Marchewki i soki w szkole wygrały z chipsami i colą
2010-06-10
, aktualizacja: 10.06.2010 14:05
Wiesława Siwiec w sklepiku w Zespole Szkół z Odfdziałami Specjalnymi sprzedaje uczniom własnoręcznie wyciskany sok owocowy
Po wprowadzeniu w Tychach uchwały zobowiązującej dyrektorów do kontrolowania szkolnych sklepików, z prawie wszystkich zniknęły chipsy i kolorowe napoje, wyparte przez soki i sałatki. Dzieci jedzą je chętnie, gorzej z młodzieżą.
ZOBACZ TAKŻE
- CBA węszy w szkołach podstawowych. "To jakaś psychoza" (20-03-10, 21:43)
- Morderca szaleje po lesie, studenci wszystko filmują (09-06-10, 14:12)
- Popowodziowe lekcje. Śmiać się czy płakać? (02-06-10, 12:06)
- Jedynka na koniec w liceum? MEN: Spoko! (28-05-10, 21:23)
- Napisy.org: Nie będzie więzienia za tłumaczenie filmów (28-04-10, 12:53)
Na półkach sklepiku Zespołu Szkół z Oddziałami Integracyjnymi leżą kanapki, jabłka, butelki z sokami i wodą mineralną. Za ladą uwija się Wiesława Siwiec. - Niestety, świeże soki marchwiowo-jabłkowe już się skończyły. Przychodzę codziennie o 7.30, żeby na pierwszą przerwę były gotowe, ale sama nie jestem w stanie wycisnąć wystarczającej ilości. Do godz. 11 sprzedaję około 30 kubków - mówi Siwiec.
Czy nie wygodniej byłoby zamówić kilka kartonów chipsów i parę skrzynek coli, zamiast wyciskać owoce i warzywa, kroić i smarować bułki, a potem przekładać szynką, serem i sałatą? - Pewnie że łatwiej, ale jak się chce nie tylko zarobić, lecz także zadbać o małych klientów, trzeba się zaangażować - mówi pani Wiesława.
A czy dzieciom nie brakuje chrupek i gazowanych napojów? - Wcale. Bułką lepiej sobie pojem. Najlepsze są z sałatą i pomidorem - przekonuje Łukasz Peciak z IV a.
Uczniowie zdrowe jedzenie mogą dostać także w świetlicy, gdzie Anna Szpura prowadzi popołudniami zajęcia kulinarne. Nawet siedmiolatki mogą przyrządzić pod jej okiem smaczne i wartościowe potrawy. - Robiliśmy racuszki z jabłkami, koktajl bananowy, sałatki owocowe i warzywne - wymienia Wiktoria Zalot z I a.
Kujawa z domu przynosi własne prodiże i wtedy dzieci pieką ciasteczka, np. z kleiku ryżowego. - Uczą się, że jeśli mają ochotę na łakocie, lepiej, by zrobiły je z mamą. Będą nie tylko smaczniejsze, ale też bez konserwantów i mniej kaloryczne - przekonuje Szpura.
O zastąpienie w szkołach konserwowanej chemicznie i tłustej żywności, zdrowym jedzeniem, dwa i pół roku temu zaczęła walczyć Urszula Paździorek-Pawlik, radna i internistka, zaniepokojona, że przybywa jej pacjentów z nadciśnieniem, cukrzycą, alergiami i nadwagą. Prowadzone przez nią badania pokazały, że złe nawyki kształtują się już u dzieci, a co trzeci uczeń w Tychach waży za dużo. - Sens pogadanek o zdrowym żywieniu na lekcjach niweczyła możliwość kupienia przez uczniów śmieciowego jedzenia na przerwach, pod szkolnym dachem - mówi Paździorek-Pawlik.
Mimo sprzeciwu wojewody, który stanął w obronie wolności handlu, półtora roku temu przeforsowała uchwałę, zobowiązującą dyrektorów do kontrolowania sprzedawanych w sklepikach towarów. Na poniedziałkowej komisji zdrowia przedstawi raport podsumowujący zmiany, które zaszły od tego momentu w szkołach. Każdą z nich odwiedziła ostatnio osobiście. - W większości podstawówek i gimnazjów chipsy, kolorowe napoje i batony zastąpione zostały przez kanapki, jogurty i soki. Choć obok na półkach leżą mniej zdrowe, ale w umiarkowanych ilościach dopuszczalne pizzerinki, żelki i lizaki, handlarze zanim je sprzedadzą, coraz częściej pytają dzieci, czy jadły śniadanie. A jeśli nie, sugerują zakup kanapki - mówi Paździorek-Pawlik.
Dodaje, że sprzedawczyni w szkolnym sklepiku jest więcej, niż ekspedientką. - To ktoś w rodzaju dobrego ducha, który zna dzieci i wie, które zanadto lubi słodycze, a którego nie stać na drugie śniadanie, i dyrektorka powinna wystarać się dla niego o pomoc z MOPS-u - przekonuje radna.
Zgadza się z nią Joanna Wojtynek, dyrektorka I LO, gdzie w sklepiku uczniowie najchętniej kupują sałatki i... marchewki do chrupania. - Małżeństwo, które prowadzi sklepik z chęcią wprowadziło do sprzedaży zdrowe przekąski - zapewnia.
Paździorek-Pawlik stawia I LO za wzór, bo nie we wszystkich szkołach ponadgimnazjalnych jest tak różowo. - Prawie dorosła młodzież, z utrwalonymi nawykami, nie chce, by ktoś dyktował jej, co ma jeść. Dlatego tak ważne, by zdrowe przyzwyczajenia wpajać od najmłodszych lat - mówi lekarka.
Czy nie wygodniej byłoby zamówić kilka kartonów chipsów i parę skrzynek coli, zamiast wyciskać owoce i warzywa, kroić i smarować bułki, a potem przekładać szynką, serem i sałatą? - Pewnie że łatwiej, ale jak się chce nie tylko zarobić, lecz także zadbać o małych klientów, trzeba się zaangażować - mówi pani Wiesława.
A czy dzieciom nie brakuje chrupek i gazowanych napojów? - Wcale. Bułką lepiej sobie pojem. Najlepsze są z sałatą i pomidorem - przekonuje Łukasz Peciak z IV a.
Uczniowie zdrowe jedzenie mogą dostać także w świetlicy, gdzie Anna Szpura prowadzi popołudniami zajęcia kulinarne. Nawet siedmiolatki mogą przyrządzić pod jej okiem smaczne i wartościowe potrawy. - Robiliśmy racuszki z jabłkami, koktajl bananowy, sałatki owocowe i warzywne - wymienia Wiktoria Zalot z I a.
Kujawa z domu przynosi własne prodiże i wtedy dzieci pieką ciasteczka, np. z kleiku ryżowego. - Uczą się, że jeśli mają ochotę na łakocie, lepiej, by zrobiły je z mamą. Będą nie tylko smaczniejsze, ale też bez konserwantów i mniej kaloryczne - przekonuje Szpura.
O zastąpienie w szkołach konserwowanej chemicznie i tłustej żywności, zdrowym jedzeniem, dwa i pół roku temu zaczęła walczyć Urszula Paździorek-Pawlik, radna i internistka, zaniepokojona, że przybywa jej pacjentów z nadciśnieniem, cukrzycą, alergiami i nadwagą. Prowadzone przez nią badania pokazały, że złe nawyki kształtują się już u dzieci, a co trzeci uczeń w Tychach waży za dużo. - Sens pogadanek o zdrowym żywieniu na lekcjach niweczyła możliwość kupienia przez uczniów śmieciowego jedzenia na przerwach, pod szkolnym dachem - mówi Paździorek-Pawlik.
Mimo sprzeciwu wojewody, który stanął w obronie wolności handlu, półtora roku temu przeforsowała uchwałę, zobowiązującą dyrektorów do kontrolowania sprzedawanych w sklepikach towarów. Na poniedziałkowej komisji zdrowia przedstawi raport podsumowujący zmiany, które zaszły od tego momentu w szkołach. Każdą z nich odwiedziła ostatnio osobiście. - W większości podstawówek i gimnazjów chipsy, kolorowe napoje i batony zastąpione zostały przez kanapki, jogurty i soki. Choć obok na półkach leżą mniej zdrowe, ale w umiarkowanych ilościach dopuszczalne pizzerinki, żelki i lizaki, handlarze zanim je sprzedadzą, coraz częściej pytają dzieci, czy jadły śniadanie. A jeśli nie, sugerują zakup kanapki - mówi Paździorek-Pawlik.
Dodaje, że sprzedawczyni w szkolnym sklepiku jest więcej, niż ekspedientką. - To ktoś w rodzaju dobrego ducha, który zna dzieci i wie, które zanadto lubi słodycze, a którego nie stać na drugie śniadanie, i dyrektorka powinna wystarać się dla niego o pomoc z MOPS-u - przekonuje radna.
Zgadza się z nią Joanna Wojtynek, dyrektorka I LO, gdzie w sklepiku uczniowie najchętniej kupują sałatki i... marchewki do chrupania. - Małżeństwo, które prowadzi sklepik z chęcią wprowadziło do sprzedaży zdrowe przekąski - zapewnia.
Paździorek-Pawlik stawia I LO za wzór, bo nie we wszystkich szkołach ponadgimnazjalnych jest tak różowo. - Prawie dorosła młodzież, z utrwalonymi nawykami, nie chce, by ktoś dyktował jej, co ma jeść. Dlatego tak ważne, by zdrowe przyzwyczajenia wpajać od najmłodszych lat - mówi lekarka.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

