Z inspektora NIK-u na dyrektora kliniki
2010-03-02
, aktualizacja: 02.03.2010 22:06
Inspektor NIK, który kontrolował Szpital Kliniczny nr 5 w Katowicach, został właśnie jego dyrektorem. - Świetnie się zna na zarządzaniu szpitalami, bo wcześniej wiele ich kontrolował - chwalą go władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Skoro tak, to czemu powierzyły mu najmniejszy ze sprawdzanych szpitali?
ZOBACZ TAKŻE
- Czy minister Ewa Kopacz cierpi na rozdwojenie jaźni? (10-03-10, 13:19)
Na to pytanie na razie zapewne nie uzyskamy odpowiedzi. Podobnie jak na inne, które ciśnie się na usta: czy umiejętność sprawdzania przetargów i badań klinicznych w szpitalach wystarczy, żeby potem nimi sprawnie zarządzać? Tak czy inaczej dwóch dyrektorów, którym inspektor Dariusz Jorg wytknął błędy, a nawet możliwość popełnienia przestępstwa, straciło swoje stanowiska, a on właśnie zajął miejsce jednego z nich.
To zdarzenie przypomina mi trochę inne, z odległej nieco przeszłości. Cofnijmy się o osiem lat. Oto Bernadeta Kuraszewska, dyrektorka wydziału zdrowia urzędu marszałkowskiego, z końcem wakacji odchodzi z posady. Nowej pracy szuka w Śląskiej Akademii Medycznej. Rektor Tadeusz Wilczok przyjmuje ją z radością i daje posadę nie gdzie indziej, tylko w rektoracie.
W tym samym czasie rektor traci nagle zaufanie do prof. Janusza Świetlińskiego, dyrektora Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki. Jeszcze niedawno chwalił go za determinację, przekonywał, że gdyby nie Świetliński, szpital w ogóle nie zacząłby leczyć dzieci. Teraz nie podoba mu się, że Świetliński jest lekarzem, a nie menedżerem. Przekonuje, że wysoka lokata szpitala w ogólnopolskim rankingu "Rzeczpospolitej" to czysty przypadek.
17 września zbiera się rada społeczna szpitala, by głosować nad wnioskiem rektora o odwołanie Świetlińskiego. Na posiedzenie przychodzi przedstawicielka urzędu marszałkowskiego - Kuraszewska. Nikt z rady się nawet nie zająknie, czy to w porządku, skoro teraz pracuje gdzie indziej. Siadają i głosują zgodnie z życzeniem rektora, popierając jego wniosek.
Trzy tygodnie później rektor odwołuje Świetlińskiego, a na jego miejsce powołuje, a jakże, Kuraszewską! Ta od razu wpada w konflikt ze Świetlińskim, który w centrum kieruje Kliniką Intensywnej Terapii. Ten nie wytrzymuje i wynosi się do Warszawy.
Dziś Kurszewska jest kanclerzem Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Zasiadając na tym stanowisku, ma wpływ na obsadę stanowisk dyrektorów szpitali klinicznych. Jedno z nich dostał właśnie Jorg, człowiek także nie bez skazy. Choć koordynował wielką kontrolę NIK w 13 szpitalach, osobiście miał kontrolować tylko jeden z nich - Górnośląskie Centrum Medyczne. A jednak nie mając wymaganego upoważnienia, regularnie przychodził też do Centralnego Szpitala Klinicznego i nie wpisując się nawet do tzw. księgi kontroli, żądał wydania mu dokumentów. Ówczesny szef CSK Zbigniew Swoboda odmawiał. Chwilę potem stracił stanowisko. Jako jeden z powodów władze SUM podały utrudnianie pracy kontrolerom NIK!
Cóż, teraz, kiedy już drugi inspektor NIK dostał w SUM posadę dyrektora szpitala, taka sytuacja na pewno się nie powtórzy.
To zdarzenie przypomina mi trochę inne, z odległej nieco przeszłości. Cofnijmy się o osiem lat. Oto Bernadeta Kuraszewska, dyrektorka wydziału zdrowia urzędu marszałkowskiego, z końcem wakacji odchodzi z posady. Nowej pracy szuka w Śląskiej Akademii Medycznej. Rektor Tadeusz Wilczok przyjmuje ją z radością i daje posadę nie gdzie indziej, tylko w rektoracie.
W tym samym czasie rektor traci nagle zaufanie do prof. Janusza Świetlińskiego, dyrektora Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki. Jeszcze niedawno chwalił go za determinację, przekonywał, że gdyby nie Świetliński, szpital w ogóle nie zacząłby leczyć dzieci. Teraz nie podoba mu się, że Świetliński jest lekarzem, a nie menedżerem. Przekonuje, że wysoka lokata szpitala w ogólnopolskim rankingu "Rzeczpospolitej" to czysty przypadek.
17 września zbiera się rada społeczna szpitala, by głosować nad wnioskiem rektora o odwołanie Świetlińskiego. Na posiedzenie przychodzi przedstawicielka urzędu marszałkowskiego - Kuraszewska. Nikt z rady się nawet nie zająknie, czy to w porządku, skoro teraz pracuje gdzie indziej. Siadają i głosują zgodnie z życzeniem rektora, popierając jego wniosek.
Trzy tygodnie później rektor odwołuje Świetlińskiego, a na jego miejsce powołuje, a jakże, Kuraszewską! Ta od razu wpada w konflikt ze Świetlińskim, który w centrum kieruje Kliniką Intensywnej Terapii. Ten nie wytrzymuje i wynosi się do Warszawy.
Dziś Kurszewska jest kanclerzem Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Zasiadając na tym stanowisku, ma wpływ na obsadę stanowisk dyrektorów szpitali klinicznych. Jedno z nich dostał właśnie Jorg, człowiek także nie bez skazy. Choć koordynował wielką kontrolę NIK w 13 szpitalach, osobiście miał kontrolować tylko jeden z nich - Górnośląskie Centrum Medyczne. A jednak nie mając wymaganego upoważnienia, regularnie przychodził też do Centralnego Szpitala Klinicznego i nie wpisując się nawet do tzw. księgi kontroli, żądał wydania mu dokumentów. Ówczesny szef CSK Zbigniew Swoboda odmawiał. Chwilę potem stracił stanowisko. Jako jeden z powodów władze SUM podały utrudnianie pracy kontrolerom NIK!
Cóż, teraz, kiedy już drugi inspektor NIK dostał w SUM posadę dyrektora szpitala, taka sytuacja na pewno się nie powtórzy.
- 22 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Wilczok, Jorg
swiat.bez.armii
06.03.10, 01:46
to chyba nie są gorole»
-
Z inspektora NIK-u na dyrektora kliniki
rzecz_nik
06.03.10, 12:32
Szuja poprostu nie wie co to honor.Ale- trafi jeszcze kosa na kamien!!!»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

