Chcą miliona złotych za śmierć syna w areszcie

Marcin Pietraszewski
2010-05-20 , aktualizacja: 20.05.2010 21:43
A A A Drukuj
Miliona złotych zadośćuczynienia domagają się rodzice 29-letniego Sebastiana Parkitnego. Dziesięć dni po zatrzymaniu przez policję, mężczyzna zmarł w areszcie śledczym w Tarnowskich Górach. W czwartek rozpoczął się proces w tej sprawie
Rodzice Parkitnego zarzucili strażnikom niedopełnienie obowiązków i że nie zapewnili synowi bezpieczeństwa. Żądają miliona złotych. To rekordowa suma w historii śląskiej służby więziennej.

- Żądanie jest niczym nieuzasadnione. Rodzina zmarłego nie przedstawiła żadnych dokumentów uzasadniających tak wysoką kwotę roszczenia - mówił przed gliwickim sądem Igor Mitek z reprezentującej skarb państwa Prokuratorii Generalnej. Domagał się oddalenia pozwu.

Sędziowie otworzyli jednak przewód sądowy i przesłuchali dwóch funkcjonariuszy aresztu śledczego w Tarnowskich Górach. Strażnicy zapewniali, że zrobili wszystko, aby uratować Sebastiana Parkitnego.

29-letni Parkitny z Dąbrowy Górniczej został zatrzymany przez oficerów Centralnego Biura Śledczego w grudniu 2006 r. Był podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i pobicie członków gangu motocyklowego z Opolszczyzny. Na wniosek prokuratury został aresztowany. Był zdrowy jak ryba, co roku, jako kierowca rajdowy przechodził specjalistyczne badania lekarskie.

Dziesięć dni po aresztowaniu zmarł. Sekcja zwłok wykazała, że powodem zgonu był obrzęk mózgu. Zdaniem biegłych najbardziej prawdopodobną przyczyną powstania obrzęku mogło być zatrucie nieznaną substancją. Nie potrafili jednak ustalić, jak było w tym przypadku, bo tuż po śmierci Parkitnego w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła jego koszulka, na którą wymiotował. Specjaliści nie mogli więc zbadać wydzieliny.

Wiadomo jednak, że po kolacji mężczyzna zaczął się skarżyć współwięźniom, że boli go brzuch. Miał wymioty i biegunkę. Około godz. 23 stracił przytomność. Koledzy z celi zaalarmowali strażników, którzy karetkę wezwali dopiero po dwóch godzinach. Znajdujący się w śpiączce mężczyzna, do szpitala trafił o godz. 3 nad ranem. Na ratunek było już za późno.

- Nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego tak długo zwlekano z udzieleniem mojemu synowi pomocy. Przecież nie miał statusu osadzonego niebezpiecznego, mogli od razu zawieźć go do szpitala - mówi Danuta Parkitna.

Młodszy chorąży Roman Malchrzyk, rzecznik tarnogórskiego aresztu, nie chciał komentować tych zarzutów. - Stanowisko w tej sprawie zajmiemy dopiero po zakończeniu procesu - powiedział.

Za parę tygodni sąd przesłucha współwięźniów, którzy tragicznej nocy siedzieli w celi z Parkitnym. Ich zeznania będą kluczowe dla sprawy.

Prokuratura trzy razy umarzała śledztwo w tej sprawie. Za każdym razem rodzina się odwoływała. Za kilka dni sąd zdecyduje, czy śledczy w dalszym ciągu będą musieli wyjaśniać okoliczności śmierci 29-letniego mężczyzny, czy też sprawa karna zostanie ostatecznie zamknięta.

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy