Miasto wielkich wydarzeń w ogóle nie potrzebuje sportu
2010-06-09
, aktualizacja: 09.06.2010 13:52
Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla niektórych katowickich urzędników wspólne zdjęcie prezydenta z Mariuszem Pudzianowskim jest warte więcej niż pierwszoligowa drużyna koszykarek - pisze Przemysław Jedlecki
ZOBACZ TAKŻE
- Radni obrazili się na wiceprezydent. Przez Pudziana (06-06-10, 21:45)
- Miasta Silesii powinny zrzucić się na Stolicę Kultury? (27-05-10, 11:53)
- Czas na pikniki w Katowicach. I kibice mogą się wykazać (11-05-10, 16:43)
- Nowa Muzyka 2010 na horyzoncie. Czas pomyśleć o biletach (23-03-10, 11:04)
- Sting pomoże Katowicom zostać stolicą kultury? (12-03-10, 21:23)
Katowice od dłuższego czasu próbują przekonać wszystkich, że są miastem wielkich wydarzeń. Z tego powodu magistrat wydaje publiczne pieniądze na imprezy, które mają przynieść miastu prestiż i sławę.
Niestety, Katowice nie mają żadnej strategii promocji, zatem dofinansowanie każdej imprezy to efekt rozmów i wymiany korespondencji jej organizatorów z prezydentem, a przynajmniej z naczelnikiem wydziału promocji. W ten sposób miasto według własnego widzimisię dofinansowało np. organizację walki w Spodku Mariusza Pudzianowskiego, a odmówiło wsparcia prestiżowych Europejskich Dni Dziedzictwa. Urzędnicy zmienili zdanie zmienili dopiero, kiedy "Gazeta" napisała o sprawie.
Teraz okazało się, że miasto przeznaczy 2,8 mln zł na wsparcie organizacji Eurobasketu 2011, czyli mistrzostw Europy koszykarek. Spodek znowu stanie się areną wielkiego wydarzenia, a urzędnicy będą pękali z dumy. Po raz kolejny utwierdzą się w przekonaniu, że podejmują dobre decyzje. Nic bardziej mylnego!
Tak rozumiana promocja to tylko dmuchana bańka, próba stworzenia wizji przyjaznego i otwartego na ludzi miejsca. Być może da się na nią nabrać ktoś, kto nie ma czasu ani ochoty sprawdzić, jak Katowice starają się o to, by bohaterem "wielkich wydarzeń" byli też katowiccy sportowcy. Bo choć miasto wyda prawie 3 mln zł na organizację meczów, nie chce pomóc znacznie skromniejszymi kwotami pierwszoligowej drużynie koszykarek z AZS-u AWF-u. Roczny koszt utrzymania ich sekcji wynosi około 130 tys. zł. W tym roku AZS AWF otrzymał z miasta 100 tys. zł na gry zespołowe. W klubie działa około dziesięciu sekcji, ale za chwilę będzie ich mniej, bo klub boryka się z problemami finansowymi i najpewniej zlikwiduje drużynę koszykarek. Na niedawnej sesji radni pytali, czy uda się im pomóc, ale prezydent powiedział "nie". W ten sposób w cieniu wielkiego sportowego wydarzenia skazuje się na niebyt dobrych sportowców.
Czyżby miasto wielkich wydarzeń nie potrzebowało wielkiego sportu? Naprawdę wystarczy raz na jakiś czas wynająć halę drużynom z innych części Polski i Europy? Przecież to droga donikąd, bo prędzej czy później okaże się, że katowicki Spodek nie jest ani idealnym, ani jedynym miejscem na takie imprezy, i trzeba będzie coraz bardziej o nie zabiegać. A większa konkurencja to większe koszty. Wszystko to w imię tzw. promocji miasta pozbawionej jasnych i precyzyjnych celów.
Urzędnicy bronią się, że wspierają kluby sportowe i trudno obarczać miasto winą za ich niepowodzenia. Święta racja. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że dla niektórych urzędników wspólne zdjęcie prezydenta z Pudzianem jest warte więcej niż pierwszoligowa drużyna koszykarek.
Niestety, Katowice nie mają żadnej strategii promocji, zatem dofinansowanie każdej imprezy to efekt rozmów i wymiany korespondencji jej organizatorów z prezydentem, a przynajmniej z naczelnikiem wydziału promocji. W ten sposób miasto według własnego widzimisię dofinansowało np. organizację walki w Spodku Mariusza Pudzianowskiego, a odmówiło wsparcia prestiżowych Europejskich Dni Dziedzictwa. Urzędnicy zmienili zdanie zmienili dopiero, kiedy "Gazeta" napisała o sprawie.
Teraz okazało się, że miasto przeznaczy 2,8 mln zł na wsparcie organizacji Eurobasketu 2011, czyli mistrzostw Europy koszykarek. Spodek znowu stanie się areną wielkiego wydarzenia, a urzędnicy będą pękali z dumy. Po raz kolejny utwierdzą się w przekonaniu, że podejmują dobre decyzje. Nic bardziej mylnego!
Tak rozumiana promocja to tylko dmuchana bańka, próba stworzenia wizji przyjaznego i otwartego na ludzi miejsca. Być może da się na nią nabrać ktoś, kto nie ma czasu ani ochoty sprawdzić, jak Katowice starają się o to, by bohaterem "wielkich wydarzeń" byli też katowiccy sportowcy. Bo choć miasto wyda prawie 3 mln zł na organizację meczów, nie chce pomóc znacznie skromniejszymi kwotami pierwszoligowej drużynie koszykarek z AZS-u AWF-u. Roczny koszt utrzymania ich sekcji wynosi około 130 tys. zł. W tym roku AZS AWF otrzymał z miasta 100 tys. zł na gry zespołowe. W klubie działa około dziesięciu sekcji, ale za chwilę będzie ich mniej, bo klub boryka się z problemami finansowymi i najpewniej zlikwiduje drużynę koszykarek. Na niedawnej sesji radni pytali, czy uda się im pomóc, ale prezydent powiedział "nie". W ten sposób w cieniu wielkiego sportowego wydarzenia skazuje się na niebyt dobrych sportowców.
Czyżby miasto wielkich wydarzeń nie potrzebowało wielkiego sportu? Naprawdę wystarczy raz na jakiś czas wynająć halę drużynom z innych części Polski i Europy? Przecież to droga donikąd, bo prędzej czy później okaże się, że katowicki Spodek nie jest ani idealnym, ani jedynym miejscem na takie imprezy, i trzeba będzie coraz bardziej o nie zabiegać. A większa konkurencja to większe koszty. Wszystko to w imię tzw. promocji miasta pozbawionej jasnych i precyzyjnych celów.
Urzędnicy bronią się, że wspierają kluby sportowe i trudno obarczać miasto winą za ich niepowodzenia. Święta racja. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że dla niektórych urzędników wspólne zdjęcie prezydenta z Pudzianem jest warte więcej niż pierwszoligowa drużyna koszykarek.
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
16 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter



