dzieci patrzą na boisko, ale nie mogą na nim zagrać. Byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie powstało. To nasza porażka.
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

