Milicjant pilnował porządku, bo władza się pchała

Jacek Madeja
04.06.2009 , aktualizacja: 05.06.2009 10:45
A A A Drukuj
Zjedz kaszę i popij wodą z sokiem z saturatora. Grymasisz? Uważaj, bo milicja czuwa. A jak będziesz grzeczny to może maluchem pojedziesz na wczasy do Bułgarii.
20 lat polskiej demokracji. W 20. rocznicę wyborów, które doprowadziły do upadku komunizmu, na pl. Sejmu Śląskiego w Katowicach powstało... miasteczko PRL-u. Kawałka minionej epoki strzegły milicyjne patrole, w ''garkuchni'' czekała pomidorówka i kasza z jogurtem, popić to można było z saturatora
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
20 lat polskiej demokracji. W 20. rocznicę wyborów, które doprowadziły do upadku komunizmu, na pl. Sejmu Śląskiego w Katowicach powstało... miasteczko PRL-u. Kawałka minionej epoki strzegły milicyjne patrole, w ''garkuchni'' czekała pomidorówka i kasza z jogurtem, popić to można było z saturatora
Kawałek PRL-u, który wyrósł pod urzędem wojewódzkim, był pilnie strzeżony. Co chwilę mijają mnie milicyjne patrole. Niby leniwe, ale to tylko pozory. Widać, że mundurowych, aż świerzbią ręce do interwencji. - Z władzą się nie dyskutuje - jeden z posterunkowych obcesowo ruga grupę VIP-ów, wśród których są wojewoda, marszałek i prezydent Katowic, którzy samowolnie próbują się przedrzeć do miasteczka PRL. Bez przepustki ani rusz, a w ogonku swoje odstać trzeba.

- Obywatelu! Kolejka to rzecz święta, nie tamujcie ruchu - po dłuższej chwili przywołuje mnie do porządku urzędniczka wydająca przepustki. Dostaję jeszcze do wypełnienia ankietę kandydata do wstąpienia w szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i mogę ruszać.

Polecamy: Zobacz więcej zdjęć z Miasteczka PTL



Na początek warto się pokrzepić. Wybór niewielki. W "garkuchni" czeka pomidorówka i kasza z jogurtem. - Kiedyś ludzie zjedli wszystko. Teraz wybrzydzają - mówi Maria Pyka, szefowa kuchni. Na gastronomii zjadła zęby. Pracowała w kuchni katowickiego hotelu Silesia i w stołówce urzędu wojewódzkiego.

Na awanturujących się klientów pokrzykuje Katarzyna Błaszczyk. Niewiele trzeba, żeby jej podpaść. Stoły wyciera szmatą do podłogi. - Jestem za młoda, żeby pamiętać te czasy, znam za to dobrze "Misia" Stanisława Barei. Przydałyby się jeszcze kubki na łańcuchu albo przykręcane do stołu talerze - żartuje.

Awanturować się rzeczywiście nie warto. Za komentarz dotyczący jakości kaszy dostaję symboliczny mandat. Wystawia go przebrany za posterunkowego Maciej Widuchowski. Na blankiecie widać, że to nie przelewki, bo próbowałem "obalić system komunistyczny w trakcie happeningu Miasteczko PRL". - Praktykę mam, bo w tych czasach służyłem w wojsku - śmieje się posterunkowy.

Po posiłku trzeba spłukać gardło. Mam szczęście, obok stoi saturator. Kolejka jeszcze dłuższa niż po przepustki. - Luksus, bo są aż dwa kolory soku. Wtedy był tylko czerwony o smaku wiśniowym. No i kubki nie były plastikowe. Piło się ze szklanek, które sprzedawca płukał wodą - mówi Adam Obdarowicz, który saturator chciał pokazać 12-letniej córce Ewie.

Saturator, czyli wózek do produkcji wody sodowej z sokiem, wzbudzał największe zainteresowanie młodzieży. Równie oblegany był popularny przed laty "maluch" - gwiazda konkursu, kto szybciej spakuje rodzinę wyjeżdżającą na luksusowe wczasy do Bułgarii.

Do miasteczka z Chrzanowa przyjechali Agnieszka i Mirosław Otrębscy. Specjalnie zwolnili ze szkoły swojego syna Krzysztofa i jego kolegę Patryka. - To chyba najlepsza lekcja historii, jaką mogą mieć - mówią rodzice.

- Czuję się, jakbym się cofnęła w czasie. Maluchem jechaliśmy całą rodziną do Czechosłowacji. To był wtedy "bratni" kraj, ale i tak człowiekowi szybciej biło serce, jak się zbliżał do granicy. To były prawdziwe emocje, bo człowiek nigdy nie wiedział, czy przejedzie na drugą stronę - wspomina pani Agnieszka. - Dla nas to już na szczęście egzotyka - śmiali się chłopcy.

Mirosław Otrębski wspomina, że wtedy nawet przechodzący patrol milicji wywoływał ciarki na plecach. - Dziś dla młodych to niepojęte. Wtedy milicjanci zatrzymywali i pytali dokąd, i po co się idzie. W stanie wojennym, jak się ktoś z gości zasiedział po godz. 22 to nie było mowy, żeby wyszedł. Musiał zostać do rana - dodaje.

Regina i Krzysztof Klisiewiczowie wspominali w miasteczku dawne czasy i świętowali upadek PRL-u. - Dziś to rzeczywiście jest zabawne, ale wtedy nie było do śmiechu. To impreza w symbolicznym miejscu, bo wtedy naprzeciwko ówczesnego komitetu wojewódzkiego nie mogło się zebrać nawet kilka osób - mówi Regina Klisiewicz.

Polecamy: Ostatnie 20 lat to jednak sukces



Podziel się

  • 4 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów