Jak pierońskie Murcki-skurcki zadziwiły całą Polskę
2010-03-09
, aktualizacja: 09.03.2010 13:14
Katowice Murcki. Byli zawodnicy Górnika Murcki: Eugeniusz Winkler, Marian Walenburg, Jan Broda i Norbert Winkler
Po co hokeiście osmolony w ogniu korek po tanim winie? Malowało się nim grube krechy pod okiem i na powiece. Dalej nie rozumiecie? Hokeiści z Murcek wyjaśnią i tę tajemnicę. O historii zapomnianej drużyny - pisze Wojciech Todur.

Fot.z archiwum Jana Brody
Po zwycięstwie nad Włókniarzem Zgierz, hokeiści Górnika tradycyjnie spalili kapelusz trenera Hilarego Skarżyńskiego

Fot.z archiwum Jana Brody
Decydyjący o awansie mecz Górnika Murcki z Włókniarzem Kietrz na Torkacie

Fot.z archiwum Jana Brody
Drużyna hokeistów Górnika Murcki
ZOBACZ TAKŻE
- Mistrz szuka roboty. Nazywa się Andrzej Biegalski (31-05-10, 12:05)
- Trzech chłopaków z Szopienic ocalił rock'n'roll (31-03-10, 11:50)
- Powstaje film o kibicach Ruchu, bo to dobra rodzina (24-02-10, 13:20)
- Uwierzcie, że życie żony piłkarza wcale nie jest lekkie (12-02-10, 14:43)
- Wanda Wiłkomirska śle listy do Niwki (15-06-09, 16:02)
- Ślązaczka doprowadziła do perfekcji... drżenie ciała (23-11-09, 23:04)
Na czarno-białym filmie z 1964 roku nie widać "wojennych barw" na twarzach hokeistów z Murcek. W ogóle trudno cokolwiek dojrzeć. Obraz telepie się w kadrze, światło jest zbyt słabe, by rozpoznać rozmazane twarze zawodników. - My gramy w ciemniejszych strojach - zapewnia 68-letni Jan Broda, wtedy obrońca. Siedzący obok Marian Walenburg, kolejny defensor Górnika, podnosi głos. - Ten! Ten tutaj! - wskazuje palcem. - To na pewno jest Mietek Śmigielski. Znakomity był z niego technik - kiwa z uznaniem głową, obserwując jak kolega z lodu z łatwością mija rywala.
Spalili kapelusz
Broda, który jest znany z tego, że lubi kolekcjonować stare szpargały, twierdzi, że film powstał dzięki Józefowi Kopoczowi, dziennikarzowi TVP Katowice. - To jedna z najcenniejszych pamiątek z historii Górnika. Kto wie, może to jedyny film? On też zaginął! Na szczęście, gdy kopalnia przenosiła swoją siedzibę z Murcek do Kustuchny, został cudownie odnaleziony. Filmowa rolka leżała w starym kartonowym pudle - przypomina Broda.
Zdaniem hokeistów, kamerzysta uwiecznił najważniejszy mecz w historii klubu. W niedzielę 8 marca 1964 - jak podała "Trybuna Robotnicza" - kilkunastu chłopaków z Murcek dokonało wielkiego wyczynu i wprowadziło maleńki klub do pierwszej ligi.
Decydujące spotkanie z Włókniarzem Kietrz odbyło się na katowickim Torkacie, wtedy jedynym sztucznie chłodzonym lodowisku na Śląsku. Zawodnicy Górnika chcieli grać u siebie w parku pod tzw. kotem, ale ich lodowisko było już wtedy wielką kałużą wody.
Hokeiści z Murcek walczą o awans do I ligi (1964)
Załadowane przez: gazeta_katowice. - Koszykówka, baseball, piłka i wiele więcej sportowych wideo!
- O Murckach mówi się, że mają klimat jak Ustroń. U nas jest zawsze kilka stopni chłodniej niż w innych dzielnicach Katowic. Wtedy jednak górą była natura - wspomina Eugeniusz Winkler, młodszy brat Norberta, który grał w Górniku od pierwszego meczu tej drużyny.
- Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 11. Tego dnia, z samego rana, dotarła do nas wiadomość, że ratownicy wydobyli spod ziemi ciało naszego kolegi Jerzego Nawary. Trzy dni do niego szli... Do tamtego feralnego ranka żyliśmy nadzieją, że może się wywinie śmierci. Wyjechaliśmy na lód jak sparaliżowani. Nie widziałem krążka tylko... Jurka, który przeżył ledwie 24 lata - opowiada Broda.
Na filmowych klatkach można dojrzeć elektroniczną tablicę, na której widać, że liczba strzelonych bramek zmienia się tylko po stronie rywala. Kamerzysta uwiecznił też setki fanów. Wielu z nich dotarło z Murcek do centrum Katowic na własnych nogach. To także ich głośny doping odmienił losy spotkania. - Przegrywaliśmy już 1:6, ale dociągnęliśmy do 7:7, a remis premiował właśnie nasz zespół - zapewnia Broda. Co ciekawe, "Trybuna Robotnicza", a także Encyklopedia Polskiego Hokeja podają, że spotkanie zakończyło się wynikiem 6:6.
Wątpliwości nie rozwiewa też film. Więcej, on je potęguje! Na jednym z kadrów widać bowiem wynik 0:7. Może jednak filmowa ikona Górnika wcale nie jest zapisem tego szczególnego meczu? - To jest ten mecz! Tam po prostu mało co widać - ripostuje Broda.
Zgodnie z hokejowym zwyczajem, jeszcze na lodzie spłonął kapelusz Hilarego Skarżyńskiego (trzykrotny olimpijczyk, wychowanek Siły Giszowiec), trenera drużyny. Dumny jak paw chodził też dyrektor Stanisław Wieczorek, którego zawodnicy nazywali "Herodem". W nagrodę za awans hokeiści dostali aparaty fotograficzne. - Z przeceny! - śmieje się Broda. - A niemal każdy był inny - dodaje. - Ale żaden zdjęć nie robił - żartuje 71-letni Walenburg.
Stracił oko
Żeby zrozumieć w jaki sposób w Murckach powstał klub, który przez sześć lat rywalizował z najlepszymi polskimi drużynami, trzeba cofnąć się do początku lat 50. To wtedy młodzi ludzie zaczęli zimą uganiać się za krążkiem po tafli stawu, który miejscowi nazywali Duklą. - W pewnym momencie staliśmy się hokejowym miasteczkiem. Nie było podwórka bez lodowiska. Na samym rynku były dwa! - nie kryje entuzjazmu Eugeniusz Winkler.
W końcu władze kopalni podjęły decyzję o budowie lodowiska z prawdziwego zdarzenia. Wybrano plac w murckowskim parku. - Teren był dosyć równy, ale jednak mocno porośnięty drzewami. By usunąć rozległe korzenie, do pracy przy budowie lodowiska oddelegowano strzałowych z kopalni. Poradzili sobie z problemem przy użyciu dynamitu - wspomina Winkler.
Klimat jak w Ustroniu i upór górników sprawiły, że wkrótce Murcki mogły się pochwalić jednym z najlepszych lodowisk w regionie. - Pierwsze próby mrożenia tafli nie były zbyt udane. Pamiętam nocną wyprawę z wujkiem, który znał w Murckach wszystkie zawory i hydranty. Wodę miały tłoczyć strażackie węże. Gdzieś był jednak defekt na łączeniu i zamiast lodowiska zalaliśmy rynek - śmieje się 70-letni Norbert Winkler.
Z czasem murckowianie nabrali jednak wielkiej wprawy. - Wodę lało się najczęściej w nocy. Powolutku, cieniutką warstewkę. Byliśmy tacy sprytni, że tafla nam zamarzała nawet, gdy było zero stopni Celsjusza - zapewnia Broda.
Za mrożenie lodu byli odpowiedzialni sami zawodnicy, ale często pomagali im tzw. wiertacze, czyli górnicy, którzy przygotowywali odwierty pod ładunki wybuchowe. - Jak nie mieli co robić, to przychodzili do nas i z nudów lali wodę - precyzuje Broda.
Przygotowanie tafli było trudne, ale jej utrzymanie to już prawdziwy wyczyn. - Nie było żadnej rolby. Dwie osoby ciągnęły po lodzie ciężki koc, a trzecia polewała go wodą z konewki - podkreśla Walenburg. - Woda musiała być gorąca. Lód z zimnej wody szybko pęka. Wodę grzaliśmy w tzw. kolybie. To rodzaj stalowego kopalnianego wózka. Rozpalaliśmy ognisko, stawialiśmy na nim kolybę i już mieliśmy wrzątek - opowiada Norbert Winkler.
Mimo wszystko krążek i tak często zatrzymywał się na nierównościach. - Żeby grało się płynniej, szlifowaliśmy jego krawędzie na półokrągło i śmigał jak trzeba - uśmiecha się Walenburg. W tamtych czasach krążek to był skarb. - Przedmiot na wagę złota! Czasami chodziło się na mecze lepszych drużyn i czekało aż guma wypadnie za bandę. A wtedy do kieszeni i do domu! - żartuje Walenburg.
- Gdy zaczynaliśmy, były olbrzymie problemy ze sprzętem. Grało się w owerolu i rękawiczkach. Za ochraniacze służyły grube zeszyty, które upychało się w skarpetkach opinających golenie. Brakowało też kijów. Czasem uprosiło się o kilka połamanych kijów z Katowic, które potem kleiliśmy w domach - wspomina Winkler. Te pionierskie czasy najmocniej odczuli bramkarze, którzy nieraz zatrzymywali krążki własnymi ciałami. - Zawsze uważałem, że hokejowym bramkarzem nie może zostać do końca normalny człowiek. To byli bardzo odważni, ale też i odrobinę szaleni ludzie - kontynuuje Walenburg.
Spalili kapelusz
Broda, który jest znany z tego, że lubi kolekcjonować stare szpargały, twierdzi, że film powstał dzięki Józefowi Kopoczowi, dziennikarzowi TVP Katowice. - To jedna z najcenniejszych pamiątek z historii Górnika. Kto wie, może to jedyny film? On też zaginął! Na szczęście, gdy kopalnia przenosiła swoją siedzibę z Murcek do Kustuchny, został cudownie odnaleziony. Filmowa rolka leżała w starym kartonowym pudle - przypomina Broda.
Zdaniem hokeistów, kamerzysta uwiecznił najważniejszy mecz w historii klubu. W niedzielę 8 marca 1964 - jak podała "Trybuna Robotnicza" - kilkunastu chłopaków z Murcek dokonało wielkiego wyczynu i wprowadziło maleńki klub do pierwszej ligi.
Decydujące spotkanie z Włókniarzem Kietrz odbyło się na katowickim Torkacie, wtedy jedynym sztucznie chłodzonym lodowisku na Śląsku. Zawodnicy Górnika chcieli grać u siebie w parku pod tzw. kotem, ale ich lodowisko było już wtedy wielką kałużą wody.
Hokeiści z Murcek walczą o awans do I ligi (1964)
Załadowane przez: gazeta_katowice. - Koszykówka, baseball, piłka i wiele więcej sportowych wideo!
- O Murckach mówi się, że mają klimat jak Ustroń. U nas jest zawsze kilka stopni chłodniej niż w innych dzielnicach Katowic. Wtedy jednak górą była natura - wspomina Eugeniusz Winkler, młodszy brat Norberta, który grał w Górniku od pierwszego meczu tej drużyny.
- Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 11. Tego dnia, z samego rana, dotarła do nas wiadomość, że ratownicy wydobyli spod ziemi ciało naszego kolegi Jerzego Nawary. Trzy dni do niego szli... Do tamtego feralnego ranka żyliśmy nadzieją, że może się wywinie śmierci. Wyjechaliśmy na lód jak sparaliżowani. Nie widziałem krążka tylko... Jurka, który przeżył ledwie 24 lata - opowiada Broda.
Na filmowych klatkach można dojrzeć elektroniczną tablicę, na której widać, że liczba strzelonych bramek zmienia się tylko po stronie rywala. Kamerzysta uwiecznił też setki fanów. Wielu z nich dotarło z Murcek do centrum Katowic na własnych nogach. To także ich głośny doping odmienił losy spotkania. - Przegrywaliśmy już 1:6, ale dociągnęliśmy do 7:7, a remis premiował właśnie nasz zespół - zapewnia Broda. Co ciekawe, "Trybuna Robotnicza", a także Encyklopedia Polskiego Hokeja podają, że spotkanie zakończyło się wynikiem 6:6.
Wątpliwości nie rozwiewa też film. Więcej, on je potęguje! Na jednym z kadrów widać bowiem wynik 0:7. Może jednak filmowa ikona Górnika wcale nie jest zapisem tego szczególnego meczu? - To jest ten mecz! Tam po prostu mało co widać - ripostuje Broda.
Zgodnie z hokejowym zwyczajem, jeszcze na lodzie spłonął kapelusz Hilarego Skarżyńskiego (trzykrotny olimpijczyk, wychowanek Siły Giszowiec), trenera drużyny. Dumny jak paw chodził też dyrektor Stanisław Wieczorek, którego zawodnicy nazywali "Herodem". W nagrodę za awans hokeiści dostali aparaty fotograficzne. - Z przeceny! - śmieje się Broda. - A niemal każdy był inny - dodaje. - Ale żaden zdjęć nie robił - żartuje 71-letni Walenburg.
Stracił oko
Żeby zrozumieć w jaki sposób w Murckach powstał klub, który przez sześć lat rywalizował z najlepszymi polskimi drużynami, trzeba cofnąć się do początku lat 50. To wtedy młodzi ludzie zaczęli zimą uganiać się za krążkiem po tafli stawu, który miejscowi nazywali Duklą. - W pewnym momencie staliśmy się hokejowym miasteczkiem. Nie było podwórka bez lodowiska. Na samym rynku były dwa! - nie kryje entuzjazmu Eugeniusz Winkler.
W końcu władze kopalni podjęły decyzję o budowie lodowiska z prawdziwego zdarzenia. Wybrano plac w murckowskim parku. - Teren był dosyć równy, ale jednak mocno porośnięty drzewami. By usunąć rozległe korzenie, do pracy przy budowie lodowiska oddelegowano strzałowych z kopalni. Poradzili sobie z problemem przy użyciu dynamitu - wspomina Winkler.
Klimat jak w Ustroniu i upór górników sprawiły, że wkrótce Murcki mogły się pochwalić jednym z najlepszych lodowisk w regionie. - Pierwsze próby mrożenia tafli nie były zbyt udane. Pamiętam nocną wyprawę z wujkiem, który znał w Murckach wszystkie zawory i hydranty. Wodę miały tłoczyć strażackie węże. Gdzieś był jednak defekt na łączeniu i zamiast lodowiska zalaliśmy rynek - śmieje się 70-letni Norbert Winkler.
Z czasem murckowianie nabrali jednak wielkiej wprawy. - Wodę lało się najczęściej w nocy. Powolutku, cieniutką warstewkę. Byliśmy tacy sprytni, że tafla nam zamarzała nawet, gdy było zero stopni Celsjusza - zapewnia Broda.
Za mrożenie lodu byli odpowiedzialni sami zawodnicy, ale często pomagali im tzw. wiertacze, czyli górnicy, którzy przygotowywali odwierty pod ładunki wybuchowe. - Jak nie mieli co robić, to przychodzili do nas i z nudów lali wodę - precyzuje Broda.
Przygotowanie tafli było trudne, ale jej utrzymanie to już prawdziwy wyczyn. - Nie było żadnej rolby. Dwie osoby ciągnęły po lodzie ciężki koc, a trzecia polewała go wodą z konewki - podkreśla Walenburg. - Woda musiała być gorąca. Lód z zimnej wody szybko pęka. Wodę grzaliśmy w tzw. kolybie. To rodzaj stalowego kopalnianego wózka. Rozpalaliśmy ognisko, stawialiśmy na nim kolybę i już mieliśmy wrzątek - opowiada Norbert Winkler.
Mimo wszystko krążek i tak często zatrzymywał się na nierównościach. - Żeby grało się płynniej, szlifowaliśmy jego krawędzie na półokrągło i śmigał jak trzeba - uśmiecha się Walenburg. W tamtych czasach krążek to był skarb. - Przedmiot na wagę złota! Czasami chodziło się na mecze lepszych drużyn i czekało aż guma wypadnie za bandę. A wtedy do kieszeni i do domu! - żartuje Walenburg.
- Gdy zaczynaliśmy, były olbrzymie problemy ze sprzętem. Grało się w owerolu i rękawiczkach. Za ochraniacze służyły grube zeszyty, które upychało się w skarpetkach opinających golenie. Brakowało też kijów. Czasem uprosiło się o kilka połamanych kijów z Katowic, które potem kleiliśmy w domach - wspomina Winkler. Te pionierskie czasy najmocniej odczuli bramkarze, którzy nieraz zatrzymywali krążki własnymi ciałami. - Zawsze uważałem, że hokejowym bramkarzem nie może zostać do końca normalny człowiek. To byli bardzo odważni, ale też i odrobinę szaleni ludzie - kontynuuje Walenburg.
Co prawda na każdym meczu Górnika dyżur pełnił murckowski chirurg Albin Pytel, ale kontuzji i tak nikt nie zliczy. Dawni hokeiści ze wzruszeniem wspominają znakomitego bramkarza Bernarda Niedbałę, który nieszczęśliwie trafiony krążkiem stracił oko.
Murcki-skurcki
Hokeiści Górnika nigdy nie zawojowali I ligi, ale ambitny zespół budził respekt i szacunek. Ci, którzy bali się ich najbardziej, złośliwie pokrzykiwali na nich: "Pierońskie Murcki-skurcki". - Każdy mecz w lidze był dla nas wielkim wydarzeniem. Pamiętam nasze zwycięstwa z Podhalem Nowy Targ. Oj, górale to nie lubili z nami grać. Porażka z nami raz kosztowała ich tytuł mistrza Polski - przypomina Broda.
- Ale były i spotkania, gdy strasznie dostaliśmy w skórę. Utkwił mi w pamięci mecz z Baildonem Katowice. Prowadziliśmy 2:0, a przegraliśmy... 2:21! Niemożliwe? Niestety, tak było - kręci głową Winkler.
Zespół Górnika najpewniej czuł się na własnym lodzie w murckowskim parku. - Mówiliśmy wtedy, że gramy "pod kotem". Skąd ten kot?! Tak się nazywał bar, który znajdował się w budynku przylegającym do lodowiska - wyjaśnia Broda. - Wycięty z blachy kot był przymocowany do skraju dachu. Nawet oczy mu się świeciły - dodaje Walenburg.
Ale Górnik nie zawsze mógł grać w Murckach. Gdy temperatura rosła powyżej zera, trzeba było się przenosić na sztucznie mrożony Torkat. - Teraz nikt w to nie uwierzy, ale zdarzało się, że trenowaliśmy i o drugiej w nocy, bo akurat wtedy był wolny lód - mówi Norbert Winkler. - Pamiętam mecz z Zagłębiem Sosnowiec, który odbył się w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia o godzinie szóstej rano! Kibice z Murcek szli do Katowic prosto z pasterki - podkreśla Broda.
Zawodnicy dojeżdżali na mecze i treningi na własną rękę. Często tzw. stonkami, czyli autobusami zastępczymi budowanymi na bazie ciężarowego stara, które rozwoziły górników do kopalń. Hokeiści wrzucali sprzęt do wielkich worów i modlili się, żeby nie spadł deszcz. - Deszcz rozmiękczał ochraniacze, które były wykonane z prasowanego papieru. Gdy graliśmy na deszczu to wolałem się usuwać przed krążkiem. Nie wiem, jak bramkarze to wytrzymywali - mówi z uznaniem Walenburg.
Źle grało się nie tylko w deszczu, ale i w oślepiającym słońcu. Trener Skarżyński (w 1987 roku w wieku 62 lat zginął w wypadku samochodowym w Miami) miał sposób i na to. - Brał korek z butelki po winie, osmalał go w ogniu i kazał nam nim sobie smarować grube krechy pod okiem i na powiece. To miało nas uchronić przed refleksami odbijającymi się od lodu. Czy chroniło? Tego pewny nie jestem, ale na pewno wyglądaliśmy groźniej - żartuje Walenburg.
Tylko kota na dachu brakuje
Zespół z Murcek grał z najlepszymi przez sześć sezonów. Nigdy nie spadł z pierwszej ligi! Przestał istnieć, gdy ówczesnej władzy zamarzył się wielki, wielosekcyjny klub w Tychach. - Ten powstał, ale za jednym zamachem przestały istnieć drużyny w Murckach i Wesołej. Ludzie, kibice stracili coś, co kochali - smuci się Broda. Z opowiadań hokeistów wynika, że rękę do upadku hokejowej sekcji Górnika przyłożył sam "Herod", czyli dyrektor Wieczorek, któremu ponoć imponowało, że zostanie kierownikiem sztucznego lodowiska w Tychach. Co ciekawe, to też powstało kosztem ambicji Górnika.
- Dwa razy było bardzo blisko budowy sztucznego lodowiska w Murckach. Za pierwszym razem przegraliśmy z Naprzodem Janów. Za drugim razem mieliśmy już nawet maszyny chłodzące. Stały w magazynie kopalni Murcki. Władza jednak tak długo przeciągała decyzję o budowie, że w końcu nasze maszyny trafiły do Tychów - rozkłada ręce Broda.
Chociaż minęło już ponad 40 lat od ostatniego ligowego meczu w Murckach, tamtejsze lodowisko wciąż istnieje. Jeżeli będziecie jechać samochodem z Katowic do Tychów, zjedźcie z głównej drogi tuż przy budynku przedszkola w Murckach. Zapomniany obiekt znajduje się ledwie sto metrów dalej. Bandy lodowiska - chociaż rozklekotane - wciąż stoją! Na wale ziemi widać resztki trybun i tylko kota na dachu brakuje.
Razem z byłymi zawodnikami Górnika wchodzę na taflę, na której zawzięcie kręci kółka dwóch chłopców na łyżwach. - Koparka usunęła zwały śniegu. Syn z kolegami postarał się o wylanie wody. Niech się dzieci bawią - mówi Broda, który nie traci wiary, że w Murckach jeszcze kiedyś powstanie lodowisko z prawdziwego zdarzenia. - Walczę o to. Namawiam władze Katowic. Nie mówią "nie", więc żyję nadzieją - kończy.
Murcki-skurcki
Hokeiści Górnika nigdy nie zawojowali I ligi, ale ambitny zespół budził respekt i szacunek. Ci, którzy bali się ich najbardziej, złośliwie pokrzykiwali na nich: "Pierońskie Murcki-skurcki". - Każdy mecz w lidze był dla nas wielkim wydarzeniem. Pamiętam nasze zwycięstwa z Podhalem Nowy Targ. Oj, górale to nie lubili z nami grać. Porażka z nami raz kosztowała ich tytuł mistrza Polski - przypomina Broda.
- Ale były i spotkania, gdy strasznie dostaliśmy w skórę. Utkwił mi w pamięci mecz z Baildonem Katowice. Prowadziliśmy 2:0, a przegraliśmy... 2:21! Niemożliwe? Niestety, tak było - kręci głową Winkler.
Zespół Górnika najpewniej czuł się na własnym lodzie w murckowskim parku. - Mówiliśmy wtedy, że gramy "pod kotem". Skąd ten kot?! Tak się nazywał bar, który znajdował się w budynku przylegającym do lodowiska - wyjaśnia Broda. - Wycięty z blachy kot był przymocowany do skraju dachu. Nawet oczy mu się świeciły - dodaje Walenburg.
Ale Górnik nie zawsze mógł grać w Murckach. Gdy temperatura rosła powyżej zera, trzeba było się przenosić na sztucznie mrożony Torkat. - Teraz nikt w to nie uwierzy, ale zdarzało się, że trenowaliśmy i o drugiej w nocy, bo akurat wtedy był wolny lód - mówi Norbert Winkler. - Pamiętam mecz z Zagłębiem Sosnowiec, który odbył się w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia o godzinie szóstej rano! Kibice z Murcek szli do Katowic prosto z pasterki - podkreśla Broda.
Zawodnicy dojeżdżali na mecze i treningi na własną rękę. Często tzw. stonkami, czyli autobusami zastępczymi budowanymi na bazie ciężarowego stara, które rozwoziły górników do kopalń. Hokeiści wrzucali sprzęt do wielkich worów i modlili się, żeby nie spadł deszcz. - Deszcz rozmiękczał ochraniacze, które były wykonane z prasowanego papieru. Gdy graliśmy na deszczu to wolałem się usuwać przed krążkiem. Nie wiem, jak bramkarze to wytrzymywali - mówi z uznaniem Walenburg.
Źle grało się nie tylko w deszczu, ale i w oślepiającym słońcu. Trener Skarżyński (w 1987 roku w wieku 62 lat zginął w wypadku samochodowym w Miami) miał sposób i na to. - Brał korek z butelki po winie, osmalał go w ogniu i kazał nam nim sobie smarować grube krechy pod okiem i na powiece. To miało nas uchronić przed refleksami odbijającymi się od lodu. Czy chroniło? Tego pewny nie jestem, ale na pewno wyglądaliśmy groźniej - żartuje Walenburg.
Tylko kota na dachu brakuje
Zespół z Murcek grał z najlepszymi przez sześć sezonów. Nigdy nie spadł z pierwszej ligi! Przestał istnieć, gdy ówczesnej władzy zamarzył się wielki, wielosekcyjny klub w Tychach. - Ten powstał, ale za jednym zamachem przestały istnieć drużyny w Murckach i Wesołej. Ludzie, kibice stracili coś, co kochali - smuci się Broda. Z opowiadań hokeistów wynika, że rękę do upadku hokejowej sekcji Górnika przyłożył sam "Herod", czyli dyrektor Wieczorek, któremu ponoć imponowało, że zostanie kierownikiem sztucznego lodowiska w Tychach. Co ciekawe, to też powstało kosztem ambicji Górnika.
- Dwa razy było bardzo blisko budowy sztucznego lodowiska w Murckach. Za pierwszym razem przegraliśmy z Naprzodem Janów. Za drugim razem mieliśmy już nawet maszyny chłodzące. Stały w magazynie kopalni Murcki. Władza jednak tak długo przeciągała decyzję o budowie, że w końcu nasze maszyny trafiły do Tychów - rozkłada ręce Broda.
Chociaż minęło już ponad 40 lat od ostatniego ligowego meczu w Murckach, tamtejsze lodowisko wciąż istnieje. Jeżeli będziecie jechać samochodem z Katowic do Tychów, zjedźcie z głównej drogi tuż przy budynku przedszkola w Murckach. Zapomniany obiekt znajduje się ledwie sto metrów dalej. Bandy lodowiska - chociaż rozklekotane - wciąż stoją! Na wale ziemi widać resztki trybun i tylko kota na dachu brakuje.
Razem z byłymi zawodnikami Górnika wchodzę na taflę, na której zawzięcie kręci kółka dwóch chłopców na łyżwach. - Koparka usunęła zwały śniegu. Syn z kolegami postarał się o wylanie wody. Niech się dzieci bawią - mówi Broda, który nie traci wiary, że w Murckach jeszcze kiedyś powstanie lodowisko z prawdziwego zdarzenia. - Walczę o to. Namawiam władze Katowic. Nie mówią "nie", więc żyję nadzieją - kończy.
- 17 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
Jak pierońskie Murcki-skurcki zadziwiły całą Po...
wilhelm4
09.03.10, 15:41
Malo kto wie, ale slynny Ezi Wilimowski tez gral w hokeja.»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter


