Centrum miasta do zabawy czy mieszkania?
2010-07-21
, aktualizacja: 21.07.2010 22:32
Władze Katowic mogą ogłosić sukces - centrum miasta, zwłaszcza Mariacka i Gliwicka, tętni życiem do rana. Nawet jeśli nie odbywają się tu koncerty, w pobliskich klubach bawią się setki ludzi. Niestety, przeszkadza to mieszkańcom, którzy nasyłają na restauratorów policję. - Albo mamy knajpki, albo ciszę i spokój - denerwują się właściciele klubów
ZOBACZ TAKŻE
- Wpuścić studentów do centrum miasta! (21-07-10, 22:25)
- Ogródki piwne na Mariackiej będą działać całą dobę (26-08-10, 20:48)
- To już koniec. Właściciele Kryształowej oddali klucze (23-08-10, 22:42)
- Władze Katowic obiecują: koniec ciszy na Mariackiej (26-07-10, 10:59)
- Michał Smolorz: Całe Katowice do rejestru zabytków! (24-07-10, 13:39)
- Mariacka podzielona. Żywa ulica musi być głośna? (22-07-10, 20:31)
- Kto może parkować na rynku? Pełnomocnik prezydenta (21-07-10, 22:07)
- Domówka na Mariackiej (15-07-10, 18:25)
- Mariacka ożyła (11-07-10, 01:20)
- Na katowickim rynku drogowcy wyleją asfalt. Dlaczego? (01-07-10, 15:13)
- Radni Katowic: Przebudowa rynku to kpina, mydlenie oczu (01-06-10, 00:06)
- Miasto próbuje ratować Mariacką. Czy to się może udać? (31-05-10, 13:22)
- Na Mariackiej albo trzeba walczyć o życie, albo... (03-03-10, 14:02)
- Studenci chcą do centrum. Tylko oni mogą ożywić miasto (23-07-10, 22:25)
SONDAŻ
Krzysztof Krot dopiero co otworzył bistro Lorneta z Meduzą w Katowicach przy Mariackiej. Skusiła go zapowiedź władz miasta uczynienia z tej ulicy tętniącego życiem deptaku. Uwierzył w to nie tylko on, wspólnie z innymi restauratorami któregoś wieczoru w jednym z lokali naradzali się nad planami. Kilkanaście osób, chwalili, deklarowali inwestycje. - Nagle pojawiła się straż miejska, że mieli skargę, bo głośno. Po ich wizycie entuzjazm wyparował - wspomina restaurator.
Podobna przygoda przydarzyła się wielu ludziom z jego branży. Tylko od początku czerwca w Katowicach policjanci byli alarmowani przez mieszkańców 87 razy, że w działającej w ich pobliżu kafejce albo barze jest głośno. - Zróbcie coś, nie da się wytrzymać - krzyczą do słuchawki ludzie i po chwili z komendy jedzie radiowóz. Restauratorzy załamują ręce: - Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie zwinąć interes.
Dominik Tokarski, który ma klub KATO przy Gliwickiej, mówi, że mundurowi odwiedzają go nawet po kilka razy na tydzień. I denerwują się nie mniej od niego, bo nic się nie dzieje - ludzie po prostu siedzą w ogródku przed budynkiem i rozmawiają.
- Mieszkańcy skarżą się ze złośliwości - mówi o dzwoniących na policję Dariusz Oflik, właściciel lokalu Atmosfera przy Kilińskiego. Wspomina, jak urządził kilkuletniej córce urodziny. O dziewiątej wieczorem zagrał zespół dla dzieci i od razu podjechała policja.
Zgodnie z uchwałą Rady Miejskiej w Katowicach ogródki piwne mogą być czynne do północy, a cisza nocna obowiązuje od 22, ale są tacy, którzy już w środku dnia skarżą się na hałas w ich okolicy.
Zdarza się tak również przy Mariackiej, choć lokatorzy stojących tam domów musieli podpisywać oświadczenia, że godzą się na deptak o charakterze kulturalno-usługowo-rekreacyjnym. Miejsce rzeczywiście cieszy się powodzeniem - Krot w swoim bistro miał w ostatnią sobotę aż 350 gości, i to w środku nocy, ale skargi mieszkańców psują humor restauratorom. Bo od takich opinii i stanowiska policji zależy np. koncesja na sprzedaż alkoholu, a jej odebranie oznacza koniec lokalu.
Aby takiej groźby uniknąć, restauratorzy umawiają się, że nie będą sprzedawać alkoholu pijanym i sami upominają gości, którzy hałasują. Tak się stało np. w Bielsku-Białej. Na razie skutkuje. - W tym sezonie nie wpłynęła do nas żadna skarga - potwierdza Izabela Krzempek-Szczotka z biura prasowego bielskiego magistratu.
Ale właściciele barów i kafejek w Katowicach uważają, że to władze miasta powinny zmienić nastawienie do tej sprawy. - Z jednej strony chcą, by Mariacka żyła, a z drugiej nie potrafią wprowadzić uchwały, która regulowałaby prawo w tym miejscu. Albo mamy knajpki, albo ciszę i spokój. Przynajmniej na lipiec i sierpień powinno obowiązywać zezwolenie na normalne funkcjonowanie takich miejsc - uważa Krot.
Podobnego zdania jest Tokarski. - Dużo zainwestowałem w swój lokal, ale jeśli tylko by mi zaproponowano przeprowadzkę w miejsce, gdzie nikt się nie będzie czepiał, chętnie bym to zrobił - przyznaje restaurator. Według niego dobre rozwiązanie znaleziono na Zachodzie, gdzie w centrach miast oprócz barów i restauracji najczęściej są tylko biura, a nie mieszkania. - Może by trzeba opracować jakiś system? Preferencyjne warunki dla ludzi młodych, którym takie sąsiedztwo nie przeszkadza, akademiki czy hostele - zastanawia się Tokarski.
Co na to władze Katowic? Wiceprezydent Arkadiusz Godlewski nie wierzy, by wprowadzenie jakichkolwiek odgórnych przepisów coś w tej sytuacji zmieniło - zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie narzekać.
On sam uważa, że jeśli ktoś chce mieszkać w oazie spokoju, powinien wyprowadzić się z centrum miasta. Nie powinno być też tak, by w sprawie błahostek interweniowała policja. Obiecuje zorganizować w tej sprawie spotkanie ze służbami porządkowymi.
Okazuje się jednak, że nawet Kraków czy Gdańsk, które uchodzą za miasta tętniące życiem przez całą dobę, nie poradziły sobie z problemem, z którym borykają się restauratorzy z Katowic - skargi mieszkańców na hałas to prawdziwa zmora. Władze Gdańska, aby zachęcić ludzi do wyprowadzki z centrum, wstrzymały tam sprzedaż mieszkań z bonifikatą, ale to i tak nie rozwiązało problemu. - Ludzie, zwłaszcza starsi, nie chcą się wyprowadzać - przyznaje Antoni Pawlak, rzecznik gdańskiego magistratu.
Podobna przygoda przydarzyła się wielu ludziom z jego branży. Tylko od początku czerwca w Katowicach policjanci byli alarmowani przez mieszkańców 87 razy, że w działającej w ich pobliżu kafejce albo barze jest głośno. - Zróbcie coś, nie da się wytrzymać - krzyczą do słuchawki ludzie i po chwili z komendy jedzie radiowóz. Restauratorzy załamują ręce: - Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie zwinąć interes.
Dominik Tokarski, który ma klub KATO przy Gliwickiej, mówi, że mundurowi odwiedzają go nawet po kilka razy na tydzień. I denerwują się nie mniej od niego, bo nic się nie dzieje - ludzie po prostu siedzą w ogródku przed budynkiem i rozmawiają.
- Mieszkańcy skarżą się ze złośliwości - mówi o dzwoniących na policję Dariusz Oflik, właściciel lokalu Atmosfera przy Kilińskiego. Wspomina, jak urządził kilkuletniej córce urodziny. O dziewiątej wieczorem zagrał zespół dla dzieci i od razu podjechała policja.
Zgodnie z uchwałą Rady Miejskiej w Katowicach ogródki piwne mogą być czynne do północy, a cisza nocna obowiązuje od 22, ale są tacy, którzy już w środku dnia skarżą się na hałas w ich okolicy.
Zdarza się tak również przy Mariackiej, choć lokatorzy stojących tam domów musieli podpisywać oświadczenia, że godzą się na deptak o charakterze kulturalno-usługowo-rekreacyjnym. Miejsce rzeczywiście cieszy się powodzeniem - Krot w swoim bistro miał w ostatnią sobotę aż 350 gości, i to w środku nocy, ale skargi mieszkańców psują humor restauratorom. Bo od takich opinii i stanowiska policji zależy np. koncesja na sprzedaż alkoholu, a jej odebranie oznacza koniec lokalu.
Aby takiej groźby uniknąć, restauratorzy umawiają się, że nie będą sprzedawać alkoholu pijanym i sami upominają gości, którzy hałasują. Tak się stało np. w Bielsku-Białej. Na razie skutkuje. - W tym sezonie nie wpłynęła do nas żadna skarga - potwierdza Izabela Krzempek-Szczotka z biura prasowego bielskiego magistratu.
Ale właściciele barów i kafejek w Katowicach uważają, że to władze miasta powinny zmienić nastawienie do tej sprawy. - Z jednej strony chcą, by Mariacka żyła, a z drugiej nie potrafią wprowadzić uchwały, która regulowałaby prawo w tym miejscu. Albo mamy knajpki, albo ciszę i spokój. Przynajmniej na lipiec i sierpień powinno obowiązywać zezwolenie na normalne funkcjonowanie takich miejsc - uważa Krot.
Podobnego zdania jest Tokarski. - Dużo zainwestowałem w swój lokal, ale jeśli tylko by mi zaproponowano przeprowadzkę w miejsce, gdzie nikt się nie będzie czepiał, chętnie bym to zrobił - przyznaje restaurator. Według niego dobre rozwiązanie znaleziono na Zachodzie, gdzie w centrach miast oprócz barów i restauracji najczęściej są tylko biura, a nie mieszkania. - Może by trzeba opracować jakiś system? Preferencyjne warunki dla ludzi młodych, którym takie sąsiedztwo nie przeszkadza, akademiki czy hostele - zastanawia się Tokarski.
Co na to władze Katowic? Wiceprezydent Arkadiusz Godlewski nie wierzy, by wprowadzenie jakichkolwiek odgórnych przepisów coś w tej sytuacji zmieniło - zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie narzekać.
On sam uważa, że jeśli ktoś chce mieszkać w oazie spokoju, powinien wyprowadzić się z centrum miasta. Nie powinno być też tak, by w sprawie błahostek interweniowała policja. Obiecuje zorganizować w tej sprawie spotkanie ze służbami porządkowymi.
Okazuje się jednak, że nawet Kraków czy Gdańsk, które uchodzą za miasta tętniące życiem przez całą dobę, nie poradziły sobie z problemem, z którym borykają się restauratorzy z Katowic - skargi mieszkańców na hałas to prawdziwa zmora. Władze Gdańska, aby zachęcić ludzi do wyprowadzki z centrum, wstrzymały tam sprzedaż mieszkań z bonifikatą, ale to i tak nie rozwiązało problemu. - Ludzie, zwłaszcza starsi, nie chcą się wyprowadzać - przyznaje Antoni Pawlak, rzecznik gdańskiego magistratu.
Komentarz Waldemara Szymczyka: Wpuścić studentów do centrum miasta!
- 71 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


