Śledztwo przeciwko byłemu prezydentowi Zabrza utknęło

Marcin Pietraszewski
2010-08-24 , aktualizacja: 24.08.2010 16:14
A A A Drukuj
Jerzy G. Fot. Tomasz Wantuła Jerzy G.
Od kilku miesięcy jeden z kluczowych świadków nie stawia się na przesłuchanie. - Nie można go doprowadzić siłą, bo mieszka w Niemczech - przyznają prokuratorzy.
70-letni Jerzy G., były prezydent Zabrza, został aresztowany w listopadzie zeszłego roku. Według katowickiej prokuratury w sierpniu 2008 r. zamordował Lecha Frydrychowskiego, syna swojej byłej wspólniczki. Śledczy planowali, że pod koniec lipca do sądu trafi akt oskarżenia w tej sprawie.

"Gazeta" dowiedziała się jednak, że prokuratorzy mają problem i sprawa może się przeciągnąć. Od kilku miesięcy nie mogą bowiem przesłuchać jednego z kluczowych świadków. Mieszka on w Niemczech i nie reaguje na wezwania do stawienia się w polskim konsulacie. - To ważny świadek z punktu widzenia oskarżenia i byłoby dobrze, gdyby złożył zeznania - potwierdza prokurator Mariusz Łączny z biura prasowego Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Śledczy nie mogą zwrócić się z prośbą do niemieckiej policji, aby doprowadziła unikającego przesłuchania mężczyznę na przesłuchanie, bo nie zezwalają na to przepisy. Wszystko zależy więc od jego dobrej woli. - Jeżeli nie stawi się na przesłuchanie, prowadzący sprawę może podjąć decyzję o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia na podstawie zebranego do tej pory materiału dowodowego - mówi prokurator Łączny.

A jakie to dowody? Według naszych informacji billingi telefoniczne, informacje operatorów komórkowych o miejscach logowania się telefonu Frydrychowskiego i Jerzego G. oraz zeznania współuczestników zabójstwa. Byłego prezydenta obciąża Tomasz L., mechanik samochodowy z Bytomia. Zeznał, że Jerzy G. prosił go, żeby znalazł ludzi, którzy porachowaliby się z Frydrychowskim.

Z relacji Tomasza L. wynika, że 17 sierpnia 2008 r. Jerzy G. zaproponował Frydrychowskiemu, aby wybrali się do lasu w okolicach Będzina. Mieli oglądać drzewostan, co było elementem pracy doktorskiej Frydrychowskiego. Były prezydent miał przywieźć tam doktoranta swoim samochodem. Na miejscu czekali już wynajęci przez mechanika samochodowego trzej bytomscy bandyci: Mariusz F., Robert T. i jego brat Rafał. Co się działo w lesie? Tomasz L. mówi, że nie wie, bo siedział w aucie. Zeznał jednak, że bandyci wrócili po kilkunastu minutach i chwalili się, jak okładali bejsbolami i kopali Frydrychowskiego. - Dziadkowi puściły nerwy - mieli opowiadać o Jerzym G. Podczas jazdy nie było mowy, że napadnięty nie żyje. O tym, że odnaleziono jego ciało, dowiedzieli się kilka dni później z mediów.

Mechanik podał prokuratorom numery komórek bandytów, których zawiózł do lasu. Według ustaleń operatorów 17 sierpnia w południe wszystkie logowały się w tamtej okolicy, podobnie jak telefony Tomasza L., Jerzego G. i Frydrychowskiego. Billingi pokazują, że mechanik był w stałym kontakcie z bandytami. Prezydent miał im zapłacić 4 tys. zł.

Prokuratorzy przyznają, że sprawa jest poszlakowa, bo nie znaleziono narzędzia zbrodni. Twierdzą jednak, że były prezydent miał motyw, bo był winny Frydrychowskiemu ponad 900 tys. zł wraz z odsetkami. Przegrał proces w tej sprawie, a na kilka miesięcy przed zbrodnią na jego konto wszedł komornik.

Jerzy G. nie przyznaje się do winy. Jego żona od samego początku utrzymuje, że mąż został wrobiony.

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy